Michał ponownie jest niezadowolony.
Zaczynam się do tego przyzwyczajać. Tym razem chodzi o to, że impreza, na którą
się właśnie wybieramy – jego zdaniem – na pewno jest taką samą „cepelią”, jak
ten nieszczęsny rejs statkiem o zachodzie słońca na O`ahu. Usiłuje podbuntować
swoją babcię, a moja mamę, że bez sensu wywaliłam pieniądze na różne
„nieatrakcyjne atrakcje”, zamiast kupić bilety lotnicze w klasie business.
- Michał, myślę, że przeżyjesz tę
imprezę. Na pewno długo nie potrwa.
- Przeżyję, bo zabiorę ze sobą
iPhone`a. Zamierzam przez cały czas słuchać polskiego rapu, żeby nie słyszeć
miejscowego badziewia.
To może być nawet interesujące: polski
podkład muzyczny, np. pod pokazy polinezyjskich ogniomistrzów. No, cóż …
totalna globalizacja, multi-kulti. Moje dziecko ma zawsze ze sobą telefon, a w
nim kilka tysięcy utworów na wypadek, gdyby trafił na super nudną i super długą
imprezę. Rok wcześniej byliśmy na „Aidzie” w Arena di Verona. Muszę przyznać,
że sama żałowałam, że nie zabrałam z hotelu słuchawek. Przynajmniej w ogóle czegokolwiek
bym słuchała. „Aida” w tamtym wykonaniu była operą bez nagłośnienia. Śpiewacy
musieli zmagać się w amfiteatrze z prawami fizyki i braku akustyki, z góry
skazani na porażkę. Baryton jeszcze było słychać, ale sopran w ogóle niknął w
ogromnej przestrzeni otwartego obiektu. Jedynym ciekawym akcentem był wjazd na
scenę koni, ale niestety szybko je stamtąd zabrano. Za szybko, bo moje dziecko
akurat wtedy zainteresowało się operą, gdyż samo od wielu lat jeździ konno. W
momencie, kiedy wyprowadzono konie ze sceny, Michał włożył do uszu słuchawki i
tyle miałam z ukulturalniania mojego syna. Pamiętam, że bilety były bardzo
drogie, a „Aida” była porażką. Trochę „bolało” L.
Dojeżdżamy do hotelu, w którego
ogrodach ma odbyć się Lava Legends & Legacies – wieczorek folklorystyczny,
w czasie którego mamy poznać miejscowe legendy i podania oraz dowiedzieć się o
dziedzictwie kulturowym Hawajów.
Stoimy w kolejce. Za czym kolejka ta
stoi? – chciałoby się zacytować fragment piosenki Krystyny Prońko. Nie znoszę
kolejek, a nie mam wyjścia. Muszę odstać swoje. Pozostali kolejkowicze
cierpliwie czekają na swoją kolej. Podchodzimy do kontuaru. Oprócz girlandy
lei, wykonanej z muszelek, dostajemy do przeczytania tekst ostrzeżenia, że
organizator nie ponosi odpowiedzialności za pogodę i żywioły natury. Oznacza to,
że jeśli lunie na nas deszcz lub przyjdzie fala tsunami, to mamy się z nim nie
procesować. Myślę, że wtedy nie byłoby nam w głowie ciąganie organizatorów po
sądach.
- O, a nie mówiłem? Taki sam układ, co
na statku na O`ahu. Długie stoły, szwedzki bufet, a pewnie zaraz wybiorą
mistrza ceremonii – triumfuje Michał.
Wrrr … staram się go nie słuchać. W sukurs
przychodzi kelner z Mai Tai. O, tak, koktajl alkoholowy pomoże mi przetrwać
trudne chwile. Pyszny!
- Czy ja mógłbym dostać jeden Mai Tai
dla siebie? – pyta urażony Michał.
Zabijam go wzrokiem.
- OK., OK. Dlaczego się denerwujesz?
Tylko pytam.
- Jeśli potem będziesz się tłumaczył
tutejszej policji, to możesz sobie wziąć szklankę napoju wysokoprocentowego.
- Ty jesteś moją mamą, Ty się będziesz
tłumaczyć za mnie.
- Zatem nie dostaniesz alkoholu, a na
pewno nie w miejscu publicznym. KROPKA!
Z głośników dociera do nas kobiecy
głos. Zapowiada ceremonię Imu i prosi
gości o podejście w pobliże kopca, koło którego przed chwilą przechodziliśmy. W
zasadzie ten kopiec wygląda jak miejsce, w którym organizatorzy mogliby
rozpalić ognisko. Brakuje jedynie drewna.
Podchodzimy bliżej. Kopiec otoczyło
sporo osób, ledwo co widzę. Mojej mamie – na całe szczęście – udało się podejść
bliżej. Nagrywa.
Mężczyźni w polinezyjskich pareo
dźgają dzidami obiekt zainteresowania, czyli kopiec, by – jak nam wyjaśnia
kobiecy głos – wydobyć z ziemi wieprzowinę. Czym jest ceremonia Imu? Jest
prastarym sposobem przyrządzania wielu potraw. Pierwsi Hawajczycy gotowali w
ten sposób mięso i warzywa. Imu po
hawajsku znaczy „dół, jama, dziura”. Najpierw wykopywano w ziemi zwartą dziurę
o głębokości od dwóch do czterech stóp (0,6 – 1,2 m), ale na tyle szeroką, by
pomieścić w niej przyrządzane jedzenie, kamienie, węgiel i warzywa, ale
równocześnie na tyle wąską, by ciepło nie rozchodziło się na boki. W czasie Imu
węgiel i kamienie są bardzo mocno rozgrzane, mięso – najczęściej jest to
wieprzowina – zakryte jest warstwami liści i matami, a następnie zasypywane
ziemią. Węgiel i kamienie dają ciepło, liście powodują wilgoć, a maty –
parowanie, zatem nie jest to proces pieczenia, a raczej – jakbyśmy współcześnie
powiedzieli – gotowania na parze. W rezultacie – jak nas zapewnia kobiecy głos
– będziemy mogli skosztować przepysznej, soczystej i niezwykle delikatnej
wieprzowiny.
Mężczyźni wyjmują kamienie ze środka
przepołowionego prosiaka i przenoszą go na stół, na którym rozdrobnią go na
małe cząsteczki. My wracamy na swoje miejsca. Biorę łyk Mai Tai. Pycha!
Zaczyna się „cepeliowski” rytuał:
kobiecy głos przedstawia mistrza ceremonii, mistrz ceremonii wybiera
odpowiednie stoliki, uczestnicy imprezy ustawiają się w kolejce po wyznaczonych
przez niego stronach szwedzkiego bufetu. Znów kolejka L. Całe szczęście nie jestem głodna.
Wtedy na statku nie zjadłam prawie nic. Nic mi nie smakowało. Nawet napoje
alkoholowe były kiepskie. Tu przynajmniej Mai Tai jest smaczny. Mniam, bardzo
smaczny.
Nie da rady, trzeba podejść do
szwedzkiego stołu, stanąć w kolejce. Mistrz ceremonii właśnie na nas wskazał.
Wszystkie potrawy wyglądają ładnie, jest duży wybór. Mimowolnie nakładam sobie
na talerz dużo za dużo. Pojawiła się też wieprzowina z ceremonii Imu. Wygląda
teraz trochę, jak duszona wieprzowina.
Wracamy do stolika. Coś, co wygląda
jak zabarwione na fioletowo tofu jest tak mdłe, że nie mogę się przemóc, by
wziąć drugi kęs. Nie zapamiętałam nazwy, żeby drugi raz nie nabrać się na jego
oryginalny kolor. A wrócić do szwedzkiego stołu nie mogę. Musiałabym poprosić o
pozwolenie mistrza ceremonii. Paranoja!
