piątek, 17 lipca 2015

Ohydne wiejskie domy obok pięknych ruin



Dziś doświadczyliśmy prawdziwie szkockiej pogody. Rano padało i było przeraźliwie zimno. Moja mama wyskoczyła na dwór, jak co dzień jedynie w lekkiej kurteczce i nagle "otuliło" ją lodowate powietrze. Potem wyszło słońce, a ja i Michał wygramoliliśmy się z łóżek z mocnym postanowieniem, że jedziemy zwiedzać. Dziś chcieliśmy zobaczyć to, na co wczoraj nie starczyło nam czasu. Pojechaliśmy tą samą drogą, ale dalej - na Butt of Lewis - najbardziej wysunięty na północ fragment wyspy Lewis, który oddziela Morze Szkockie od Oceanu Atlantyckiego. I tam doświadczyliśmy po raz drugi szkockiej pogody. Nad nami "oberwała się" chmura. 


I tym razem nie wszystko udało nam się zobaczyć, dlatego za kilka dni ponownie pojedziemy tą samą drogą. Intensywne zwiedzanie utrudnia nam brak punktów gastronomicznych i sklepów. Mieliśmy nadzieję, że coś zjemy w Cafe Sonas w Port of Ness, ale dotarliśmy tam po godzinach lunchu i jedynie mogliśmy kupić deser. Na moje pytanie, gdzie można zjeść coś, co nim nie jest barmanka odpowiedziała, że jedyną knajpą, w której być może coś o tej godzinie dostaniemy (było tuż po 15.00) jest restauracja w hotelu, odległym od Ness o 20 minut jazdy. I jest to jedyna knajpa na trasie z Port of Ness do Stornoway, a odległość między miastami wynosi 44 km. Po drodze nie ma sklepów, nawet na stacji benzynowej. Stacji też za wiele nie ma. Na jednej z nielicznych, takiej z jednym dystrybutorem zamykanym na kłódkę tankowaliśmy samochód. Paliwo nalewała do baku Szkotka, przy której pozbyłam się kompleksów, bo - choć to arcy-trudne - była zdecydowanie grubsza ode mnie. 

Zatankowanie paliwa okazało się bardzo trudnym zadaniem. Nie mogliśmy dojść do tego, jak otworzyć klapkę do wlewu, ale po dłuższej chwili mój syn ponownie okazał się genious. W instrukcji obsługi znalazł informację, że w tym celu należy pociągnąć wajchę, która znajduje się w podłodze koło fotela kierowcy. Nigdy nie wpadłabym na to, że to ustrojstwo może być pod moimi nogami. 

Port of Ness to bardzo urocza miejscowość, nawet w strugach deszczu. Pojedziemy do niej jeszcze raz, może tym razem nie będzie padać.




Zanim dojechaliśmy do Port of Ness, byliśmy w kilku miejscach, które warto i tych, których nie warto zobaczyć. 

Arnol Blackhouse - gdybyśmy nie widzieli wczoraj Gearrannan Blackhouse Village, to może "czarny dom" w Arnol spodobałby się nam choć trochę. W przeciwieństwie do domów w Garenin tu domy są tylko trzy, w tym jeden w kompletnej ruinie. Po raz pierwszy w życiu postanowiłam zaoszczędzić i nie oglądać marnej repliki Gearrannan Blackhouse. Już z drogi obiekt prezentował się nad wyraz skromnie. Zaproponowałam Michałowi, żeby wszedł do środka sam. Bilety wstępu do Gearrannan Blackhouse kosztują niecałe 4 funty, do Arnol Blackhouse - 4 i pół funta. Drożej, a - moim zdaniem - gorzej. Co prawda chciałam zaoszczędzić, a straciłam, bo - jak mówi przysłowie - jak masz miękkie serce (dla swojego dziecka - to mój przypisek), to musisz mieć twardą ... (prymitywne słowo na cztery litery). Michał najpierw nie chciał 10 funtów, które trzymałam w dłoni tylko poprosił o pięć, a gdy wyjęłam drugi banknot, to szybko zabrał oba. I tak wyszłam, jak Zabłocki na mydle, bo za trzy osoby zapłaciłabym mniej. Swoją drogą, jaka w jego żyłach krew płynie, szkocka? :)

Po powrocie Michała okazało się, że miałyśmy rację. W środku było tak samo marnie, jak na zewnątrz. Niewiele światła. Co prawda, można poczuć się w takim pomieszczeniu jak w XVII wieku, czyli w okresie, kiedy te domy zostały zbudowane. Poza tym my - wedle relacji mojego syna - miałybyśmy problem z wejściem do "czarnego domu", bo nawet on - osoba strasznie chuda, by wejść, musiał podobno wciskać się bokiem. 







Jeśli chcielibyście jednak zwiedzić Arnol Blackhouse, to w nawigacji wybierzcie miejscowość Arnol. To zachód wyspy Lewis. Kod pocztowy HS2.





Dziś doszłam do jednego wniosku: gdybym była na miejscu Szkotów i miała dookoła tyle ruin domów z kamienia, to nigdy w życiu nie postawiłabym sobie tych brzydkich nowych domostw, tylko odrestaurowałabym te stare, położyła dach i mieszkała w zabytkowym budynku. Te nowe domy są ohydne! Spójrzcie sami.

nowe




stare




Takich ruin na wyspie są dziesiątki, jeśli nie setki. I to nie są tylko domy, z których zrobiono muzea. Koło każdego szkaradnego nowego domu przeważnie stoi ruinka. Myślę, że nie ma tu żadnego naczelnego projektanta, który czuwałby nad odrestaurowaniem tych wszystkich podupadających domów i w związku z tym doprowadzenie do stanu używalności starych domostw nie byłoby wcale o wiele droższe od wybudowania tych nowoczesnych szkaradztw. Ale najwyraźniej szkocki rolnik nie różni się od polskiego, tyle tylko że postawienie w Polsce czasów PRL ohydnych wiejskich domów, które "straszą" do tej pory przypisywano epoce socrealizmu, a to zdaje się nie o socrealizm tu chodzi, tylko o kompletne bezguście.   


Szukamy fajnych miejsc na naszej trasie. Na stojące kamienie natrafiamy tu na każdym kroku. Dziś widzieliśmy najwyższy kamień w Szkocji, który mierzy prawie 6 metrów. To Clach an Truishel i tej nazwy szukajcie przy drodze A858, tuż za miejscowością Barvas. 




Naszym zdaniem, nie warto jechać do młyna Dell (Muileann Dhail). Niestety te mało "seksowne" zdjęcia oddają stan rzeczywisty obiektu. Strasznie marne widoki.







Natomiast zachwyciły nas, szczególnie moją mamę byki szkockiej rasy wyżynnej. Prześliczne. Mama "oszalała" na ich punkcie i nie zważając na to, że nie ma miejsca parkingowego, a ja stoję przy drodze na światłach awaryjnych latała w te i nazad, i fotografowała je. Ale było warto :)



Jutro pojedziemy na północny wschód wyspy Lewis, do Point Villages. Mam nadzieję, że przestanie padać, bo niestety zaniosło się na dobre. Zabieram się do szykowania trasy, ale także chyba przygotujemy prowiant, bo jeśli i tam nie ma knajp i sklepów, to słabo to widzę.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz