150 metrów odległości pomiędzy dwoma brzegami było kwestią sporu pomiędzy mieszkańcami wysepki Great Bernera a władzami hrabstwa. Wkurzeni miejscowi powiedzieli: "Albo zbudujecie most, albo my wysadzimy w powietrze brzeg klifowy i sami zrobimy groblę". Komunikacja pomiędzy malutką wysepką Great Barnera a większym sąsiadem - połączonymi wyspami Lewis and Harris była - wedle relacji tubylców - bardzo uciążliwa. Wszystko - wraz z samochodami, bez których nawet na tak małej wyspie żyć się nie da - było dowożone stateczkami. Nie było regularnych kursów. Nic więc dziwnego, że mieszkańcy Great Bernery byli tak zdesperowani, że postawili ultimatum: albo most, albo my Wam pokażemy, kto tu rządzi.
Decyzję o postawieniu mostu podjęto w 1951 roku. Nie było to najprostsze przedsięwzięcie. Po wojnie brakowało stali, dlatego do budowy użyto specjalnego gatunku betonu, wynalezionego we Francji i Belgii. Pomimo że most wydaje nam się bardzo krótki, jego postawienie mogło narazić na utratę życia jego budowniczych. Prądy morskie w tym miejscu były tak silne, że byli oni przez cały czas "przyklejeni" do rusztowania. Niemniej nurkowie, którzy mieli za zadanie osadzenie filarów w dnie morskim dokonali ciekawego odkrycia. Natrafili na starą groblę, o której podawały XVII-wieczne źródła. Oznacza to, że kiedyś wyspy były połączone. Most, który widzimy na zdjęciu u dołu stał się dumą zarówno mieszkańców, jak i władz regionu, i został zaprezentowany na Festival of Britain w 1951.
Wjechaliśmy na wyspę, która choć jest mała, to jednak bez samochodu nie udałoby nam się jej zwiedzić. Musimy jechać powoli, bo dróżki są wąskie i wiją się w górę, by zaraz opaść w dół. Mój syn mnie denerwuje. Prosiłam, by wydawał zrozumiałe komunikaty, typu "Uwaga, krawężnik!". Wtedy wiem, że za chwilę "skoszę" krawężnik i odbijam w prawo. Zamiast tego znów krzyczy, wydając z siebie onomatopeje: "Aaaaaaa, eeeee". I co mu chodzi? O to, że droga stromo opada. Mam go ochotę zabić, ale muszę być skupiona na prowadzeniu. Mam nadzieję, że droga ta prowadzi dookoła wyspy. Nie było żadnego znaku o drodze bez wylotu. I co się dzieje? Droga właśnie się kończy, a do mnie dociera, że teraz będę musiała wjechać ostro pod górę. Jazda w dół po stromej ścianie jest o wiele lepsza, bo widać to, co dzieje się na dole. W drugą stronę jest mniej przyjemnie. Moja mama mnie pociesza, że dam radę i daję radę. Chwała Bogu, nie ma nikogo, kto chciałby mnie wyminąć. Mogłoby być gorzej, zdecydowanie gorzej.
Co chwila wychodzą na drogę owce i kozy lub wręcz rozkładają się na przejazdach, nie zważając w ogóle na samochody. Nie trąbię, tylko usiłuję wpasować się między nimi tak, by przejechać, a nie uszkodzić ich.
Wracamy do domu. Jutro pojedziemy, m.in. zobaczyć Callanish Standing Stones. Na Great Bernerze zobaczyliśmy miniaturkę "stojących kamieni". Oto one:
I trochę fotek z Great Bernera.
Owce - królowe hebrydzkich dróg. Są wszędzie i najchętniej im się chodzi na przejazdach dla samochodów. Uwielbiają wkurzać kierowców.
I londyńska budka telefoniczna pośrodku wyspy. Jeśli kiedyś będziecie chcieli zadzwonić na Berdyczów, być może dodzwonicie się do tej budki ... na Great Bernera.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz