czwartek, 30 kwietnia 2015

Zapiski z podróży na Hawaje - Zostaw tego iPada

Jesteśmy z powrotem w domu, w którego ogródku rośnie las tropikalny. Jest wieczór, w Polsce poranek następnego dnia. Jesteśmy tak zachwyceni domem, że postanawiamy połączyć się na Skype`ie z dziadkiem Mariuszem, żeby podzielić się z nim naszym zachwytem. Nagle słyszę dźwięk SMS w moim telefonie. To Jola pisze: „Czekam na wieści z bajecznych HawajówJ”. Postanawiam zrobić zdjęcia i przesłać je mailem. Na pewno jej się spodobają. Tutejsze meble – poza narożnikiem, którego obicie należałoby bezwzględnie wymienić – bardzo przypominają te, które stoją w jej domu. Naprawdę gustowne. Latam z iPadem po całym domu. Po pierwsze lepiej się nim kadruje, a po drugie o wiele łatwiej wyślę z niego zdjęcia. Nie będę musiała zakładać okularów. Mój syn znów marudzi:

- Czy Ty oszalałaś? Zostaw tego iPada. Rób zdjęcia iPhone`em. Zachowujesz się jak Wieś Mac – jest bezlitosny.


W tym czasie mama łączy się z Polską. Słyszę rozmowę. Nagle widzę, jak w towarzystwie Michała chodzi po całym parterze pokazując jego dziadkowi różne fajne rzeczy. Tylko przez ułamek sekundy mam skojarzenie z jakimś bałkańskim filmem, w którym rodzina „pokazuje” swojemu dziadkowi, którego prochy spoczywają w urnie swoje domostwo, w którym miał z nią „zamieszkać”. Nie pamiętam, jaki był tytuł i nawet czy na pewno wyprodukowano go na Bałkanach. W końcu po to jest Skype, żeby właściwie wykorzystać jego możliwości. Zauważam kątem oka, że mojemu synowi nie przeszkadza chodzenie po pokoju z laptopem. Może to lepiej. Jego dziadek będzie mógł poczuć, jakby był tu z nami. Zabieram iPada i wchodzę na górę. Narożnika nie sfotografuję, ale sypialnię chętnie.  


Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które robiłam w trakcie podróży przez Londyn na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big Island i Maui. O tej podróży na Hawaje napisałam książkę, zatytułowaną „W drodze po szczęście. Zapiski z podróży”, dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest też dostępny jeszcze jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla przygotowujących się do wyjazdu na Hawaje". 






wtorek, 28 kwietnia 2015

Zapiski z podróży na Hawaje - Po bułki 40 km w jedną stronę

Usiłujemy znaleźć „żywą duszę”, jadąc główną uliczką osiedla. Wolelibyśmy nie błądzić w poszukiwaniu sklepu. Wreszcie się trafia. Dziewczyna niewiele starsza od Michała. Zatrzymujemy ją.

- Czy wiesz może, jak dojechać do sklepu spożywczego? – jestem pewna, że sklep musi gdzieś tu być. W końcu jesteśmy na osiedlu mieszkaniowym. Co z tego, że w lesie tropikalnym?

- A co konkretnie potrzebujecie? – pyta dziewczyna i już zaczynam mieć wątpliwości, że znajdziemy sklep gdzieś blisko.

- Konkretnie to wędlinę, mięso, warzywa, owoce, wino, piwo, przekąski, dodatki.

- No, tych rzeczy tu nie dostaniecie.

Jestem w szoku. Jak to? To mieszkańcy jeżdżą po jedzenie dalej? No, nie, tylko nie do Hilo. To 26 mil w jedną stronę.

- Ale może jednak jest gdzieś w pobliżu jakiś sklep? – pytam.

- Jest sklep na stacji benzynowej, ale tam tych produktów nie dostaniecie. Musicie pojechać do Hilo.

„Great!” – myślę. Wspaniale! Oczywiście, jesteśmy w Stanach, gdzie nie dba się o spalanie benzyny i gdzie po jedną bułkę trzeba jechać 40 km w jedną stronę. W Polsce bylibyśmy już w innym województwie.

