Nie przypuszczałam, że
wejście będzie takie wygodne. Jest z nami niepełnosprawny chłopak, którego na
rękach znosił opiekun. Przed chwilą wymieniliśmy z Michałem uwagę, że taka
klaustrofobiczna przestrzeń statku nie jest chyba najlepsza dla osób z niepełnosprawnością
umysłową, chociaż może – wprost przeciwnie – działać stymulująco. Żadne z nas
nie studiowało psychologii, ani psychiatrii, ale żadna z tych specjalizacji nie
jest nam potrzebna, by ocenić, że melodia, która płynie właśnie z głośników to
chyba jakaś kpina.
-
Czy Ty słyszysz
to samo, co ja? – pyta mój wyraźnie ubawiony syn.
Tak,
słyszę, to motyw przewodni z filmu „Titanic”. Gdybyśmy byli na parowcu,
pomyślałabym, że załoga daje nam coś do zrozumienia. Ale ponieważ jesteśmy
blisko dna w łodzi podwodnej, to traktuję to jak dobry żart. Syn ocenia: „Oni
chyba postradali zmysły”. Na wszelki wypadek rozglądam się w poszukiwaniu mojej
mamy. Przed wejściem do statku zostaliśmy rozdzieleni, wchodziliśmy dwoma
różnymi wejściami pod dyktando marynarzy. Ponieważ Michał był drugi za mną,
wszedł tym samym, co ja wejściem. Ciekawe, czy po tamtej stronie są podobne jak
po tej widoki, ale na pewno mama też widzi wszystko w błękitach. Pod wpływem
światła żółta bluzka Michała z zielonym napisem kompletnie zmieniła kolor.
Obserwujemy rybę leniwie płynącą przed naszymi oknami. Dla zabawy biorę
słuchawki z tłumaczeniem i nastawiam na język japoński. Syn nie wytrzymuje.
-
O mój Boże, czy
Ty nie rozumiesz, co się do Ciebie mówi? Przecież powiedzieli, że słuchawki są
dla tych, którzy nie rozumieją po angielsku. Odłóż je, bo narobisz obciachu.
Nie
mogę sobie posłuchać japońskiego tłumaczenia, bo mój syn wyrywa mi z ręki
słuchawki i odkłada je na miejsce. Muszę być grzeczna, bo jak mnie wyprosi z
łodzi, to wpadnę w szczęki rekina. Nie widać go tu co prawda. Zamiast niego
jest wrak statku, stąd pewnie przed chwilą z głośników popłynęła muzyka z
„Titanica”.
Wrak
pełni funkcję rafy, mnóstwo w nim ryb i rybek, różnych zwierząt morskich. Wśród
nich m.in. murenowate (White Mouth Moray Eel / Puhi-oni-o), chetonikowate
(Milletseed Butterfly Fish / Lau-Wiliwili), hawajska ryba Sergeant (Hawaiian
Sergeant / Mamo), dascyllus (Hawaiian Dascyllus / `ālo`ilo`i), heniochus
acuminatus (Pennantfish / false kihikihi), lucjan kaszmirski (Bluestripe
Snapper / ta`ape) i alutera pisana (Scribbled Filefish / loulu). Dostaliśmy
dziennik nurka ze wszystkimi nazwami tutejszej fauny i flory, więc później
będziemy mogli dokładniej to sprawdzić. Gatunki, które wymieniłam żyją podobno
wyłącznie w wodach przybrzeżnych Hawajów, ale ichtiologiem nie jestem, więc nie
mam stuprocentowej pewności.
Firma
„Submarine Atlantis”, organizator rejsu pomaga w odnowieniu środowiska
morskiego wybrzeży Waikiki. Wrak, koło którego przepływamy jest jednym z kilku
sztucznych raf, które mogły powstać dzięki finansowemu wsparciu armatora. Przyczyniają
się one do zwiększenia biomasy ryb, korala i rozwoju całego morskiego życia.
Przez
ostatnie 100 lat fauna u wybrzeży Waikiki stopniowo zanikała. W miejscu, w
którym jesteśmy znajduje się największa sztuczna rafa. Składają się na nią wraki
dwóch statków: okręt Marynarki Wojennej YO-257, który zatonął w 1989 roku
odległości dwóch mil morskich od wybrzeży oraz koreańska łódź rybacka St.
Pedro.
Podpływamy
do kolejnej rafy, zrobionej ręką człowieka. To rodzaj żelaznej drabinki,
przypominającej zabezpieczenia, które zimą chronią polskie drogi przed
wdzieraniem się śniegu z pól. Jest tu kilka konstrukcji betonowych,
przypominających piramidy, które powstały we współpracy z Uniwersytetem
Hawajskim (University of Hawaii Sea Grant Program). Leżą też szczątki dwóch
samolotów, które uległy katastrofie.
Suniemy
po dnie oceanu, które nie jest równe. Co chwilę widzimy uskok, który wygląda
jakby powstał w wyniku wybuchu podwodnej bomby. Podpływamy do kolejnego wraku,
obrośniętego wodorostami, przy którym leżą skamieliny i pływają różnokolorowe
ryby. Widok ten robi na mnie niesamowite wrażenie. Wrak wygląda jakby się
ruszał. Ryby, chaotycznie pływając są w stanie „ożywić” nawet skamieniałości.
Jedna z nich podpłynęła do okna. Jest zaledwie kilkanaście centymetrów od nas.
Skąd
taki chaos wśród ryb? Zachowują się one chaotycznie zazwyczaj wtedy, kiedy w
pobliżu jest rekin. Tylko gdzie on jest? Nigdzie go nie widzę.
Rozejrzałam
się dookoła. Ludzie robią zdjęcia, siedzą bardzo blisko okien. Filmują. Może
dla ryby też wyglądają tak, jak ona, z przyklejonymi nosami do szyby.
Podpłynęła
kolejna ryba, płynie teraz razem z nami. Chyba chce się załapać „na gapę”. Dla
niej łódź to jak dla rowerzysty autobus. Można się na czymś przez chwilę oprzeć
i dać się holować.
Zaczęliśmy
się wynurzać. Nad nami widzimy błękitną plamę. Okna są bardzo duże, jak na
możliwości tak małego statku. Teraz mam wrażenie, że „przecinamy” ocean, który
niczym szklana szyba pęka pod jego naporem. Czuję się, jakbyśmy siedzieli we
wnętrzach wieloryba, stwora, który za chwilę dotknie tafli wody. Nad nami widać
przedzierające się światło. Jesteśmy blisko powierzchni wody. Nagle wdzierają
się do środka promienie słońca, jesteśmy wynurzeni do połowy.
Jeśli
będziecie chcieli na Hawajach wybrać się w rejs łodzią podwodną, to doradzam
nasz wybór – The Premium Submarine Tour. Łódź, którą popłyniecie jest
obszerniejsza i ma większe okna. W obu ofertach znajdziecie tłumaczenie na
japoński, chiński i koreański, więc jeśli będziecie mieli sprzyjające warunki,
czyli nie będzie z Wami mojego syna, Wasza podróż po dnie oceanu może być
jeszcze bardziej egzotyczna.
Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które robiłam w trakcie podróży
przez Londyn na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big Island i Maui. O tej
podróży na Hawaje napisałam książkę, zatytułowaną „W drodze po szczęście.
Zapiski z podróży”, dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest też dostępny jeszcze
jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla przygotowujących się do wyjazdu na
Hawaje".