niedziela, 31 maja 2015

Zapiski z podróży na Hawaje - Czy luau będzie kolejną "cepelią"?


Michał ponownie jest niezadowolony. Zaczynam się do tego przyzwyczajać. Tym razem chodzi o to, że impreza, na którą się właśnie wybieramy – jego zdaniem – na pewno jest taką samą „cepelią”, jak ten nieszczęsny rejs statkiem o zachodzie słońca na O`ahu. Usiłuje podbuntować swoją babcię, a moja mamę, że bez sensu wywaliłam pieniądze na różne „nieatrakcyjne atrakcje”, zamiast kupić bilety lotnicze w klasie business.

- Michał, myślę, że przeżyjesz tę imprezę. Na pewno długo nie potrwa.

- Przeżyję, bo zabiorę ze sobą iPhone`a. Zamierzam przez cały czas słuchać polskiego rapu, żeby nie słyszeć miejscowego badziewia.

To może być nawet interesujące: polski podkład muzyczny, np. pod pokazy polinezyjskich ogniomistrzów. No, cóż … totalna globalizacja, multi-kulti. Moje dziecko ma zawsze ze sobą telefon, a w nim kilka tysięcy utworów na wypadek, gdyby trafił na super nudną i super długą imprezę. Rok wcześniej byliśmy na „Aidzie” w Arena di Verona. Muszę przyznać, że sama żałowałam, że nie zabrałam z hotelu słuchawek. Przynajmniej w ogóle czegokolwiek bym słuchała. „Aida” w tamtym wykonaniu była operą bez nagłośnienia. Śpiewacy musieli zmagać się w amfiteatrze z prawami fizyki i braku akustyki, z góry skazani na porażkę. Baryton jeszcze było słychać, ale sopran w ogóle niknął w ogromnej przestrzeni otwartego obiektu. Jedynym ciekawym akcentem był wjazd na scenę koni, ale niestety szybko je stamtąd zabrano. Za szybko, bo moje dziecko akurat wtedy zainteresowało się operą, gdyż samo od wielu lat jeździ konno. W momencie, kiedy wyprowadzono konie ze sceny, Michał włożył do uszu słuchawki i tyle miałam z ukulturalniania mojego syna. Pamiętam, że bilety były bardzo drogie, a „Aida” była porażką. Trochę „bolało” L.

Dojeżdżamy do hotelu, w którego ogrodach ma odbyć się Lava Legends & Legacies – wieczorek folklorystyczny, w czasie którego mamy poznać miejscowe legendy i podania oraz dowiedzieć się o dziedzictwie kulturowym Hawajów.

Stoimy w kolejce. Za czym kolejka ta stoi? – chciałoby się zacytować fragment piosenki Krystyny Prońko. Nie znoszę kolejek, a nie mam wyjścia. Muszę odstać swoje. Pozostali kolejkowicze cierpliwie czekają na swoją kolej. Podchodzimy do kontuaru. Oprócz girlandy lei, wykonanej z muszelek, dostajemy do przeczytania tekst ostrzeżenia, że organizator nie ponosi odpowiedzialności za pogodę i żywioły natury. Oznacza to, że jeśli lunie na nas deszcz lub przyjdzie fala tsunami, to mamy się z nim nie procesować. Myślę, że wtedy nie byłoby nam w głowie ciąganie organizatorów po sądach.

- O, a nie mówiłem? Taki sam układ, co na statku na O`ahu. Długie stoły, szwedzki bufet, a pewnie zaraz wybiorą mistrza ceremonii – triumfuje Michał.

Wrrr … staram się go nie słuchać. W sukurs przychodzi kelner z Mai Tai. O, tak, koktajl alkoholowy pomoże mi przetrwać trudne chwile. Pyszny!

- Czy ja mógłbym dostać jeden Mai Tai dla siebie? – pyta urażony Michał.

Zabijam go wzrokiem.

- OK., OK. Dlaczego się denerwujesz? Tylko pytam.

- Jeśli potem będziesz się tłumaczył tutejszej policji, to możesz sobie wziąć szklankę napoju wysokoprocentowego.

- Ty jesteś moją mamą, Ty się będziesz tłumaczyć za mnie.

- Zatem nie dostaniesz alkoholu, a na pewno nie w miejscu publicznym. KROPKA!

Z głośników dociera do nas kobiecy głos. Zapowiada ceremonię Imu i prosi gości o podejście w pobliże kopca, koło którego przed chwilą przechodziliśmy. W zasadzie ten kopiec wygląda jak miejsce, w którym organizatorzy mogliby rozpalić ognisko. Brakuje jedynie drewna.

Podchodzimy bliżej. Kopiec otoczyło sporo osób, ledwo co widzę. Mojej mamie – na całe szczęście – udało się podejść bliżej. Nagrywa.

Mężczyźni w polinezyjskich pareo dźgają dzidami obiekt zainteresowania, czyli kopiec, by – jak nam wyjaśnia kobiecy głos – wydobyć z ziemi wieprzowinę. Czym jest ceremonia Imu? Jest prastarym sposobem przyrządzania wielu potraw. Pierwsi Hawajczycy gotowali w ten sposób mięso i warzywa. Imu po hawajsku znaczy „dół, jama, dziura”. Najpierw wykopywano w ziemi zwartą dziurę o głębokości od dwóch do czterech stóp (0,6 – 1,2 m), ale na tyle szeroką, by pomieścić w niej przyrządzane jedzenie, kamienie, węgiel i warzywa, ale równocześnie na tyle wąską, by ciepło nie rozchodziło się na boki. W czasie Imu węgiel i kamienie są bardzo mocno rozgrzane, mięso – najczęściej jest to wieprzowina – zakryte jest warstwami liści i matami, a następnie zasypywane ziemią. Węgiel i kamienie dają ciepło, liście powodują wilgoć, a maty – parowanie, zatem nie jest to proces pieczenia, a raczej – jakbyśmy współcześnie powiedzieli – gotowania na parze. W rezultacie – jak nas zapewnia kobiecy głos – będziemy mogli skosztować przepysznej, soczystej i niezwykle delikatnej wieprzowiny.
Mężczyźni wyjmują kamienie ze środka przepołowionego prosiaka i przenoszą go na stół, na którym rozdrobnią go na małe cząsteczki. My wracamy na swoje miejsca. Biorę łyk Mai Tai. Pycha!  

Zaczyna się „cepeliowski” rytuał: kobiecy głos przedstawia mistrza ceremonii, mistrz ceremonii wybiera odpowiednie stoliki, uczestnicy imprezy ustawiają się w kolejce po wyznaczonych przez niego stronach szwedzkiego bufetu. Znów kolejka L. Całe szczęście nie jestem głodna. Wtedy na statku nie zjadłam prawie nic. Nic mi nie smakowało. Nawet napoje alkoholowe były kiepskie. Tu przynajmniej Mai Tai jest smaczny. Mniam, bardzo smaczny.