Z kolei wieprzowina, rekomendowana
przed chwilą jako miejscowy rarytas w ogóle nie ma smaku. Faktycznie przypomina
duszoną wieprzowinę, brakuje w niej jedynie sosu, co sprawia że tutejszej
potrawie daleko do naszej, polskiej.
Co potrawa, to coraz większe
rozczarowanie. Naprawdę mi nie smakuje. Poi,
które wygląda jak coś pomiędzy budyniem a puddingiem jest – delikatnie mówiąc –
takie sobie. Przyrządza się je z korzenia bulwiastego, typu cebula i liści
kolokazji (gatunek jadalnej rośliny). Smacznego L.
Ograniczam się jedynie do sałatek.
Sałatka jak to sałatka, trudno ją zepsuć. Dobrą sałatką, a jednocześnie
przystawką jest poke, w której
wymieszano sashimi tuńczyka Yellowfin, marynowanego w soli morskiej, inamona
(pieczone, pokruszone orzechy candlenut – takie same, z których wykonano
naszyjnik dla JoliJ),
olej sezamowy, wodorosty Limu (po hawajsku algi)
i posiekane papryczki chili. Receptura tej potrawy została przywieziona na
Hawaje przez Japończyków. Poke jest
niezłe.
Smakuje mi także łosoś Lomi. Lubię
łososia pod każdą postacią, może być Lomi, choć mam skojarzenia z masażem
Lomi-Lomi. Skojarzenie to nie jest bezpodstawne: powszechnie mówi się na niego
łosoś Lomi-Lomi (niestety masażu tu nie zapewniają, a szkoda). Zazwyczaj jest
on dodatkiem do drugiego dania. W jego skład wchodzi poza łososiem głównie
pomidor. Przepis ten na wyspy przywieźli pierwsi żeglarze z Zachodu.
- Czy Pani już skończyła? – z
rozmyślań wyrywa mnie naprawdę przystojny mężczyzna. Wysoki, umięśniony, śniady
brunet. Wiem, wiem, w tej szerokości geograficznej to żadna rewelacja. Niemniej
jedno jest dla mnie pewne: Hawajczycy są ładniejsi od Hawajek. One z kolei mają
budowę ciała od pasa w dół taką, że od bardzo szerokich bioder nogi zwężają się
do bardzo chudych kostek. Wygląda to dość dracznie, szczególnie jeśli
dziewczyna ma na sobie przylegające do ciała jeansy. Mężczyzna pochylony nade
mną poza pareo, nie ma nic na sobie. Można sobie pomarzyć J.To on nas witał, teraz z kolei pełni
funkcję kelnera. Ciekawe, co jeszcze będzie tu robił.
Siedzimy na tarasie hotelu, nad
oceanem. Podobnie, jak nasz apartament, jest on położony na wybrzeżu klifowym.
Akurat jest zachód słońca. Wszyscy – jak na komendę – wstali od swoich stolików
i podeszli bliżej urwiska. Wszyscy mają w rękach aparaty, robią zdjęcia. My
też. Nawet Michał się wciągnął. Nie da się pozostać obojętnym na coś tak
zjawiskowego.
Dopiero zajście słońca, które jakby
zanurzyło się w oceanie sprawia, że ludzie wracają do swoich stolików. Zaczyna się
luau.
Luau jest tradycyjnym hawajskim
przyjęciem, ucztą, imprezą, festynem, świętem, któremu towarzyszy zabawa.
Kierowca busa, który nas wiózł z lotniska do hotelu na Waikiki bardzo zachwalał
luau. Powiedział, że koniecznie musimy się wziąć w nim udział. Hawajczycy
zastąpili wyraz party słowem luau (po hawajsku „przyjęcie”,
„impreza”). Bal maturalny, wesele i urodziny to też jest „luau”, które
poprzedzają odpowiednie przymiotniki.