Nie jest to wina tej dziewczyny, bo to nie ona planowała zagospodarowanie przestrzenne. Nie jestem jednak do końca pewna, czy prawidłowo wymówiłam „Thank you”, o ile wiecie, o co mi chodzi. Nie chciałam jej obrazić.

Nie ma rady. Wracamy na Highway 11. Michał zaczyna narzekać. Już zapomniał, jakie wrażenie zrobił na nim dom. Wcześniej zakomunikował, że jest na kompletnym zadupiu, teraz wziął się za hawajskie autostrady.

- Przecież to jest jakaś porażka – zaczął – To jest autostrada? Jak wrócę do domu, to ucałuję pierwszą napotkaną autostradę.

Nie chcę mu mówić, że trochę czasu mu zabierze poszukiwanie jej, ale nie odzywam się, żeby nie wytrącać go z tego patriotycznego tonu.

- To jest highway? Pas w jedną stronę, pas w drugą stronę? Przecież to kpina – nie daje za wygraną.

Może powinni wyciąć trochę lasu tropikalnego, żeby tak, jak na kontynencie amerykańskim każda autostrada miała po siedem pasów w jedną stronę.

Dojeżdżamy do wielkiego centrum, w którym mieści się supermarket. Moje dziecko się uspokaja, bo robimy porządne zakupy. Pakujemy się szybko do samochodu i odjeżdżamy, bo jesteśmy coraz bardziej głodni. Wjeżdżamy z powrotem na Highway 11, który nie jest highwayem. Mijamy komunę Świadków Jehowy. Michał się ożywia.

- A wiecie, co się dzieje, kiedy ktoś chce się pozbyć muchy, która dostała się do pokoju? Przez otwarte okno wpadają dwa komary, trzy muchy i sześciu Świadków Jehowy. 


Dowcip jest tak absurdalny, że zaczynamy płakać ze śmiechu. Muszę się opanować, bo przecież prowadzę samochód. 

Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które robiłam w trakcie podróży przez Londyn na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big Island i Maui. O tej podróży na Hawaje napisałam książkę, zatytułowaną „W drodze po szczęście. Zapiski z podróży”, dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest też dostępny jeszcze jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla przygotowujących się do wyjazdu na Hawaje". 





poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Zapiski z podróży na Hawaje - Dom, w którego ogródku rośnie las tropikalny

Wreszcie udało mi się wyjechać z parkingu. Michał jest pilotem. Przed sobą ma kartkę ze wskazówkami dojazdu. Wytoczyliśmy się z Hilo (jadę powoli) na Volcano Highway, która po chwili zamienia się w Highway 11. Liczymy mile. Za słupkiem z zielonym napisem „26” mamy skręcić w lewo, w Pearl Street. Jestem pełna obaw. Czy my się nie zgubimy? Jak długo będziemy krążyć? Jednak dojeżdżamy do odpowiedniego miejsca i wjeżdżamy w ulicę Perłową. Jedziemy przez osiedle położone w lesie tropikalnym. Przecznice – jak to w Stanach – mają numery w nazwach. Dojeżdżamy do 6th Street (mam skojarzenie z Piątą Aleją w Nowym Jorku J) i skręcamy ponownie w prawo. Po kilkunastu metrach po prawej stronie widzimy bramę z napisem „Aloha”. Wygląda dokładnie tak, jak na zdjęciu w Internecie.

Powoli wjeżdżamy po żwirowym podjeździe przed budynek, który wygląda na większy niż mi się wydawało. Po lewej stronie podwórza jest wiata, pod którą oprócz miejsca na samochód jest dużo sprzętu AGD, bardzo dużo, jak na jedno gospodarstwo domowe: trzy pralki, dwie automatyczne suszarki, sporo środków czystości, odkurzacze, mopy itp. itd. Wszystko to stoi niezabezpieczone. Brama jest otwarta. Mama wysiadła z samochodu, żeby ją zamknąć, ale macha ręką, że się nie da.

- Michałku, nie zabieraj na razie nic z samochodu. Zorientujmy się, jak tu jest – wolę na zimne dmuchać.

Mama zdążyła wrócić.

- Bramy nie da się zamknąć, bo nie ma tej części, która powinna być zamocowana w ziemi i bolec nie ma się o co zahaczyć. – relacjonuje.

Tymczasem syn jest już przy drzwiach wejściowych.