Nie da rady, trzeba podejść do szwedzkiego stołu, stanąć w kolejce. Mistrz ceremonii właśnie na nas wskazał. Wszystkie potrawy wyglądają ładnie, jest duży wybór. Mimowolnie nakładam sobie na talerz dużo za dużo. Pojawiła się też wieprzowina z ceremonii Imu. Wygląda teraz trochę, jak duszona wieprzowina. 

Wracamy do stolika. Coś, co wygląda jak zabarwione na fioletowo tofu jest tak mdłe, że nie mogę się przemóc, by wziąć drugi kęs. Nie zapamiętałam nazwy, żeby drugi raz nie nabrać się na jego oryginalny kolor. A wrócić do szwedzkiego stołu nie mogę. Musiałabym poprosić o pozwolenie mistrza ceremonii. Paranoja!

Z kolei wieprzowina, rekomendowana przed chwilą jako miejscowy rarytas w ogóle nie ma smaku. Faktycznie przypomina duszoną wieprzowinę, brakuje w niej jedynie sosu, co sprawia że tutejszej potrawie daleko do naszej, polskiej.

Co potrawa, to coraz większe rozczarowanie. Naprawdę mi nie smakuje. Poi, które wygląda jak coś pomiędzy budyniem a puddingiem jest – delikatnie mówiąc – takie sobie. Przyrządza się je z korzenia bulwiastego, typu cebula i liści kolokazji (gatunek jadalnej rośliny). Smacznego L.

Ograniczam się jedynie do sałatek. Sałatka jak to sałatka, trudno ją zepsuć. Dobrą sałatką, a jednocześnie przystawką jest poke, w której wymieszano sashimi tuńczyka Yellowfin, marynowanego w soli morskiej, inamona (pieczone, pokruszone orzechy candlenut – takie same, z których wykonano naszyjnik dla JoliJ), olej sezamowy, wodorosty Limu (po hawajsku algi) i posiekane papryczki chili. Receptura tej potrawy została przywieziona na Hawaje przez Japończyków. Poke jest niezłe.    

Smakuje mi także łosoś Lomi. Lubię łososia pod każdą postacią, może być Lomi, choć mam skojarzenia z masażem Lomi-Lomi. Skojarzenie to nie jest bezpodstawne: powszechnie mówi się na niego łosoś Lomi-Lomi (niestety masażu tu nie zapewniają, a szkoda). Zazwyczaj jest on dodatkiem do drugiego dania. W jego skład wchodzi poza łososiem głównie pomidor. Przepis ten na wyspy przywieźli pierwsi żeglarze z Zachodu.

- Czy Pani już skończyła? – z rozmyślań wyrywa mnie naprawdę przystojny mężczyzna. Wysoki, umięśniony, śniady brunet. Wiem, wiem, w tej szerokości geograficznej to żadna rewelacja. Niemniej jedno jest dla mnie pewne: Hawajczycy są ładniejsi od Hawajek. One z kolei mają budowę ciała od pasa w dół taką, że od bardzo szerokich bioder nogi zwężają się do bardzo chudych kostek. Wygląda to dość dracznie, szczególnie jeśli dziewczyna ma na sobie przylegające do ciała jeansy. Mężczyzna pochylony nade mną poza pareo, nie ma nic na sobie. Można sobie pomarzyć J.To on nas witał, teraz z kolei pełni funkcję kelnera. Ciekawe, co jeszcze będzie tu robił.

Siedzimy na tarasie hotelu, nad oceanem. Podobnie, jak nasz apartament, jest on położony na wybrzeżu klifowym. Akurat jest zachód słońca. Wszyscy – jak na komendę – wstali od swoich stolików i podeszli bliżej urwiska. Wszyscy mają w rękach aparaty, robią zdjęcia. My też. Nawet Michał się wciągnął. Nie da się pozostać obojętnym na coś tak zjawiskowego.

Dopiero zajście słońca, które jakby zanurzyło się w oceanie sprawia, że ludzie wracają do swoich stolików. Zaczyna się luau.

Luau jest tradycyjnym hawajskim przyjęciem, ucztą, imprezą, festynem, świętem, któremu towarzyszy zabawa. Kierowca busa, który nas wiózł z lotniska do hotelu na Waikiki bardzo zachwalał luau. Powiedział, że koniecznie musimy się wziąć w nim udział. Hawajczycy zastąpili wyraz party słowem luau (po hawajsku „przyjęcie”, „impreza”). Bal maturalny, wesele i urodziny to też jest „luau”, które poprzedzają odpowiednie przymiotniki.

Historia biesiadowania na Hawajach sięga czasów pierwszych Hawajczyków. Przez wieki jadali oni osobno: osobno kobiety, osobno mężczyźni. Tym pierwszym nie wolno było na co dzień jeść wyrafinowanych potraw, bądź podawanych tylko na specjalne okazje. Dopiero w 1819 roku król Kamehameha II zniósł prawo religijne rdzennych mieszkańców wysp hawajskich i symbolicznie zaprosił wszystkie kobiety z całego Królestwa, by z nim spożyły wieczerzę. W ten sposób narodził się luau – zwyczaj, pielęgnowany zarówno przez propagatorów kultury, jak i liczne biura podróży.

Wcześniej ten rodzaj przyjęcia nazywano pā‘ina lub 'aha‘aina. Współczesna nazwa pochodzi od głównej potrawy, nazywanej właśnie luau. To kurczak gotowany w mleku kokosowym z liśćmi kolokazji (te same, których używa się w czasie przyrządzania poi).

Na początku potrawy spożywano na ziemi – na matach, które stanowiły główną ozdobę luau. W większości maty były wykonane z liści ti, tych samych, które słudze Kamehamehy I i ludziom z Waipi`o służyły do wyplatania lin.

Jedzenie nie było wtedy podawane na talerzach, jedzono je rękami. W ten sposób powstały nazwy potraw. Nazwa poi na przykład wzięła się od tego, że biesiadnicy radzili sobie, jak mogli z jedzeniem niby-puddingu. Jedni jedli go trzema palcami, drudzy – dwoma, inni – tylko kciukiem nazywanym poi.  

Patrzę na scenę. Mężczyźni dają pokaz tańca z płonącymi pochodniami. No i, bardzo proszę, wysoki, umięśniony, śniady brunet vel komitet powitalny vel kelner teraz zajmuje się tańcem. Ciekawe, ile on ma tu etatów i ile zarabia?

