Dziś dotarliśmy do Stornoway, nie po zakupy, ani benzynę. Na dwa dni przenieśliśmy się do hotelu, by być bliżej lotniska, bo w poniedziałek skoro świt lecimy do Londynu. Musiałam rozstać się z Mitsubishi Outlanderem. Bardzo żałuję, że nie pojeżdżę jeszcze nim trochę. Polubiłam white angel. Był białego koloru, który nie jest moim ulubionym kolorem karoserii, podobnie jak nie jest nim obuwie. Jedynie sneakersy mogą być białe. Pozostałe buty nie mają takiego prawa :) Wyjątek dla białego koloru zrobiłam w przypadku tego właśnie Outlandera.
Powiedziałam chłopakowi w wypożyczalni, że chciałabym sobie kupić dokładnie ten model. Nie stać mnie jednak na wywalenie 200 tysięcy. Samochody hybrydowe są dla bogatych, nie dla mnie.
Ostatnią wycieczkę krajoznawczą samochodem zrobiliśmy wczoraj. Pojechaliśmy do Uig, ale nie na plażę Ardroil, tylko na Reef Sands. To też plaża, też położona nad Atlantykiem, nie tak duża, jak ta pierwsza, ale bardzo urokliwa.
W drodze powrotnej widzieliśmy dużo fajnych miejsc. Co chwila zatrzymywałam samochód. Nawet raz nie zorientowałam się, że za mną na wąskiej drodze jednopasmowej ustawił się korek samochodów. Nagle ruch tam się zrobił, jak na Marszałkowskiej, tylko nikt na mnie nie trąbił. Czekali aż zrobimy zdjęcia, a mnie zrobiło się strasznie głupio.
Zauważyliśmy, że na Lewis and Harris jest bardzo dużo kościołów. Po drodze z Uig natknęliśmy się na dwa, stojące obok siebie: Church of Scotland i The Presbyterian Church of Scotland. Stoją obok siebie w odległości kilku kroków. Czy walczą o wiernych? Trudno powiedzieć. Msze odbywają się w podobnych godzinach.
Podobnie z kościołami jest w Stornoway. Dziś w czasie spaceru widzieliśmy wiele kaplic, które są ustawione dosłownie obok siebie.
Szliśmy do hotelu, oops sorry - do zajazdu, który nazywa się Caladh Inn. Caladh po celtycku znaczy port, koło którego jest on położony. Caladh to także zdrobnienie chłopięcego imienia. Oznacza ono osobę, która jest wrażliwa, kochana, towarzyska. Pragnie ona zawsze pokoju i harmonii. Zajazd sam w sobie jest fantastyczny, lepszych warunków bym w Stornoway nie znalazła.
Pisząc o pierwszym znaczeniu słowa Caladh, nie sposób nie wspomnieć o porcie w Stornoway, który jednym z najważniejszych terminali promowych na Lewis and Harris. Port też jest miejscem postojowym dla jachtów.
To, co widać na zdjęciu powyżej (w tle) to Lews Castle - zamek zbudowany w latach 1847 - 1857 przez Sir Jamesa Mathensona, który kupił wyspę częściowo za fortunę, zbitą na handlu opium w Chinach. Zamek utrzymany jest w stylu wiktoriańskim. W 1918 roku lord Leverhulme odkupił wyspę i zamek. To ten sam wicehrabia, który chciał wskrzesić rybołówstwo. Nie udało mu się wymusić pracy na zwolnionych do cywila żołnierzach. Ale Leverhulme nie był do końca szukającym własnego interesu przemysłowcem. W 1923 roku przekazał zamek Lews mieszkańcom Lewis and Harris.
Zamku nie można zwiedzać, ale można spacerować po ogrodach.
A Stornoway wielkości podwarszawskiego Piaseczna jest przepięknym miejscem z wieloma starymi i przepięknymi domami. W naszej rodzinie jesteśmy uwrażliwieni na piękno architektury, dlatego nie mogliśmy obojętnie przechodzić koło nich.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz