czwartek, 13 sierpnia 2015

Szachy wykonane z kłów morsów i zębów wielorybów


Na wyspie Lewis widzieliśmy posągi figur szachowych Chessman, a w Londynie pojechaliśmy do British Museum, żeby zobaczyć oryginalne szachy, które na Hebrydach Zewnętrznych zostały odnalezione w 1831 roku. Przypuszcza się, że zostały wykonane w Norwegii w XII wieku. Jak już wcześniej pisałam, zachodnie wyspy szkockie były kiedyś częścią tego kraju i prawdopodobnie figury tam zostały wykonane. Bardzo podobne tam właśnie odnaleziono.  


Posąg Chessmana jest ogromnych rozmiarów, wyższy od człowieka, gdy tymczasem oryginalne szachy są stosunkowo małe. 

Figury zostały wykonane przede wszystkim z kłów morsów, część z zębów wieloryba. W całości zachowały się dwa zestawy. Część figur zabarwionych jest na czerwono, żeby odróżnić od siebie dwa komplety. Współczesne szachy są natomiast białe i czarne. 



Większość historyków uważa, że szachy z Lewis zostały zgubione w trakcie jakiegoś wypadku, do którego doszło w czasie podróży z Norwegii do bogatych osad w Irlandii. 




Mój syn cierpliwie zniósł oglądanie szachów, tak naprawdę dał mi na to całe dwie minuty. Następnie zapytał, czy już się naoglądałam i powiedział: "No, to nic już tu po nas". Zaciągnął mnie do wyjścia, a kiedy spytałam, czy nie moglibyśmy jeszcze zostać, powiedział: "Po co? Przecież bywaliśmy tu wielokrotnie. Czy uważasz, że od ostatniego razu przybyło tu eksponatów?". Niestety nie sądzę, by jakieś się pojawiły, więc pokornie wyszłam z muzeum. 



Pozostałe figury znajdują się w Royal Museum w Edynburgu, ale tam pojedziemy następnym razem. 

sobota, 8 sierpnia 2015

Wsiadam do wagonu metra i cofam się w czasie

Plan był taki: pokazać mojemu synowi, w jak beznadziejnych warunkach w czasie studiów mieszkałam w Londynie, w jak ohydnych, brudnych i czarnych dzielnicach. Chciałam, żeby docenił to, co ma. Myślałam sobie: "Zobacz, jaką masz "Kanadę", a jaką biedę Polacy klepali jeszcze całkiem niedawno". 


Najpierw pojechaliśmy na Stockwell - do dzielnicy na East Endzie, w której mieszkałam w 1989 roku. Już po wyjściu z metra moja rodzina stwierdziła, że jest tam wyjątkowo czysto. Wyszliśmy przed stację i Michał zapytał: "A gdzie ten syf, o którym opowiadałaś?". Następnie zobaczyliśmy drogi samochód ze skórzaną tapicerką i mój syn powiedział: "Rzeczywiście, strasznie Ci współczuję. Musiałaś klepać biedę w atmosferze luksusu". 

Zmieniło się tam, ale nie na tyle, że chciałabym tam zamieszkać. Przy głównej ulicy stoją kamienice, ale za nimi rozpościerają się osiedla budynków dla ludzi korzystających z opieki społecznej (council people). I po raz pierwszy od bardzo wielu lat to właśnie na Stockwellu ktoś na mnie trąbił. Był nim czarnoskóry kierowca, który zatrąbił na nas z niewiadomych powodów, bo wcale nie chcieliśmy wymusić na nim przepuszczenia na pasach. Po prostu spokojnie staliśmy, czekając na możliwość przejścia na drugą stronę ulicy. I wcale to, co piszę nie świadczy o tym, że jestem rasistką, bo akurat czarnoskóre osoby są bardzo fajne i są świetnymi muzykami, co bardzo u nich cenię. Chodzi mi tylko o taki totalny brak kultury. Jesteśmy na biednym East Endzie, to nie musimy się zachowywać jak bogaty West End. Niech inni dopasują się do nas. No, przepraszam, ale ja nie zamierzam się dopasowywać :(