- Mamo, nie patrz tak. W Twoim wieku…? – moje dziecko naprawdę chce się doigrać. Następny raz nie zabiorę go na koniec świata. Wakacje spędzi w Koluszkach albo Tłuszczu. Poza tym, co to znaczy „W Twoim wieku”? Ostatnio takim pytaniem, „okraszonym” oburzoną miną uraczył mnie na nartach w Dolomitach. Tańczyłam sobie w apartamencie przy włączonym MTV, do teledysków włoskiej play listy, gdy wtem moje dziecko spojrzało i powiedziało: „Mamo, w Twoim wieku nie wypada”. To naprawdę nie było miłe. Gdyby mi powiedział, żebym przestała skakać, bo zarwie się pode mną podłoga i będziemy musieli płacić odszkodowanie, to ja bym się na niego nie obraziła. To przemówiłoby do mojej wyobraźni, ale kwestia wieku…? To cios poniżej pasa.

Tancerze ognia, jak ich tu nazywają – fire dancers – sprawnie obracają pochodniami, które płoną na obu końcach. Nie wiem, jak oni to robią, ale przerzucają sobie płonące drągi, nie parząc się przy tym. Zataczają nimi koła, robią ósemki. Dowiadujemy się, co jeszcze oznacza słowo poi – łańcuchy, używane przez tancerzy: Poi to także nazwa pewnego plemienia Maori, żyjącego w Nowej Zelandii. 

Taniec ognia z zastosowaniem różnych technik jest częścią dziedzictwa kulturowego wielu rejonów świata. Najstarszy z nich wywodzi się z Samoa i znany jest jako Siva Afi i Płonący Nóż (Siva Afi and The Fire Knife). Taniec ten ma swoje korzenie w starożytnych samoańskich pokazach o nazwie `ailao i służy pokazaniu sprawności samoańskiego wojownika, który zręcznie kręci, rzuca, chwyta i tańczy niczym z bronią, narzędziem walki, które może razić ogniem wroga.

Piszę o tym dlatego, że ten taniec, który właśnie trwa pochodzi właśnie z Samoa. Hawaje, Tahiti i Samoę łączy wspólna historia i mnóstwo legend. Wedle współczesnych źródeł wielu Samoańczyków przypłynęło na Hawaje w 1919 roku. Była to zarazem jedyna znacząca grupa Polinezyjczyków, która nie przybyła na wyspy, by pracować na plantacjach. W latach pięćdziesiątych XX wieku na Hawajach pojawili się  kolejni Samoańczycy w liczbie około tysiąca. Spis ludności w 1970 roku wykazał, że było już ich ponad 13 tysięcy, większość z nich na O`ahu. Współczesna historia migracji ludności samoańskiej na wyspy hawajskie nie wyklucza wcześniejszego napływu. Kwestia osadnictwa na Hawajach wciąż pozostaje nierozwiązana. Niektórzy historycy wierzą, że pierwsi Polinezyjczycy przybyli na Hawaje już w III wieku z Markizów (Îles Marquises, najdalej na północ wysunięta część Polinezji Francuskiej). Po nich przyszła kolej na osadników z Tahiti, którzy w 1300 roku podbili wyspy. Jedynym dowodem na to są legendy, opowiadające o bohaterze Hawai`iloa i o duchownym-żeglarzu Pa`ao. Wedle nich to właśnie pierwszy z nich doprowadził do osadnictwa na Hawajach. Po przypadkowym odnalezieniu wysp hawajskich, Hawai`iloa wrócił do swojej Ojczyzny, która nazywała się wówczas Ka`āina kai melemele a Kane (wyspa na żółtym morzu Kane). Postanowił zorganizować ekspedycję, która miała doprowadzić do kolonizacji. W jej skład weszli członkowie jego rodziny i ośmiu znakomitych żeglarzy. Osiedlili się na wyspie, którą na jego cześć nazwano Hawai`i. Legendy głoszą, że jego synowie: Kaua`i, O`ahu i Maui osiedlili się na wyspach, które także nazwano na ich cześć.

Bohaterem hawajskich legend i postacią historyczną jest także Pa`ao, duchowny z Kahiki, a dokładniej z Wawau lub Upolu. Jak już wcześniej wspominałam przy okazji legend o bogini Pele, termin Kahiki w języku hawajskim oznacza ziemię położoną poza Hawajami, choć pochodzi od nazwy Tahiti. I choć Wawau i Upolu to współczesne  nazwy miejscowości położonych na Wyspach Towarzystwa (Society Islands) oraz wyspach Samoa i Tonga, to hawajscy historycy i heraldycy królewscy twierdzą, że Pa`ao mógł przybyċ zarówno z Samoa, jak i Tahiti lub nawet byċ Tahitańczykiem samoańskiego pochodzenia.

Król Kalakaua (1836 – 1891) w swoich „Legendach i Mitach Hawajów” (Charles Webster & Company, Nowy Jork 1888) wyraźnie rozróżniał pochodzenie tahitańskich wodzów i tych arystokratów oraz duchownych, którzy wywodzili się z wysp Samoa. Pa`ao przypisuje się pochodzenie samoańskie. Dowodem na to może być fakt, że to on wprowadził na Hawajach zwyczaj składania ofiar z ludzi. Niegdyś w świątyniach luakini, świętym miejscu rdzennych Hawajczyków składano ofiary z ludzkiej i zwierzęcej krwi. Z klasy niewolników, nazywanej kauwa wybierano osoby, które składano w ofierze w miejscach, zwanych laukini heiau. Współcześni historycy wierzą, że klasa ta składała się w dużej mierze z pojmanych w czasie wojen wrogów i ich potomków. Nie oni jedyni byli składani w ofierze. Również wszyscy, którzy występowali przeciwko prawu, bez względu na pochodzenie, jak również przeciwnicy polityczni. Duchownemu Pa`ao przypisuje się także sprowadzenie na wyspy jednego wodza nad wodzami, który miał królować nad wszystkimi Hawajczykami.

Na scenie pojawiły się tancerki hula. Mają na sobie spódniczki, wykonane z długiej trawy i biustonosze z łupin kokosa. Podziwiam je. Ja chyba zadrapałabym się na śmierć pod warunkiem, że zmieściłabym się w „kokosowy” biustonosz. Jak to musi swędzieć? Okropne!
Taniec hula, jak i pozostałe tradycje rdzennych Hawajczyków – jak już wcześniej pisałam – zostały zakazane przez żonę Kamehamehy I w latach trzydziestych XIX wieku pod naciskiem chrześcijańskich misjonarzy i amerykańskich protestantów. Oficjalnie głosili oni, że hula jest tańcem pogańskim, choć wielu z nich w głębi ducha popierało tę tradycję i zezwalało na tańce pod własnym dachem. Taka postawa pozwoliła na wprowadzenie uregulowań prawnych w połowie XIX wieku. Publiczne pokazy hula mogły być organizowane, lecz wcześniej trzeba było na nie uzyskać licencję.

