piątek, 31 lipca 2015

Beannachd leibh po celtycku znaczy "żegnaj"

26 lipca 2015

Tak myślałam, że foki zobaczymy ostatniego dnia. I stało się. Można rzec: "OSTATNIM rzutem na taśmę" w czasie OSTATNIEGO spaceru po Stornoway pojawiły się wraz z całą chmarą mew. 

Była 17.30, kuter rybacki zbliżał się do portu. Nie było go widać, ale jego podpłynięcie zwiastowały mewy, które całą chmarą leciały w kierunku nadbrzeża. Było słychać straszny rwetes, jakby całe tabuny bab na targu kłóciły się równocześnie. Dopiero po chwili zobaczyliśmy kuter, nad którym kłębiły się chmary mew. Wyglądało to tak, jakby robiły sobie wyścigi, która pierwsza dogoni kuter, której uda się wyrwać rybę. Zanim kuter pojawił się na horyzoncie, moja mama powiedziała: "O, rybacy wracają z połowu". Ja, mieszkanka Mazowsze odpowiedziałam na to: "Jak to wracają? Po południu? Przecież oni łowią nocą, a przypływają nad ranem i dopiero wtedy można kupić od nich świeżą rybę". Oczywiście, bardzo się myliłam, połowy odbywają się również w ciągu dnia. 

Kiedy dotarliśmy do portu, kuter już dobił do brzegu. To, co się działo, jest nie do opisania. Można było nakręcić "Ptaki 2" Hitchcocka.Następnie pojawiła się foka, a po chwili dwie. Biedne usiłowały zawalczyć o rybę, ale wredne mewy dziobały je, jak tylko foki wystawiły głowę nad wodę. Nawet kilka z nich usiłowały zadeptać jedną z nich. Obsiadły ją i tupały nogami. 



Rybacy włączyli muzykę. Może chcieli zagłuszyć wrzask mew, a może lepiej im się obsprawia ryby przy muzie. 



Po raz pierwszy z życiu zobaczyłam taką bitwę o żarcie. Nie byłam nigdy na safari, poza safari parkami, ale tam wszystkie zwierzęta są pod kontrolą. Poza tym tu jedzenie nie pływało w kanale portowym i nie trzeba było go zabić, by zjeść. Po prostu rybacy wyrzucali to, co im nie pasowało, a zwierzęta zabijały się, żeby złapać zdobycz. Mewy były tak agresywne, że można było włączyć kamerę, a sequel "Ptaków" Hitchcocka sam by się nakręcił.   






Beannachd leibh po celtycku znaczy "żegnaj". Wokół nas jest wiele celtyckich nazw. Na znakach drogowych u góry dużymi literami widnieją celtyckie słowa, a u dołu drobnym drukiem - angielskie. Wymagało to ode mnie szybkich reakcji, kiedy prowadziłam samochód. Nie dość, że kierownica po prawej stronie, jazda po lewej stronie, to głównie widziałam celtyckie napisy. Po prostu celtycki nightmare :) 







Beannachd leibh. 

Chi mi a-rithist thu 



i Londain agus i Pholainnis.


Żegnajcie. 



Do zobaczenia w Londynie i w Polsce. 

sobota, 25 lipca 2015

Caladh znaczy port

Dziś dotarliśmy do Stornoway, nie po zakupy, ani benzynę. Na dwa dni przenieśliśmy się do hotelu, by być bliżej lotniska, bo w poniedziałek skoro świt lecimy do Londynu. Musiałam rozstać się z Mitsubishi Outlanderem. Bardzo żałuję, że nie pojeżdżę jeszcze nim trochę. Polubiłam white angel. Był białego koloru, który nie jest moim ulubionym kolorem karoserii, podobnie jak nie jest nim obuwie. Jedynie sneakersy mogą być białe. Pozostałe buty nie mają takiego prawa :) Wyjątek dla białego koloru zrobiłam w przypadku tego właśnie Outlandera. 

Powiedziałam chłopakowi w wypożyczalni, że chciałabym sobie kupić dokładnie ten model. Nie stać mnie jednak na wywalenie 200 tysięcy. Samochody hybrydowe są dla bogatych, nie dla mnie. 

Ostatnią wycieczkę krajoznawczą samochodem zrobiliśmy wczoraj. Pojechaliśmy do Uig, ale nie na plażę Ardroil, tylko na Reef Sands. To też plaża, też położona nad Atlantykiem, nie tak duża, jak ta pierwsza, ale bardzo urokliwa.








W drodze powrotnej widzieliśmy dużo fajnych miejsc. Co chwila zatrzymywałam samochód. Nawet raz nie zorientowałam się, że za mną na wąskiej drodze jednopasmowej ustawił się korek samochodów. Nagle ruch tam się zrobił, jak na Marszałkowskiej, tylko nikt na mnie nie trąbił. Czekali aż zrobimy zdjęcia, a mnie zrobiło się strasznie głupio. 








Zauważyliśmy, że na Lewis and Harris jest bardzo dużo kościołów. Po drodze z Uig natknęliśmy się na dwa, stojące obok siebie: Church of Scotland i The Presbyterian Church of Scotland. Stoją obok siebie w odległości kilku kroków. Czy walczą o wiernych? Trudno powiedzieć. Msze odbywają się w podobnych godzinach.






Podobnie z kościołami jest w Stornoway. Dziś w czasie spaceru widzieliśmy wiele kaplic, które są ustawione dosłownie obok siebie.





Szliśmy do hotelu, oops sorry - do zajazdu, który nazywa się Caladh Inn. Caladh po celtycku znaczy port, koło którego jest on położony. Caladh to także zdrobnienie chłopięcego imienia. Oznacza ono osobę, która jest wrażliwa, kochana, towarzyska. Pragnie ona zawsze pokoju i harmonii. Zajazd sam w sobie jest fantastyczny, lepszych warunków bym w Stornoway nie znalazła. 

Pisząc o pierwszym znaczeniu słowa Caladh, nie sposób nie wspomnieć o porcie w Stornoway, który jednym z najważniejszych terminali promowych na Lewis and Harris. Port też jest miejscem postojowym dla jachtów. 












To, co widać na zdjęciu powyżej (w tle) to Lews Castle - zamek zbudowany w latach 1847 - 1857 przez Sir Jamesa Mathensona, który kupił wyspę częściowo za fortunę, zbitą na handlu opium w Chinach. Zamek utrzymany jest w stylu wiktoriańskim. W 1918 roku lord Leverhulme odkupił wyspę i zamek. To ten sam wicehrabia, który chciał wskrzesić rybołówstwo. Nie udało mu się wymusić pracy na zwolnionych do cywila żołnierzach. Ale Leverhulme nie był do końca szukającym własnego interesu przemysłowcem. W 1923 roku przekazał zamek Lews mieszkańcom Lewis and Harris. 




Zamku nie można zwiedzać, ale można spacerować po ogrodach. 





A Stornoway wielkości podwarszawskiego Piaseczna jest przepięknym miejscem z wieloma starymi i przepięknymi domami. W naszej rodzinie jesteśmy uwrażliwieni na piękno architektury, dlatego nie mogliśmy obojętnie przechodzić koło nich.