Kilka miejsc nie uległo zmianie, np. pub "The Swan", w którym nadal muzyka jest "na żywo". To był nasz pub, do którego chodziliśmy co weekend, a z którego nie można było na dwór wynosić alkoholu, nawet piwa. Raz zostaliśmy zawróceni przez patrol policji z powrotem do środka. Nie było dyskusji. Policjant nawet nie wysiadł z samochodu, jedynie gestem pokazał nam, żebyśmy wrócili tam, skąd wynieśliśmy szklanki z napojem alkoholowym. Takie były i nadal są przepisy. Rozwiązaniem dla właścicieli lokali w pierwszej strefie są ogródki piwne, ale też ogrodzenie małego terenu wokół bocznych wyjść z pubów. Ta ogrodzona powierzchnia jest traktowana jako część składowa lokalu i tylko w jej obrębie można mieć alkohol. Jeden krok dalej, a pojawić się może policja. Out of blue



Następnie pojechaliśmy na Brixton, do okrytej bardzo złą sławą w latach 80. ubiegłego stulecia czarnej dzielnicy Londynu. Ja fizycznie nie mieszkałam nigdy na Brixton, ale Stockwell i Peckham, na których byłam zakwaterowana przylegają bezpośrednio, a oba mieszania dodatkowo położone były bardzo blisko granicy. 



Na tym moście w latach, kiedy ja tam bywałam był wielki napis: "Wielkie marki wracają na Brixton". Przybyło sklepów, knajpek, poczułam się bezpieczniej niż 27 lat temu. Wtedy koledzy mi towarzyszyli, kiedy szłam na zakupy lub wyjąć pieniądze z bankomatu. Chodziliśmy tam również wieczorami, ale zawsze byłam w męskim towarzystwie. Kiedy miałam wracać do domu po 20.00, zawsze ze stacji odbierał mnie któryś z kolegów. Swoją drogą, miłe to były czasy :)



Teraz poczułam się tak bezpiecznie, że chciałam nawet zjeść coś w miejscowej knajpce. Mój syn, który jeszcze chwilę temu twierdził, że "klepałam biedę w atmosferze luksusu" nie zgodził się. Powiedział: "O, nie, nie na Brixton. Pojedźmy do Noodle Oddle na Queensway". 




Zrobiłam się tak strasznie głodna, że nie byłam w stanie pojechać na Peckham - do dzielnicy, w której rozpoczęła się moja londyńska przygoda, do dzielnicy, w której tkwi źródło mojego uczucia do tego miasta. Uczucia zachwytu i miłości ze wszelkimi dodatkami, bo mam świadomość jego zalet i wad. 

Peckham to była pierwsza moja londyńska miejscówka, do której przyjechałam ze Szkocji w 1988 roku. Przy tym dodam, że jedyny adres, który teraz miałam to właśnie adres budynku, którego podobno już nie ma, ale nazwa ulicy na pewno pozostała, bo Anglicy nie są podatki na częste zmiany. Po powrocie do Polski jakimś cudem odnalazłam strasznie stare listy, które dostawałam, kiedy mieszkałam w Londynie. Koperty od nich to istna skarbnica wiedzy. W przyszłym roku pojadę w podróż sentymentalną na East End i będę już szukać konkretnej nazwy. Strasznie się z tego powodu cieszę.

A mój syn, który kontestował cały czas moją ówczesną rzeczywistość? Poprosiłam go, żeby zrobił mi zdjęcie na tle stacji Brixton. Tak, by udowodnić, że tam byłam. I co zrobił mój syn, który robi świetne zdjęcia i truje mi głowę, że chce iść na wydział operatorski do łódzkiej szkoły filmowej? Oto, co zrobił. Nie ma zdjęcia, na którym ja i nazwa metra pojawiłyby się w jednym kadrze. Jestem albo ja...


Tu pojawia się nadzieja....


... bo widać część nazwy, ale na razie nadzieja, jak to nadzieja, jest płonna.


Tu widać nazwę stacji, ale ja jestem prawie poza kadrem. 

Na moje pytanie: "Michale, rozumiem, że w Twoim kadrze albo jestem ja, albo nazwa stacji. Dwa elementy nie mogły się pomieścić?", mój syn odpowiedział - UWAGA!!! - "Bo Ty źle stanęłaś". Chwilę przedtem zapytałam go, jak on zamierza zdać na wydział operatorski, skoro tak buduje kadr, ale w sumie stwierdziłam, że bez studiów może zacząć pracować w wydziale z niektórymi moimi kolegami, którzy w trakcie programów studyjnych też tak się tłumaczą: "Bo prowadzący stanął nie tam, gdzie trzeba". Tylko gdyby to prowadzący miał się skadrować, wyreżyserować i w ogóle od A do Z zrobić sam program, to po co m.in. byłby potrzebny wydział operatorski? Mój syn robi świetne kadry, kiedy mu się chce, a odwala straszną chałturę, kiedy mu na czymś nie zależy. Cholerny artysta!!!