Na początku XX wieku taniec hula przeszedł istną transformację, stał się „towarem” dla turystów. To właśnie wtedy zaczęto organizować wieczorki, spektakle, m. in. Kodak Hula Show, hula „zagościła” w filmach powstającej fabryki snów – Hollywood. Pomimo ogromnej komercjalizacji hula była nadal praktykowana w odległych rejonach Hawajów, w skromniejszej formie, lecz z poczuciem dumy narodowej. Ponownie moda na ten taniec pojawiła się w latach siedemdziesiątych, w czasach Hawajskiego Renesansu i nieprzerwanie trwa do dnia dzisiejszego.

Mężczyźni na scenie grają na gitarach i ukulele. No i ponownie wysoki, śniady, umięśniony młodzieniec pojawia się w nowej roli. Tym razem jest muzykiem. OMG (Oh, my God! – O, mój Boże!”), nie dość, że przystojny, to jeszcze wszechstronnie utalentowany. Polki chyba powinny masowo tu przyjeżdżać w poszukiwaniu szczęścia J.

Pomimo, że hula na całym świecie kojarzy się z charakterystycznymi instrumentami: gitarami i ukulele, a także dziewczętami ubranymi w spódnice z długiej trawy i z girlandami lei na szyi, to taniec ten przez wieki wyglądał zupełnie inaczej. Nie było ukulele, gitar, spódniczek i … turystów. Była tylko ha`a (oryginalna nazwa tańca), Laka i Pele.

Zanim Europejczycy odkryli Hawaje, taniec hula traktowany był jako ceremonia, w czasie której mężczyźni i kobiety oddawali honor boginiom Lace i Pele. Początki tańca hula można znaleźć w mitach o Pele i jej siostrze Hi'iace. Niektóre źródła podają, że Hi'iaka nauczyła się tego tańca od Laki i zatańczyła w obecności Pele. Wedle innych Pele poprosiła Hi`iakę, by ta nauczyła Lakę tańczyć, bo ten taniec miał ją ochronić przed złem. To z kolei wskazuje na jego wyjątkowy charakter, nieziemską moc. 

Tancerki hula wdzięcznie pląsają po scenie. Taki taniec to też dobry sposób na pozbycie się nadwagi i stresów. Trzeba zaangażować ręce, oczy, biodra i nogi – po prostu całe ciało. Ma to również znaczenie dla tańca hula: rękoma opowiada się historię, oczy dodają tej opowieści ekspresji, ruchy bioder i stóp wskazują rytm i moc.


Luau dobiega końca. Wstajemy od stolików i w rytmie hula zmierzamy do wyjścia. Biodra, stopy, ręce – tanecznym krokiem idziemy do samochodu. Hula!

sobota, 30 maja 2015

Zapiski z podróży na Hawaje - Ogniste światło na niebie zwiastowało narodziny zabójcy wodza

Mój syn jest cały i zdrowy. Siedzi z mokrą głową w samochodzie. Jak ma się taką czuprynę, to wytarcie włosów ręcznikiem nie wystarczy, by je wysuszyć.

Suniemy Ali`i Drive. To droga, która prowadzi wzdłuż zatoki Kailua Bay, po lewej stronie jest ocean, nad którym świecą gwiazdy, po prawej zaś kawiarenki i knajpki, przed którymi stoją zapalone pochodnie. Widok po zachodzie słońca jest tysiąc razy piękniejszy niż wcześniej. Czuję się, jak na planie filmu o Karaibach. Super! Kiedy tak podziwiamy widoki za oknem, upajamy się spokojem tego miejsca, nie zdajemy sobie sprawy z tego, że to właśnie Kailua-Kona była największą miejscowością położoną najbliżej epicentrum trzęsienia ziemi w 2006 roku.  

Parkujemy przy drodze. Knajpki mają moc przyciągania. Nie możemy się oprzeć ich urokowi.

- To dobrze, że podzieliłaś pobyt na Dużej Wyspie na dwie części – mówi mama – Tamten dom i ogród były zjawiskowe, ale Michał by się zanudził, gdybyśmy mieli tam zostać 8 dni. Popatrz, Kona żyje, ile osób się tu kręci, jak pięknie wyglądają te knajpki. A Hilo co? Nudy! Michał jest zachwycony, że tu przyjechaliśmy. Nie ma czego żałować.

Jestem uspokojona. Jeśli mojej rodzinie się tu podoba, to ja jestem wniebowzięta.

Kailua-Kona jest interesującym miejscem. Pomimo, że liczy sobie niecałe 12 tys. mieszkańców, jest ważnym historycznym miastem. To właśnie tu ukochany przez Hawajczyków król Kamehameha I utworzył siedzibę rządu zjednoczonego w 1810 Królestwa Hawajów. Późniejsze stolice Królestwa to Lahaina na wyspie Maui i obecnie Honolulu na O`ahu.

Królewskie stawy rybne w parku Kaloko-Honokōhau National Historical Park stały się ośrodkami kultury zjednoczonych Hawajów. Miasto w późniejszych czasach służyło za miejsce schronienia królewskiej rodziny. Mimo bogatej historii do 1900 roku pozostawało małą osadą rybacką. Dopiero całkiem niedawno przeszło metamorfozę. Nastąpił prawdziwy boom turystyczno-inwestycyjny.

Jesteśmy przy Ali`i Drive, po drugiej stronie ulicy widać czerń oceanu. Droga ta jest zaliczana do hawajskich tras widokowych, która ma swoją historyczną nazwę "Royal Footsteps Along the Kona Coast" (Trakt Królewski wzdłuż wybrzeży Kony). Rozpościerają się przy nim tereny archeologiczne, które przetrwały setki lat. Molo w Kailua (Kailua Pier), które daje początek Traktowi Królewskiemu jest także startem i metą zawodów triathlonowych Ironman World Championship Triathlon, organizowanych co roku w październiku.

Na północ od molo znajduje się królewska rezydencja Kamakahonu i świątynia Ahu`ena Heiau, którą król Kamekameha I często odwiedzał, gdy wrócił na Dużą Wyspę w 1812 roku.
Drugą królewską rezydencją jest pałac Hulihe, w którym rodzina królewska mieszkała do 1914 roku.

Przy drodze znajdują się również kościoły: Mokuaikaua, pierwszy na Hawajach kościół chrześcijański, zbudowany w 1820 roku oraz kościół katolicki pod wezwaniem Św. Michała Archanioła (Saint Michael the Archangel Catholic Church). Obok nich są dwie zatoki: La`aloa, znana także jako Magic Sands i White Sands Beach oraz Kahalu`u, która jest najlepszym miejscem do snorkelingu.

Kamehameha I, zwany Wielkim zanim został królem był wodzem Kony. Pomimo, że historycy spierają się co do roku jego narodzin, legendy w tej kwestii pozostają jednoznaczne. Wedle nich pewnego dnia miał narodzić się człowiek, który zjednoczy wszystkie hawajskie wyspy, a narodzinom będzie towarzyszyć pojawienie się na niebie komety. Kometa Halleya pojawiła się nad Hawajami w 1758 roku i to prawdopodobnie wtedy przyszedł na świat późniejszy król Hawajów. Z tradycyjnych pieśni wiadomo, że urodził się w miesiącu ikuwa, czyli zimowym lub mniej więcej w listopadzie.

Nazywano go Pai`ea, co po hawajsku znaczy "jadalny krab w miękkiej skorupie". Jego ojcem był Keōua. To imię z kolei oznacza "deszczową chmurę". Był praprawnukiem Keaweikekahiali`iokamoku, który kiedyś władał dużą częścią wyspy Hawai`i. Kiedy zmarł, wybuchła walka o sukcesję wśród jego synów: Kalani Kama Ke`eaumoku Nui i Kalaninui`amamao oraz rywalizującym wodzem Alapa`inuiakauaua. Walka zamieniła się w wojną domową, w której stawką były ziemia i bogactwa wyspy Hawai`i. Alapa`i pokonał obydwu braci i przyjął do swojego klanu wszystkie osierocone dzieci, w tym ojca Kamehamehy.

Był również synem króla Maui Kahekili. Takie zjawisko (adopcja przymusowa i z wyboru) było powszechne w dawnym społeczeństwie hawajskim, a takie dzieci nazywane były ali`i po`olu – dwugłowi wodzowie z dwoma ojcami.

Kiedy urodził się Pai`ea, późniejszy król Kamehameha I, Alapa`i rozkazał go zabić. Dlaczego? Otóż jeden z kapłanów (kahuna) ostrzegł go, że „ogniste światło na niebie zwiastowało narodziny zabójcy wodza". Alapa`i wzburzony myślą, że dziecko mogłoby mu odebrać władzę, postanowił się go pozbyć. Jednak rodzice Pai`ea przewidzieli to. Jak tylko się urodził, oddali go pod opiekę Nae`ole, innego zacnego mieszkańca Kahali. Pragnęli go ukryć, by nie znalazł go Alapa`i. Kuzynka matki Pai`ea wychowywała go wraz ze swoją córką Kuakane. Po pięciu latach Alapa`i okazał skruchę i sprowadził Kamehamehę do domu. Tam pod kierunkiem kumu (nauczyciela) uczył się etykiety królewskiej i sztuki wojennej.  

Kamehameha jako młodzieniec dał się poznać jako utalentowany wojownik. Służył swojemu wujowi Kalaniopu`u, władcy kilku regionów na wyspie. Kamehameha, zdolny strateg i wielbiciel broni z Zachodu w późniejszym czasie wykorzystywał strzelby i armaty do pokonania swoich wrogów i wzmocnienia władzy na wyspach.

Do 1795 roku Kamehameha odzyskał Maui, Lana`i, Kaho`olawe i Moloka`i oraz w bitwie pod Nu`uanu podbił wyspę O`ahu. Wyspy Kaua`i i Ni`hau rządzone przez Kaumuali`i podporządkowano Kamehamesze na mocy rozejmu z 1810 roku.


Przez cały okres rządów Kamehameha pomimo wpływów nowej kultury kultywował tradycyjną religię Hawajczyków. Mimo to przyjaźnił się z ludźmi z Zachodu, którzy mogli mu pomóc w utrzymaniu dotychczasowej pozycji. Bliskimi przyjaciółmi króla Kamehamehy I byli: brytyjski poddany i jego główny doradca wojskowy John Young oraz walijski doradca, który pomógł mu uformować królestwo Issac Davis. 




piątek, 29 maja 2015

Zapiski z podróży na Hawaje - "NIeziemskie" zjawisko

Jedziemy sobie samochodem. Przed siebie. Zrobiliśmy wycieczkę, ale taką bez wysiłku. Do zachodu słońca jeszcze chwila, dlatego przejeżdżamy przez centrum Kailua-Kona. Nie jest to duże miasto. Niskie budynki, sklepiki i knajpki przy drodze, przed wejściem ustawione donice z zapalonymi pochodniami. Na razie wyglądają zwyczajnie, ale po zachodzie słońca na pewno dodadzą otoczeniu dużo uroku. W Honolulu też przed każdą knajpą wetknięte są pochodnie. Wyglądają zjawiskowo.

- Czy ja będę się mógł wykąpać?

Zaparkowaliśmy przy drodze, w pobliżu plaży. Moje dziecko jest podekscytowane, ale ma na tyle rozumu, że nie prosi o zgodę na pływanie na desce.

- Na desce popływam jutro w ciągu dnia.

No to, Bogu dzięki! Deska zostaje w samochodzie. Słońce jest już nad wodą. Przyśpieszamy kroku, żeby znaleźć się na plaży i nie przegapić tego uroczego momentu. Jest z nami sporo osób. Wszystkie stoją twarzą do tego "nieziemskiego" zjawiska i fotografują. Słychać, jak pstrykają w aparatach spusty migawek. No, proszę, nie tylko ja jestem pod urokiem tutejszych zachodów słońca. Też robię zdjęcia. Wreszcie słońce zanurza się w Pacyfiku. Kończy się sesja fotograficzna.

- Mogę się wykąpać? – Michał jest już prawie w wodzie.

Jest ciemno, a on wchodzi do najbardziej na świecie niebezpiecznego oceanu. Jestem wystraszona. Wiem, że nie oponowałam przy samochodzie, kiedy pytał o kąpiel, ale teraz chętnie bym mu jej zakazała.

- Możesz, ale trzymaj się brzegu – odzywa się babcia.

- Mamo, czy Ty wiesz, co robisz? To przecież nie jest bezpieczne – boję się o niego.

- Pozwólmy mu – przekonuje – jeżeli za bardzo się zacznie oddalać, to każemy mu wrócić, a przecież to chłopak, musi wszystkiego spróbować.


- No, nie, tylko nie wszystkiego – mówię, jakbym próbowała zatrzymać bieg wydarzeń. 

Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które robiłam w trakcie podróży przez Londyn na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big Island i Maui. O tej podróży na Hawaje napisałam książkę, zatytułowaną „W drodze po szczęście. Zapiski z podróży”, dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest też dostępny jeszcze jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla przygotowujących się do wyjazdu na Hawaje". 



czwartek, 28 maja 2015

Zapiski z podróży na Hawaje - Amerykańskie "tuż za rogiem", czyli mierząc świat w milach na godzinę

Nastawiliśmy nawigację na Kahalu`u Beach Park, Kahaluu-Keauhou, HI 96740. To niedaleko stąd, niecałe 5 mil (8 km), wedle amerykańskich standardów – "tuż za rogiem". Amerykanie mnie rozbrajają, mierząc świat w milach na godzinę. To zaczyna być "urocze".