- Przed wejściem jest tabliczka, na której dziękują za ściąganie przed wejściem butów – informuje nas.

Pomimo, że w hotelu nie było takich obostrzeń, ja już zdążyłam się zorientować, jak bardzo Hawajczycy przestrzegają obyczaju niewchodzenia w obuwiu do domu. Dostałam mailem istny instruktaż, jak mamy się zachowywać w apartamencie w innej części wyspy, w którym będziemy później mieszkać. Była m.in. mowa o tych nieszczęsnych butach. 

No to – chcąc, nie chcąc – zdejmujemy swoje i na bosaka wchodzimy do domu. Drzwi wejściowe są otwarte, na stole leżą dwa komplety kluczy. Większość lamp jest pozapalana. Na prawo jest mała jadalnia z przeszkloną ścianą i kominkiem gazowym. Po lewej stronie spora kuchnia, w której znajdujemy wszystko, co jest potrzebne, nawet więcej. Przed nami jest pokój dzienny z dwoma kanapami, fotelem i kominkiem na drewno. Wszędzie stoją piękne meble, które równie dobrze mogą pochodzić stąd, jak i z Azji. Wychodzimy na taras. Drzwi są otwarte. Ci ludzie chyba oszaleli. Zostawili dom otwarty na przestrzał. Drzwi na boczny taras, które znajdują się w przejściu pomiędzy jadalnią a pokojem dziennym też są otwarte. No i jak mają się do tego ostrzeżenia na forach Internetowych, że na Hawajach kradną?

Michał pomimo, że ma lat 14 trzyma się nas kurczowo. Boi się, że ktoś tu wszedł w czasie, kiedy dom nie był pilnowany i na pewno zaraz nas zaatakuje. Jesteśmy na tarasie. Jest tu coś, czym Gail mnie zachęcił / zachęciła – hot tub, gorąca kąpiel w wannie typu jacuzzi. Wanna przykryta jest plandeką, a gdy ją odkrywamy wydobywa się spod niej ciepła para. Meble na tarasie, tu zwanym lanai są wykonane z drewna tekowego, dlatego pomimo wilgoci w powietrzu wyglądają jak nowe.

Tak sobie wbiłam do głowy, że Gail jest męskim imieniem, że zaczynamy nazywać Gail i Roberta parą gejów. Imię Robert znaleźliśmy przed chwilą w bardzo ładnym pamiętniku, do którego wpisują się goście. Leży on na mniejszej komodzie w pokoju dziennym. Mama stwierdza, że – jak to geje – gust mają dobry.

Idziemy dalej. W głębi pokoju przejście do sypialni, łazienki i schowka. Sypialnia dla dwóch osób jest bardzo przestronna. Najbliżej z niej do hot tuba. Po przeciwnej stronie, za toaletką jest wejście do garderoby. Wszystko jest tu bardzo gustowne. Zadbali także o detale: lampy, lustra, świeczniki, figurki, pościel itp. itd. Wygląda to zupełnie inaczej niż na zdjęciach w Internecie. Ten dom nie jest ładny na swój sposób. On po prostu jest przepiękny. Idziemy na górę. Tam znajduje się ten narożnik, który psuje wizerunek, choć jest miękki i wygodny. Przed nim 50-calowa plazma, którą Gail kusił / kusiła, kiedy korespondowaliśmy jeszcze zimą tego roku. Dalej druga sypialnia i garderoba. Jedyny minus to brak dodatkowej łazienki.


Jestem wniebowzięta. Moja rodzina jest zachwycona. Nawet Michał nie może ukryć podziwu dla miejsca, które wybrałam. Przestał się trochę bać, choć naprawdę nie ma czego. Wnosimy walizki, zamykamy drzwi i postanawiamy pojechać na zakupy. Jesteśmy głodni. 


Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które robiłam w trakcie podróży przez Londyn na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big Island i Maui. O tej podróży na Hawaje napisałam książkę, zatytułowaną „W drodze po szczęście. Zapiski z podróży”, dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest też dostępny jeszcze jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla przygotowujących się do wyjazdu na Hawaje". 












sobota, 25 kwietnia 2015

Zapiski z podróży na Hawaje - "Dom jest gotowy i niezamknięty czeka na Was"

Dojechaliśmy na lotnisko sporo przed czasem. Nie był to nasz pomysł. Po prostu firma, która zapewniała nam transfer z hotelu na lotnisko na podstawie numeru lotu podjęła decyzję, o której nas zabiera. To ona bierze na siebie w razie czego odpowiedzialność za ewentualne spóźnienie.

Podobnie jak wszystkie dotychczasowe atrakcje, godzinę wyjazdu ustaliłam z przewoźnikiem w mailu. To bardzo wygodna forma kontaktu. Maile wysyłałam w nocy po powrocie do hotelu, żeby nie tracić czasu w ciągu dnia na telefony. Odpowiedź zazwyczaj dostawałam wcześnie rano, kiedy jeszcze spałam. Bardzo mi to odpowiada, więc postanowiłam, że w czasie naszej dalszej podróży po Hawajach tak będę się kontaktować z pozostałymi firmami i osobami. Przedwczoraj napisałam mail do osoby o imieniu Gail, od której wynajęliśmy dom w górach, niedaleko wejścia do Narodowego Parku Wulkanów na Dużej Wyspie. Ja nieraz mam problemy z niezbyt powszechnymi imionami. Nie wiem do końca, czy ktoś jest mężczyzną czy kobietą. Na przykład, czy przyszłoby Wam do głowy, że szwedzkie imię Ola nosi facet? A nosi. Na tym etapie podróży Gail mógł być zarówno kobietą, jak i mężczyzną, zwłaszcza że jeśli pogrzebać w Internecie, to natkniemy się na przedstawicieli obu płci. Mnie niestety przed wyjazdem nie starczyło czasu na to, by poszukać więcej informacji o osobie, z którą podpisałam umowę. Nie było to może zbyt roztropne, ale mnie wystarczyło, że ofertę domu znalazłam na bezpiecznej stronie, przez którą można wynająć domy i apartamenty na Hawajach (Flipkey). Poza tym na Gail natrafiłam przez Trip Advisor, sprawdzony przeze mnie portal turystyczny. 

Odpowiedź Gail – kimkolwiek jest – „wzruszyła” mnie do łez: „Aloha! Dom jest gotowy i niezamknięty czeka na Was. Wszystko w porządku. Mahalo (dziękuję), Gail”. No to pięknie, niezamknięty dom! Byłam pewna, za tym imieniem kryje się facet. Kobieta nigdy by nie zostawiła otwartego domu. A co z kluczami? Wkrótce dostałam kolejną odpowiedź: „Klucze leżą na stole. Nimi zamkniesz drzwi”. Sama nie wiedziałam, co o tym myśleć i co zastanę na miejscu. Dom na zdjęciach wyglądał – jak to powiedziała moja przyjaciółka Jola – jak typowy hawajski dom: makatki na ścianach, narożnik na górnym piętrze. Taki lekko de modé, ale swojski, na swój sposób ładny. Za kilka godzin okaże się, co zastaniemy na miejscu.

Stoimy w hali odlotów lotniska w Honolulu. Odprawa pasażerów jest tu podzielona na trzy etapy, każdy etap jest ponumerowany, numery można znaleźć na ścianach. Nie sposób ich pominąć, są gigantycznych rozmiarów. Nawet niewidomy by je dojrzał. Etap 1 odprawy to zważenie i uiszczenie opłaty za bagaż. Jak już wspominałam, walizki pasażera klasy ekonomicznej, które są oddawane do luku bagażowego – podobnie jak w przypadku większości rejsowych linii lotniczych – nie mogą być cięższe niż 23 kg. Opłata za jedną walizkę wynosi 17 dolarów. Jeśli pasażer ma więcej niż jedną, każda następna wymaga dopłaty w wysokości 30 dolarów. My w sumie mamy sześć sztuk bagażu, ale trzy to są małe torby kabinowe, choć i one pewnie ważą zdecydowanie więcej niż dopuszczają normy.

Etap 2 to włożenie walizki na taśmę. Etap 3 to odprawa paszportowa i bagażu ręcznego. Obowiązują tu te same procedury, co w przypadku lotów międzynarodowych.