Historia biesiadowania na Hawajach
sięga czasów pierwszych Hawajczyków. Przez wieki jadali oni osobno: osobno
kobiety, osobno mężczyźni. Tym pierwszym nie wolno było na co dzień jeść
wyrafinowanych potraw, bądź podawanych tylko na specjalne okazje. Dopiero w
1819 roku król Kamehameha II zniósł prawo religijne rdzennych mieszkańców wysp
hawajskich i symbolicznie zaprosił wszystkie kobiety z całego Królestwa, by z
nim spożyły wieczerzę. W ten sposób narodził się luau – zwyczaj, pielęgnowany zarówno przez propagatorów kultury,
jak i liczne biura podróży.
Wcześniej ten rodzaj przyjęcia
nazywano pā‘ina lub 'aha‘aina. Współczesna nazwa pochodzi od
głównej potrawy, nazywanej właśnie luau.
To kurczak gotowany w mleku kokosowym z liśćmi kolokazji (te same, których używa
się w czasie przyrządzania poi).
Na początku potrawy spożywano na ziemi
– na matach, które stanowiły główną ozdobę luau.
W większości maty były wykonane z liści ti,
tych samych, które słudze Kamehamehy I i ludziom z Waipi`o służyły do
wyplatania lin.
Jedzenie nie było wtedy podawane na
talerzach, jedzono je rękami. W ten sposób powstały nazwy potraw. Nazwa poi na przykład wzięła się od tego, że
biesiadnicy radzili sobie, jak mogli z jedzeniem niby-puddingu. Jedni jedli go
trzema palcami, drudzy – dwoma, inni – tylko kciukiem nazywanym poi.
Patrzę na scenę. Mężczyźni dają pokaz
tańca z płonącymi pochodniami. No i, bardzo proszę, wysoki, umięśniony, śniady
brunet vel komitet powitalny vel kelner teraz zajmuje się tańcem. Ciekawe, ile
on ma tu etatów i ile zarabia?
- Mamo, nie patrz tak. W Twoim wieku…?
– moje dziecko naprawdę chce się doigrać. Następny raz nie zabiorę go na koniec
świata. Wakacje spędzi w Koluszkach albo Tłuszczu. Poza tym, co to znaczy „W
Twoim wieku”? Ostatnio takim pytaniem, „okraszonym” oburzoną miną uraczył mnie
na nartach w Dolomitach. Tańczyłam sobie w apartamencie przy włączonym MTV, do
teledysków włoskiej play listy, gdy wtem moje dziecko spojrzało i powiedziało:
„Mamo, w Twoim wieku nie wypada”. To naprawdę nie było miłe. Gdyby mi
powiedział, żebym przestała skakać, bo zarwie się pode mną podłoga i będziemy
musieli płacić odszkodowanie, to ja bym się na niego nie obraziła. To
przemówiłoby do mojej wyobraźni, ale kwestia wieku…? To cios poniżej pasa.
Tancerze ognia, jak ich tu nazywają –
fire dancers – sprawnie obracają pochodniami, które płoną na obu końcach. Nie
wiem, jak oni to robią, ale przerzucają sobie płonące drągi, nie parząc się
przy tym. Zataczają nimi koła, robią ósemki. Dowiadujemy się, co jeszcze
oznacza słowo poi – łańcuchy, używane
przez tancerzy: Poi to także nazwa
pewnego plemienia Maori, żyjącego w Nowej Zelandii.
Taniec ognia z zastosowaniem różnych
technik jest częścią dziedzictwa kulturowego wielu rejonów świata. Najstarszy z
nich wywodzi się z Samoa i znany jest jako Siva Afi i Płonący Nóż (Siva Afi and
The Fire Knife). Taniec ten ma swoje korzenie w starożytnych samoańskich
pokazach o nazwie `ailao i służy
pokazaniu sprawności samoańskiego wojownika, który zręcznie kręci, rzuca,
chwyta i tańczy niczym z bronią, narzędziem walki, które może razić ogniem
wroga.