Kahalu`u Beach Park znajduje się w maluteńkiej zatoczce, która mieści się w sercu miasta Kailua-Kona. Jest jedną z plaż, przy której brzegach pływają nie tylko żółwie, ale również wiele gatunków oswojonych ryb. Podobno tutejsze rybki niczym niezrażone podpływają do kąpiących się ludzi. Choć nie jest rezerwatem morskim, pod względem liczby gatunków Kahalu`u Beach Park może konkurować, a nawet czasem prześciga prawdziwe rezerwaty.

Zaparkowaliśmy na pobliskim parkingu. Jest tu wiele samochodów. Na miejsce musieliśmy chwilę zaczekać. Na całe szczęście jeden pojazd odjeżdżał, więc nie byłam zmuszona szukać szczęścia po drugiej stronie ulicy.

Brzeg jest cały "usiany" skałkami. Pomiędzy nimi utworzyły się maluteńkie jeziorka. Trzeba będzie bardzo uważać, żeby nie ześlizgnąć się i nie złamać nogi. Taki "tor przeszkód" ustawiła tu Matka-Natura. Żeby dotrzeć do miejsca, gdzie jest głębiej, trzeba będzie skakać jak rusałka.

Rozkładamy leżaki. W zasadzie to nie są leżaki, tylko krzesełka bardzo nisko osadzone. Leżeć na tym się nie da. Takie "wynalazki" znaleźliśmy w schowku u Debry, ale tu wszyscy mają takie same. Czyżby nikt tutejszym mieszkańcom nie pokazał, jak wygląda porządny leżak?

Wchodzę za Michałem do wody. Żałuję, że nie zabrałam z condo butów do sportów wodnych. Cofam się do niby-leżaka. Piasek jest ciepły, bardzo ciepły, wręcz gorący. "Frunę" nad nim do niby-leżaka i zakładam crocsy. Teraz mogę chodzić i po piasku, i po kamienistym dnie.

Grupka Azjatów skupiła się przy prawym brzegu. Ciekawe, czemu oni tak uważnie się przyglądają?

Podchodzę bliżej. Trwa sesja zdjęciowa, a jej obiektem jest żółw morski. Biedne stworzenie musi "pozować" do zdjęć. Idę dalej. Ryby przemykają mi między nogami. Dookoła pływają ludzie z rurkami do snorkelingu. Wyszłam poza pas wodny usiany skałkami. W dalszym ciągu jest płytko, lecz na tyle głęboko, że można pływać z rurką.

Zatoczka otoczona jest w połowie zanurzonym murem skalnym, który daje odpór większym falom, wpuszczając łagodniejsze. To one niosą ze sobą pożywienie dla tutejszej fauny.

W zatoczce żyje dużo ryb, bo dno nie jest usadowione głęboko, a woda nie sięga dorosłemu mężczyźnie wyżej niż do szyi. W najgłębszym miejscu w czasie największych przypływów nie ma więcej niż 10 stóp (3 m). W płytkiej wodzie promienie słoneczne mogą przenikać na samo dno, przyczyniając się do wzrostu zdrowego korala. Koral w zamian jest domem dla wszystkich organizmów, żyjących w zatoczce. Daje im także pożywienie.

Wracam na brzeg. Teraz ja popilnuję naszych rzeczy tak, by mama mogła zanurzyć się w oceanie. Ona jednak zabiera ze sobą aparat, więc o kąpieli nie ma mowy.

Rozglądam się dookoła. Staram się ocenić teren. Jest tu szkółka sportów wodnych, wypożyczalnia sprzętu, zadaszony taras z wieloma stołami, przy których można zjeść. Pożywienie jednak trzeba ze sobą zabrać. Kolejne miejsce, w którym nie ma knajpy, a naprawdę jest ono oblegane przez plażowiczów. O co chodzi z tą gastronomią na Dużej Wyspie? Po raz kolejny widzę ludzi z wielkimi lodówkami samochodowymi, w których mają przywiezione z domu jedzenie. Dlaczego w takich miejscach nie można nic kupić, nawet lodów, czy napojów? Mnie to się nie podoba. Trzeba będzie za jakiś czas zebrać się na lunch do miasta lub do mieszkania. Sądząc po naszych strojach, to raczej do mieszkania. Tu można byłoby zjeść w strojach plażowych. W takim miejscu strój jest niezobowiązujący.

Michał wraca.

- Jestem głodny – informuje mnie – Czy tu można coś zjeść?


Kiwam głową, że nie, omiatam wzrokiem niewykorzystaną przez Hawajczyków przestrzeń. Zbieramy się do condo. Wieczorem będziemy podziwiać zachód słońca na plaży, która jest bliżej nas. 


Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które robiłam w trakcie podróży przez Londyn na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big Island i Maui. O tej podróży na Hawaje napisałam książkę, zatytułowaną „W drodze po szczęście. Zapiski z podróży”, dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest też dostępny jeszcze jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla przygotowujących się do wyjazdu na Hawaje". 




środa, 27 maja 2015

Zapiski z podróży na Hawaje - I beg your pardon! Jak to "przeraźliwie zimno"?

O siódmej rano budzi mnie szmer pod oknami. Co to – u diabła – może być? Gramolę się z łóżka wkurzona, że na wakacjach wstaję o tak "nieludzkiej" porze. Odsuwam moskitierę i wychodzę na taras (do lanai). Jest czysto, wczoraj wyczyściliśmy stół i opróżniliśmy kosz wedle wskazówek, zamieszczonych w instrukcji od concierge`a J. Nic nie widać. Podchodzę do barierki i patrzę w dół. Jest! Meleks, którym ogrodnik podjechał pod nasz taras. Czy oni muszą o tej porze pracować? Ten człowiek porządkuje trawnik, który nie jest zaniedbany, jest równo przycięty, nie ma na nim żadnych brudów, jest jaskrawo zielony, a więc dobrze nawilżony. Co można o tej porze "chcieć" jeszcze od trawnika? Naprawdę nie rozumiem. Ogrodnik już chyba nic nie chce. Wsiadł właśnie do meleksa i odjeżdża, wydając charakterystyczny szum.  Tylko bez sensu mnie obudził, jak zapewne wiele innych osób, które śpią po tej stronie mieszkania (condo).

- Co się dzieje? Już wstałaś? – pyta mnie mama.

- Tak, jakiś wariat jeździ o tej porze meleksem. Jakby nie mógł rozpocząć pracy o 10.00 – jestem na niego zła.

- U nas też było słychać meleks – pociesza mnie mama – bo mamy otwarte drzwi na taras.
W tym mieszkaniu lanai, czyli tarasy są dwa, po obu stronach budynku. Na każdym są stoły. W ogóle naliczyłam, że w sumie są tu cztery stoły, przy których można zjeść.

- A dlaczego mieliście otwarte drzwi na taras (do lanai)? – pytam zdziwiona. Przecież klimatyzacja gorzej działa. Mój klimatyzator nie działa, jest uszkodzony, dlatego musiałam spać przy otwartych drzwiach, za moskitierą.