Spokojnie czekamy na przylot samolotu. Jesteśmy w jednej wielkiej hali, gdzie pasażerowie, którzy przylecieli przechodzą nam wprost przed nosem. Podchodzi do nas pracownik lotniska. Zaczepia, pyta, skąd jesteśmy i mówi, że ma żonę Ukrainkę i że razem z nią był kilka razy w Polsce. Wygląda mi na człowieka, który ma zabawiać pasażerów w oczekiwaniu na samolot. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby kogoś takiego zatrudnili.

Podeszliśmy w pobliże wyjścia do samolotu. Na naszych kartach pokładowych wypisaną mamy grupę pasażerską. Nie wiemy, o co chodzi. Stoimy w pobliżu wyjścia do rękawa. Drzwi się otworzyły i zaczęli wysiadać pasażerowie, jak z autobusu lub z metra. Za chwilę my wsiądziemy. Tutejsze samoloty to wahadłowce. Przylatują i natychmiast odlatują jak zwykły pojazd komunikacji miejskiej. Przed chwilą pani z obsługi naziemnej poinformowała nas, żebyśmy sprawdzili na swoich kartach, którą przydzielono nam grupę pasażerską. Najpierw wejdą pasażerowie pierwszej grupy, bo to jest business class. Mój syn zaczyna robić sobie żarty. Patrząc na samolot Hawaiian Airlines, który przypomina bardzo kukuruźnika zastanawia się, jak wygląda business class w czymś takim. 

Jesteśmy na pokładzie. Idziemy do naszego rzędu. Przechodząc obok trzech pierwszych, Michał mnie puka i mówi: „To jest business class. Dasz wiarę?”. Kukuruźnik to jednak dobre określenie. Na pokładzie są dwa rzędy foteli, po dwa w każdym. Fotele to za dużo powiedziane. Fotelik samochodowy dla dziecka jest od nich większy. Nasze walizki pokładowe nie mieszczą się do schowka nad głową, ale do niego nawet mężczyzna przed nami nie może schować aktówki. Też się nie mieści. Mama usiłuje wcisnąć walizkę pod siedzenie. Nie ma o tym mowy. Po prostu samolocik ze sklepu modelarskiego. Stewardessa nie zgadza się na trzymanie bagażu na fotelu obok, więc jak tylko znika z pola widzenia, stawiamy swoje bagaże na fotelach za nami. Może nie zauważy.


Nie zauważyła. Przed chwilą roznosiła napoje pakowane jak serek homogenizowany, w niskich kubeczkach: wodę niegazowaną lub sok z owoców papai do wyboru. Wybrałam sok. Jest przeraźliwie słodki. Na całe szczęście jest go mało. Po pięćdziesięciu minutach lotu docieramy do Hilo, największego miasta na Big Island i drugiego co do wielkości (po Honolulu) miasta w stanie Hawaje. Big Island po polsku znaczy to samo „Duża Wyspa”. Pełna nazwa brzmi Big Island of Hawaii – Duża Wyspa Hawajów. Oficjalnie wyspa nazywa się Hawaii, ale ponieważ Hawaje to także nazwa całej grupy wysp i pięćdziesiątego stanu Ameryki, dla ułatwienia została dodana druga część nazwy. 







piątek, 24 kwietnia 2015

Zapiski z podróży na Hawaje - Oahu widziane z lotu ptaka

Po pierwsze to ja nie wiem, jak znalazłam drogę z naszego hotelu na parking hotelu Sheraton. Korzystałam w tym celu z Google Map. Dwukrotnie pokonaliśmy ponad kilometrową trasę. Szliśmy dwiema handlowymi ulicami. Wyszliśmy z dużym wyprzedzeniem, żeby się nie spóźnić. Kiedy wróciliśmy z przejażdżki helikopterem na ten sam parking, niechcący poszliśmy w inną stronę do wyjścia i okazało się, że nasz hotel mieści się tuż obok, w odległości kilku stóp, a nie ponad kilometra. Ma dwa wyjścia i dwa podjazdy. My o tym drugim nic do tej pory nie wiedzieliśmy, ale nie ma tego złego. Na zbiórkę w sprawie kolacji na statku wyjdziemy tuż przed odjazdem autobusu.  