Piszę o tym dlatego, że ten taniec,
który właśnie trwa pochodzi właśnie z Samoa. Hawaje, Tahiti i Samoę łączy
wspólna historia i mnóstwo legend. Wedle współczesnych źródeł wielu
Samoańczyków przypłynęło na Hawaje w 1919 roku. Była to zarazem jedyna znacząca
grupa Polinezyjczyków, która nie przybyła na wyspy, by pracować na plantacjach.
W latach pięćdziesiątych XX wieku na Hawajach pojawili się kolejni Samoańczycy w liczbie około tysiąca.
Spis ludności w 1970 roku wykazał, że było już ich ponad 13 tysięcy, większość
z nich na O`ahu. Współczesna historia migracji ludności samoańskiej na wyspy
hawajskie nie wyklucza wcześniejszego napływu. Kwestia osadnictwa na Hawajach
wciąż pozostaje nierozwiązana. Niektórzy historycy wierzą, że pierwsi
Polinezyjczycy przybyli na Hawaje już w III wieku z Markizów (Îles Marquises,
najdalej na północ wysunięta część Polinezji Francuskiej). Po nich przyszła
kolej na osadników z Tahiti, którzy w 1300 roku podbili wyspy. Jedynym dowodem
na to są legendy, opowiadające o bohaterze Hawai`iloa i o duchownym-żeglarzu
Pa`ao. Wedle nich to właśnie pierwszy z nich doprowadził do osadnictwa na
Hawajach. Po przypadkowym odnalezieniu wysp hawajskich, Hawai`iloa wrócił do
swojej Ojczyzny, która nazywała się wówczas Ka`āina kai melemele a Kane (wyspa
na żółtym morzu Kane). Postanowił zorganizować ekspedycję, która miała
doprowadzić do kolonizacji. W jej skład weszli członkowie jego rodziny i ośmiu
znakomitych żeglarzy. Osiedlili się na wyspie, którą na jego cześć nazwano
Hawai`i. Legendy głoszą, że jego synowie: Kaua`i, O`ahu i Maui osiedlili się na
wyspach, które także nazwano na ich cześć.
Bohaterem hawajskich legend i postacią
historyczną jest także Pa`ao, duchowny z Kahiki, a dokładniej z Wawau lub
Upolu. Jak już wcześniej wspominałam przy okazji legend o bogini Pele, termin Kahiki w języku hawajskim oznacza ziemię
położoną poza Hawajami, choć pochodzi od nazwy Tahiti. I choć Wawau i Upolu to
współczesne nazwy miejscowości
położonych na Wyspach Towarzystwa (Society Islands) oraz wyspach Samoa i Tonga,
to hawajscy historycy i heraldycy królewscy twierdzą, że Pa`ao mógł przybyċ
zarówno z Samoa, jak i Tahiti lub nawet byċ Tahitańczykiem samoańskiego
pochodzenia.
Król Kalakaua (1836 – 1891) w swoich
„Legendach i Mitach Hawajów” (Charles Webster & Company, Nowy Jork 1888)
wyraźnie rozróżniał pochodzenie tahitańskich wodzów i tych arystokratów oraz
duchownych, którzy wywodzili się z wysp Samoa. Pa`ao przypisuje się pochodzenie
samoańskie. Dowodem na to może być fakt, że to on wprowadził na Hawajach
zwyczaj składania ofiar z ludzi. Niegdyś w świątyniach luakini, świętym miejscu rdzennych Hawajczyków składano ofiary z
ludzkiej i zwierzęcej krwi. Z klasy niewolników, nazywanej kauwa wybierano osoby, które składano w ofierze w miejscach,
zwanych laukini heiau. Współcześni
historycy wierzą, że klasa ta składała się w dużej mierze z pojmanych w czasie
wojen wrogów i ich potomków. Nie oni jedyni byli składani w ofierze. Również
wszyscy, którzy występowali przeciwko prawu, bez względu na pochodzenie, jak również
przeciwnicy polityczni. Duchownemu Pa`ao przypisuje się także sprowadzenie na
wyspy jednego wodza nad wodzami, który miał królować nad wszystkimi
Hawajczykami.
Na scenie pojawiły się tancerki hula. Mają na sobie spódniczki, wykonane
z długiej trawy i biustonosze z łupin kokosa. Podziwiam je. Ja chyba
zadrapałabym się na śmierć pod warunkiem, że zmieściłabym się w „kokosowy”
biustonosz. Jak to musi swędzieć? Okropne!
Taniec hula, jak i pozostałe tradycje rdzennych Hawajczyków – jak już
wcześniej pisałam – zostały zakazane przez żonę Kamehamehy I w latach
trzydziestych XIX wieku pod naciskiem chrześcijańskich misjonarzy i
amerykańskich protestantów. Oficjalnie głosili oni, że hula jest tańcem pogańskim, choć wielu z nich w głębi ducha
popierało tę tradycję i zezwalało na tańce pod własnym dachem. Taka postawa
pozwoliła na wprowadzenie uregulowań prawnych w połowie XIX wieku. Publiczne
pokazy hula mogły być organizowane,
lecz wcześniej trzeba było na nie uzyskać licencję.
Na początku XX wieku taniec hula przeszedł istną transformację, stał
się „towarem” dla turystów. To właśnie wtedy zaczęto organizować wieczorki,
spektakle, m. in. Kodak Hula Show, hula „zagościła” w filmach powstającej
fabryki snów – Hollywood. Pomimo ogromnej komercjalizacji hula była nadal praktykowana w odległych rejonach Hawajów, w
skromniejszej formie, lecz z poczuciem dumy narodowej. Ponownie moda na ten
taniec pojawiła się w latach siedemdziesiątych, w czasach Hawajskiego Renesansu
i nieprzerwanie trwa do dnia dzisiejszego.
Mężczyźni na scenie grają na gitarach
i ukulele. No i ponownie wysoki, śniady, umięśniony młodzieniec pojawia się w
nowej roli. Tym razem jest muzykiem. OMG (Oh, my God! – O, mój Boże!”), nie
dość, że przystojny, to jeszcze wszechstronnie utalentowany. Polki chyba
powinny masowo tu przyjeżdżać w poszukiwaniu szczęścia J.
Pomimo, że hula na całym świecie kojarzy się z charakterystycznymi
instrumentami: gitarami i ukulele, a
także dziewczętami ubranymi w spódnice z długiej trawy i z girlandami lei na szyi, to taniec ten przez wieki
wyglądał zupełnie inaczej. Nie było ukulele,
gitar, spódniczek i … turystów. Była tylko ha`a
(oryginalna nazwa tańca), Laka i Pele.
Zanim Europejczycy odkryli Hawaje,
taniec hula traktowany był jako
ceremonia, w czasie której mężczyźni i kobiety oddawali honor boginiom Lace i
Pele. Początki tańca hula można
znaleźć w mitach o Pele i jej siostrze Hi'iace. Niektóre źródła podają, że
Hi'iaka nauczyła się tego tańca od Laki i zatańczyła w obecności Pele. Wedle
innych Pele poprosiła Hi`iakę, by ta nauczyła Lakę tańczyć, bo ten taniec miał
ją ochronić przed złem. To z kolei wskazuje na jego wyjątkowy charakter, nieziemską
moc.
Tancerki hula wdzięcznie pląsają po scenie. Taki taniec to też dobry sposób
na pozbycie się nadwagi i stresów. Trzeba zaangażować ręce, oczy, biodra i nogi
– po prostu całe ciało. Ma to również znaczenie dla tańca hula: rękoma opowiada się historię, oczy dodają tej opowieści
ekspresji, ruchy bioder i stóp wskazują rytm i moc.
Luau dobiega końca. Wstajemy od
stolików i w rytmie hula zmierzamy do
wyjścia. Biodra, stopy, ręce – tanecznym krokiem idziemy do samochodu. Hula!