- Było tak przeraźliwie zimno, że postanowiłam wyłączyć klimatyzację i otworzyć drzwi.
I beg your pardon? Słucham?! Jak to „przeraźliwie zimno”? To na jaką temperaturę oni nastawili ten klimatyzator?

- Michał nastawił na 60º F. Twierdził, że to odpowiednia temperatura – opowiada babcia – Zrobiło się tak zimno, że zaczęliśmy się trząść, a ponieważ było późno, to po prostu wyłączyłam klimatyzację i otworzyłam drzwi na balkon.

No to rewelacja! W mieszkaniu, w którym jest sześć urządzeń z dostępem do Internetu i WiFi w cenie wynajmu ludzie w środku lata na Pacyfiku marzną, bo młodemu człowiekowi nie chce się zajrzeć na stronę z przelicznikiem stopni Fahrenheita na stopnie Celsjusza. Ciekawe, ile to stopni. Sprawdzam w necie. No, "elegancko"! 15,5ºC. Po prostu "bosko". Ciekawe, które z nich wcześniej się pochoruje?

Podchodzę do kostkarki lodu. Wsypuję trochę do Coca-Coli Zero.

- Mamo, jak Ty możesz pić taki zimny napój rano? – wymądrza się mój syn.

- Ja mogę, ale ja nie spałam w pokoju, schłodzonym do temperatury 15 stopni Celsjusza, więc mnie nic nie będzie – ripostuję.

- No to ja też chcę – moje dziecko sięga po swoją Colę.


- No, nie, Michałku – włącza się babcia – Ty nie. I wyjmuje mu z ręki puszkę napoju. Najwyraźniej podpadł.

Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które robiłam w trakcie podróży przez Londyn na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big Island i Maui. O tej podróży na Hawaje napisałam książkę, zatytułowaną „W drodze po szczęście. Zapiski z podróży”, dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest też dostępny jeszcze jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla przygotowujących się do wyjazdu na Hawaje". 




wtorek, 26 maja 2015

Zapiski z podróży na Hawaje - Chcesz dotknąć żółwia? Uważaj! Może Ci za to grozić nawet kara więzienia.

Nie chcemy już dziś nigdzie jechać samochodem. Chcemy pójść nad wodę. Na plażę. Ostatni raz nad oceanem byliśmy na O`ahu. We wschodniej części Dużej Wyspy mieszkaliśmy w górach. Stamtąd nie było widać oceanu.

- Plaża jest niedaleko, jakieś dwie mile stąd, ale tam też najlepiej pojechać samochodem – ponownie jesteśmy przy wjeździe na nasze osiedle. Parkingowy niestrudzenie nam tłumaczy.

- A nie ma bliżej zejścia do oceanu? – nasze osiedle położone jest przepięknie, ale wybrzeże jest klifowe, stąd można tylko podziwiać widoki. Nie zanurzymy ręki w wodzie.

- Za rogiem jest ścieżka, która prowadzi do małej zatoczki, w której żyją żółwie, ale duża zatoka żółwiowa jest kilka mil stąd. To bardzo popularne wśród turystów i mieszkańców miejsce.

Jazdę do dużej zatoki odkładamy na później, teraz idziemy do tej za rogiem. Przedzieramy się przez chaszcze. Mam nadzieję, że jest ona warta naszego zachodu. Poza tym nieprzyjemnie tu pachnie, szambem.

Nagle docieramy do małej zatoczki z plażą, na której leżą czarne i białe kamyczki. Może to też, jak na plaży w Punalu'u, są kamienie żeńskie i męskie. Na wszelki wypadek nie bierzemy ich do ręki (nie wolno ich zabierać z plaży, bo przestaną się rodzić dzieci-kamyczki i plaża zniknie; taki jest hawajski przesąd).

Michał stoi na sporych rozmiarów skale zanurzonej w wodzie. Czemuś się przygląda. Pokazuje nam, żebyśmy były cicho i podały mu aparat fotograficzny. Skradamy się bezszelestnie w miejsce, w którym stoi. I nagle widzimy: żółw morski powoli przesuwa się po dnie oceanu. Patrzę dookoła: dostrzegam jeszcze trzy żółwie po drugiej stronie skały. To pewnie jest żółwia rodzina.

Żółwie, które żyją u hawajskich wybrzeży Pacyfiku to odmiana hawajskich zielonych żółwi morskich (Hawaiian Green Sea Turtle). Gatunek ten widnieje na liście Union for the Conservation of Nature najbardziej zagrożonych gatunków na świecie.

Żółwie morskie pojawiły się na Ziemi 180 milionów lat temu, na długo przed uformowaniem się wysp hawajskich. Kiedy Krzysztof Kolumb płynął przez Morze Karaibskie w 1503 roku, zobaczył ich tak wiele, że aż trzy wyspy nazwał na ich cześć Las Tortugas. Żółwie – według niego – były najbardziej wartościowymi gadami na Ziemi. Wkrótce stały się one celem polowań, padły łupem złodziei skorup i amatorów żółwiowego mięsa. Spotkał je ten sam los, co półkulę zachodnią, która została odkryta i złupiona.

Dla dawnych Hawajczyków żółwie były źródłem pokarmu, materiałem, z którego wyrabiano narzędzia i którego używano do zdobienia kosztownych przedmiotów. Wraz z dotarciem w ten rejon Pacyfiku kultury Zachodu żółwie morskie zaczęły ginąć na potęgę. W XIX i na początku XX wieku masowo na nie polowano. Wreszcie w 1974 roku Stan Hawaje wprowadził ustawę regulującą kwestię ochrony żółwi. Przez kolejne cztery lata niezbyt się nią przejmowano. Dopiero wprowadzenie żółwi morskich na listę gatunków zagrożonych wyginięciem rozwiązało problem (U.S. Endangered Species Act, 1973).

W wielu miejscach na świecie żółwie są poważnie zagrożone, ich gniazda lęgowe są niszczone, a one same zabijane. Hawaje pod tym względem są najlepszym dla nich miejscem do życia. 90% gniazdujących hawajskich zielonych żółwi morskich znalazło schronienie na atolu French Frigate Sholas na Północno-Zachodnich Wyspach Hawajskich (902 km na północny zachód od Honolulu). Znajduje się tam rezerwat przyrody – National Wildlife Refuge System administrowany przez urząd ochrony fauny i flory U.S. Fish and Wildlife Service.

Dzięki stworzeniu żółwiom dobrych warunków egzystencji ich populacja powoli wzrasta. Co jednak wpływa, że przyrost nie jest dynamiczniejszy? Istnieją dwie przyczyny. Jedna: u hawajskich żółwi stwierdzono obecność łagodnego guza, zwanego fibropapilloma tumor. Druga: niszczone są siedliska żerowania. Pomimo, że udaje się odbudować populację żółwi morskich, to i tak ich liczba jest mniejsza niż przed dotarciem na Hawaje cywilizacji Zachodu, a nawet przed II wojną światową było ich tu więcej. Dwadzieścia lat temu na atolu żyło 750 samic.

Zielone żółwie morskie, jak i wszystkie pozostałe gatunki, które żyją na Hawajach podlegają zatem ochronie. Reguluje to nie tylko akt U.S. Endangered Species Act, lecz także prawo stanowe. Nie wolno na nie polować, ranić, nękać, ani przetrzymywać bez uzyskania wcześniejszej zgody na złapanie żółwia w celach naukowo-badawczych.

Osoby, które pływają i nurkują muszą być świadome, że pływanie w oceanie na żółwiach jest nielegalne, jak również nielegalne są inne formy poddawania żółwi stresowi. Grozi za to kara w wysokości nawet $100.000, można także trafić za kratki.

Trzy instytucje: National Marine Fisheries Service, U.S. Fish and Wildlife Service oraz State of Hawaii’s Department of Land and Natural Resources opracowały ostatnio plan ratunkowy. Utworzono grupę wsparcia, która zajęła się odtworzeniem populacji żółwi morskich na poziomie z czasów prekolumbijskich.

Na Dużej Wyspie żółwie są niemal na każdej plaży. Miejscowi zachęcają, by podziwiać je w oceanie, lecz by nie podpływać bliżej niż na 20 stóp (6 m). Nie wolno ich nawet dotknąć, czy gonić. W pobliżu żółwia należy zachowywać się spokojnie. W wodach przybrzeżnych Pacyfiku często się zdarza, że żółwie pływają równolegle z ludźmi, ale muszą mieć wokół siebie wolną przestrzeń i nie mogą być niepokojone. Dlatego jestem pełna uznania dla mojego syna, że tak rozważnie się zachowuje. Pokazuje nam na migi, bezszelestnie chodzi po skałach.


Jutro pojedziemy na plażę Kahalu’u Beach Park, która – wedle naszego parkingowego – jest położona przy zatoce, w której żyje mnóstwo żółwi. Jeden problem jest taki, że jest tam duży tłok. Tylu jest chętnych, by podziwiać te wdzięczne i piękne gady, ale nas to nie odstraszy J


Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które robiłam w trakcie podróży przez Londyn na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big Island i Maui. O tej podróży na Hawaje napisałam książkę, zatytułowaną „W drodze po szczęście. Zapiski z podróży”, dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest też dostępny jeszcze jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla przygotowujących się do wyjazdu na Hawaje". 








poniedziałek, 25 maja 2015

Zapiski z podróży na Hawaje - Moje dziecko "zaklinowało się" w dziale ze sprzętem do sportów wodnych

Musimy znaleźć sklep. Od tego zaczynamy każdy pobyt, jeśli nie spędzamy go w hotelu. Pewnie na takim osiedlu jest jakiś sklep. Chyba powinien być. Są tu korty, boiska, baseny. Powinna być cała infrastruktura. W Europie w takim kompleksie wypoczynkowym byłby przynajmniej jeden sklep. Nikt nie oddałby możliwości zarobienia dodatkowych pieniędzy komuś z zewnątrz. Chodzimy wokoło i nie możemy znaleźć żadnej informacji. Doszliśmy do szlabanu.

- Dzień dobry, dziś przyjechaliśmy i szukamy sklepu. Czy na tym osiedlu jest jakiś? – pytam osobę, która wpuszcza samochody.

- No, niestety na osiedlu nie ma, ale niedaleko jest supermarket – odpowiada.

- Niedaleko? Czy dojdziemy na piechotę? To rzeczywiście niedaleko? – chcę się upewnić, bo nie chce mi się z siatami gnać kilka mil.

- Na piechotę?! – pyta przerażony parkingowy – Nie, pewnie, że nie. Niedaleko, ale samochodem. Musicie wrócić po swój pojazd. Cofniecie się do głównej drogi i przejedziecie na drugą stronę. Tam na wzgórzu jest kompleks handlowy. Jest w nim supermarket. 

W kwestii komunikacji samochodowej Amerykanie biją wszystkich na głowę. Nawet mnie, która kilkaset metrów pokonuje samochodem, a spaceruje niezwykle rzadko.

Faktycznie lepiej było przyjechać do sklepu samochodem. To nie jest daleko, ale szlibyśmy dwadzieścia minut w jedną stronę z ciężkimi siatkami.

- To chyba mamy wszystkie najpotrzebniejsze produkty – mówi mama.

Moje dziecko "zaklinowało się" w dziale ze sprzętem do sportów wodnych. Przestępuje z nogi na nogę, patrząc tęsknie na body-board (deska do pływania).

- Michale, w schowku na tarasie są dwie deski. Możesz z nich korzystać – usiłuję zaapelować do jego zdrowego rozsądku.

- Na tamtych nie będę pływać. Mowy nie ma! Widziałaś, jakie są zużyte? – Michał jest w tej kwestii zdecydowany.

- A czy Ty w ogóle będziesz na niej pływać? Bo ona kosztuje 30 dolarów plus podatek. Jeśli nie będziesz, to ja wolę, żebyś na co innego przeznaczył te pieniądze. 

- Tak, tak, będę. Naprawdę!!! – moje dziecko w takim momencie jest w stanie obiecać gruszki na wierzbie i szóstki na cenzurce.

Jestem ciekawa, ile razy skorzysta z deski.

- Czy Pani kupiła synowi koszulkę do body boardu? – zaczepia mnie jedna z ekspedientek – Syn nie powinien pływać z gołym torsem, bo często pływacy obcierają sobie brzuch do krwi. Nawet niech założy zwykłą T-shirtkę, żeby ochronić ciało.

Serdecznie jej dziękuję. Nie wyglądamy na Hawajczyków, więc z pewnością z troski o turystów ta pani postanowiła nam dobrze doradzić.

- Może cofnijmy się i ja kupię odpowiednią bluzkę – zaczynam mieć wątpliwości, czy zakup body board był rozsądny.

- Chyba żartujesz? Nie zamierzam pływać w żadnych bluzkach, ani T-shirtach. Ta kobieta zwariowała – moje dziecko, jak zwykle, wie lepiej.

Ja się jeszcze waham, ale on do mnie podchodzi, bierze za ramię i wyprowadza ze sklepu.

- Lepiej otwórz samochód – komenderuje.


Pakujemy zakupy do środka, deskę na tylne siedzenie i wracamy na osiedle, które jednak jest właściwym adresem. „La Bella Vita” – jak mawiają Włosi. 


Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które robiłam w trakcie podróży przez Londyn na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big Island i Maui. O tej podróży na Hawaje napisałam książkę, zatytułowaną „W drodze po szczęście. Zapiski z podróży”, dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest też dostępny jeszcze jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla przygotowujących się do wyjazdu na Hawaje".