Po drugie lot helikopterem. Zostaliśmy zawiezieni na lądowisko koło lotniska w Honolulu, do heliportu. Na miejscu zostaliśmy przeszkoleni z obsługi spadochronu. „Nie daj, Boże, żebyśmy musieli go użyć” – pomyślałam, zwłaszcza że tak naprawdę jedynie musieliśmy dokładnie sprawdzić, czy jest on dobrze zamocowany i wiedzieć, co odbezpieczyć. Na tym szkolenie się kończyło. Następnie pracownik heliportu postanowił dać nam wyobrażenie o tym, jaki ordnung panuje w Siłach Powietrznych Stanów Zjednoczonych. Nadał nam numery i powiedział, że od tej pory nie będzie się do nas zwracał po imieniu. Ja dostałam numer jeden, Michał numer dwa, babcia była numerem trzecim. Powiedział, że jak wywoła numer, to on ma wsiąść do helikoptera, a następny numer czeka na jego rozkaz. Ja i Michał z naszymi numerami znaleźliśmy się w pierwszym rzędzie, co mogłoby być nawet atrakcyjne, gdyby nie to, że przednia szyba sięgała nam do kostek. Czułam się, jakbym była zawieszona w powietrzu i w każdej chwili mogła spaść z mojego miejsca w przepaść. Było to szczególnie nieprzyjemne wtedy, gdy helikopter skręcał z takim lekkim pochyleniem się do przodu. Wierzcie mi: okropne uczucie. Michał ledwo oddychał, wciśnięty pomiędzy mnie a pilota, ale przynajmniej on miał wrażenie, że leci tylko do przodu. Pokazywałam mu na migi, żeby robił zdjęcia. Nie wiedziałam, jak się miewa moja mama, bo nie było możliwości, żebym spojrzała za siebie.

Pomimo to widoki w dole były przepiękne. Najpierw polecieliśmy nad Pearl Harbor, bo z lądowiska w linii prostej to zaledwie parę mil. W dole lśniło Pearl Harbor Memorial. Na głowie mieliśmy słuchawki, nasz pilot był także naszym przewodnikiem.

- W dole jest Pearl Harbor. To miejsce Japończycy zaatakowali w 1941 roku – powiedział.
„Czyli Twoi rodacy zgotowali piekło na Ziemi” – pomyślałam. Człowiek wyglądał mi wyraźnie na Japończyka, przynajmniej w drugim pokoleniu, choć na O`ahu jest bardzo wielu Azjatów, większość z nich to imigranci z Japonii, którzy mieszkają tu zaledwie kilka lat. Odległość pomiędzy Hawajami a Japonią nie jest duża. Samolot z Tokio do Honolulu leci dziewięć godzin, w stronę powrotną natomiast siedem. Zastanawiałam się, z jaką łatwością Japończyk mówi o jednej z najkrwawszych kart historii. Zupełnie tak, jakby Niemiec oprowadzał wycieczki po Auschwitz-Birkenau. Nawet, jeśli jego rodzina nie miała nic wspólnego z nazistami, to jednak jest to pewna historyczna niezręczność.

Amerykanie sami przyznają, że o ataku na Pearl Harbor wypowiadają się bardzo ostrożnie. Myślę, że ostrożność bardzo popłaca. W 2010 roku bowiem Hawaje odwiedziło milion dwieście tysięcy japońskich turystów, którzy wydali tam prawie dwa miliardy dolarów.

Pilot lekko pochylił helikopter i wziął ostry zakręt w prawo. Ziemia pod nami zwinęła się w rulon, przynajmniej w mojej chorej wyobraźni. Natychmiast zapomniałam o historycznych niezręcznościach. Usiłowałam zapanować nad sytuacją. Chwyciłam mojego syna za rękę. Odepchnął ją. „Czyli jednak ma trochę przestrzeni koło siebie” – pomyślałam uspokojona.
Wokoło było zielono. Lecieliśmy tuż nad górami. Robiłam zdjęcia, żeby zająć myśli konkretnym zajęciem i nie myśleć o niebezpieczeństwie i o tym, że mnie mdli. Poskutkowało.

Nagle w dole zobaczyliśmy autostradę. To Pali Hwy. Droga ta wiedzie do miejsca, które było świadkiem zdarzeń, stanowiących punkt zwrotny w historii Hawajów. To tam w 1795 roku król Kamehameha pokonał swojego rywala i w 1795 roku połączył wyspy w jedno państwo – królestwo Hawajów.

Ponownie żołądek podszedł mi pod gardło. Nagle skręciliśmy i zobaczyliśmy pod nami soczyście zieloną równinę Kaneohe. Zieleń przechodziła gładko w błękit oceanu. Harmonijnie. Widok był cudowny, nawet przez moment zapomniałam, że jestem w helikopterze. Wtem po raz kolejny ostro skręciliśmy, czym nasz pilot przywołał mnie do rzeczywistości. Odwróciliśmy się plecami do równiny i zobaczyliśmy na horyzoncie Honolulu.

Helikopter „zanurkował” w przestworzach i „zawisł” nad rzędem sosen, okalających Kailua Beach Park. Wedle naszego przewodnika jest to plaża, która stanowi świetną alternatywę dla plaż w kurortach. Jest urokliwa i prawie pusta. Faktycznie w dole widzieliśmy mało punkcików. Nie było tam plażowiczów. Tutejsze sosny natomiast nazywają się ironwood – żelazne. Charakteryzują się twardym drewnem.

- Na prawo widzimy wysepki Molukua, a pod nami znajduje się plaża Lanikai, na której mogą wypoczywać celebryci, nie nękani przez paparazzi. Proszę spojrzeć, jest ona schowana za rzędem nadmorskich willi. Plaża ta nie jest jednak prywatna, zresztą na Hawajach wszystkie plaże są publiczne. Takie mamy tu prawo.
Zawróciliśmy w kierunku Diamond Head. W dole widać było taflę oceanu, która w tym miejscu miała kolor zielony. Pod nią widoczne były brązowe skały, które przybrały kształt skorupy żółwia. Na jej powierzchni kłębiły się białe supełki bawełny. To fale, które z góry wyglądały jak rozrzucona wata. Na lewo widać było szczyty gór, nad którymi zawisły nisko ciemne chmury. „Dotykały” one czubków wzgórz. Nie schodziły niżej, ale nie odsłaniały nieba powyżej. Wlecieliśmy nad zielone stoki. Tutejsze góry porośnięte są gęsto roślinnością. Wyglądają jakby pokrywał je gęsty mech. Pomiędzy „omszałymi” zboczami widać było białą kreseczkę. Gdy bliżej się przyjrzałam, zobaczyłam wodospad. Przepiękny, jeden z wielu na Hawajach.

Zbliżaliśmy się do plaży Waikiki. Przed nami widać było nasz hotel i Diamond Head. Oglądaliśmy wygasły wulkan z różnych stron: z plaży, hotelu, oceanu. Piękną tęczę i zachód słońca. Teraz zobaczyliśmy, że krater porośnięty jest roślinnością, są w nim wytyczone ścieżki i widać zabudowania. 

Pilot wykonał manewr i wlecieliśmy nad ocean. Zmierzaliśmy z powrotem w kierunku Pearl Harbor i heliportu.









czwartek, 23 kwietnia 2015

Zapiski z podróży na Hawaje - Łódź podwodna, mój syn i tłumaczenie na japoński



Nie przypuszczałam, że wejście będzie takie wygodne. Jest z nami niepełnosprawny chłopak, którego na rękach znosił opiekun. Przed chwilą wymieniliśmy z Michałem uwagę, że taka klaustrofobiczna przestrzeń statku nie jest chyba najlepsza dla osób z niepełnosprawnością umysłową, chociaż może – wprost przeciwnie – działać stymulująco. Żadne z nas nie studiowało psychologii, ani psychiatrii, ale żadna z tych specjalizacji nie jest nam potrzebna, by ocenić, że melodia, która płynie właśnie z głośników to chyba jakaś kpina.



-          Czy Ty słyszysz to samo, co ja? – pyta mój wyraźnie ubawiony syn.



Tak, słyszę, to motyw przewodni z filmu „Titanic”. Gdybyśmy byli na parowcu, pomyślałabym, że załoga daje nam coś do zrozumienia. Ale ponieważ jesteśmy blisko dna w łodzi podwodnej, to traktuję to jak dobry żart. Syn ocenia: „Oni chyba postradali zmysły”. Na wszelki wypadek rozglądam się w poszukiwaniu mojej mamy. Przed wejściem do statku zostaliśmy rozdzieleni, wchodziliśmy dwoma różnymi wejściami pod dyktando marynarzy. Ponieważ Michał był drugi za mną, wszedł tym samym, co ja wejściem. Ciekawe, czy po tamtej stronie są podobne jak po tej widoki, ale na pewno mama też widzi wszystko w błękitach. Pod wpływem światła żółta bluzka Michała z zielonym napisem kompletnie zmieniła kolor. Obserwujemy rybę leniwie płynącą przed naszymi oknami. Dla zabawy biorę słuchawki z tłumaczeniem i nastawiam na język japoński. Syn nie wytrzymuje.



-          O mój Boże, czy Ty nie rozumiesz, co się do Ciebie mówi? Przecież powiedzieli, że słuchawki są dla tych, którzy nie rozumieją po angielsku. Odłóż je, bo narobisz obciachu.



Nie mogę sobie posłuchać japońskiego tłumaczenia, bo mój syn wyrywa mi z ręki słuchawki i odkłada je na miejsce. Muszę być grzeczna, bo jak mnie wyprosi z łodzi, to wpadnę w szczęki rekina. Nie widać go tu co prawda. Zamiast niego jest wrak statku, stąd pewnie przed chwilą z głośników popłynęła muzyka z „Titanica”.



Wrak pełni funkcję rafy, mnóstwo w nim ryb i rybek, różnych zwierząt morskich. Wśród nich m.in. murenowate (White Mouth Moray Eel / Puhi-oni-o), chetonikowate (Milletseed Butterfly Fish / Lau-Wiliwili), hawajska ryba Sergeant (Hawaiian Sergeant / Mamo), dascyllus (Hawaiian Dascyllus / `ālo`ilo`i), heniochus acuminatus (Pennantfish / false kihikihi), lucjan kaszmirski (Bluestripe Snapper / ta`ape) i alutera pisana (Scribbled Filefish / loulu). Dostaliśmy dziennik nurka ze wszystkimi nazwami tutejszej fauny i flory, więc później będziemy mogli dokładniej to sprawdzić. Gatunki, które wymieniłam żyją podobno wyłącznie w wodach przybrzeżnych Hawajów, ale ichtiologiem nie jestem, więc nie mam stuprocentowej pewności.



Firma „Submarine Atlantis”, organizator rejsu pomaga w odnowieniu środowiska morskiego wybrzeży Waikiki. Wrak, koło którego przepływamy jest jednym z kilku sztucznych raf, które mogły powstać dzięki finansowemu wsparciu armatora. Przyczyniają się one do zwiększenia biomasy ryb, korala i rozwoju całego morskiego życia.



Przez ostatnie 100 lat fauna u wybrzeży Waikiki stopniowo zanikała. W miejscu, w którym jesteśmy znajduje się największa sztuczna rafa. Składają się na nią wraki dwóch statków: okręt Marynarki Wojennej YO-257, który zatonął w 1989 roku odległości dwóch mil morskich od wybrzeży oraz koreańska łódź rybacka St. Pedro.



Podpływamy do kolejnej rafy, zrobionej ręką człowieka. To rodzaj żelaznej drabinki, przypominającej zabezpieczenia, które zimą chronią polskie drogi przed wdzieraniem się śniegu z pól. Jest tu kilka konstrukcji betonowych, przypominających piramidy, które powstały we współpracy z Uniwersytetem Hawajskim (University of Hawaii Sea Grant Program). Leżą też szczątki dwóch samolotów, które uległy katastrofie. 



Suniemy po dnie oceanu, które nie jest równe. Co chwilę widzimy uskok, który wygląda jakby powstał w wyniku wybuchu podwodnej bomby. Podpływamy do kolejnego wraku, obrośniętego wodorostami, przy którym leżą skamieliny i pływają różnokolorowe ryby. Widok ten robi na mnie niesamowite wrażenie. Wrak wygląda jakby się ruszał. Ryby, chaotycznie pływając są w stanie „ożywić” nawet skamieniałości. Jedna z nich podpłynęła do okna. Jest zaledwie kilkanaście centymetrów od nas.



Skąd taki chaos wśród ryb? Zachowują się one chaotycznie zazwyczaj wtedy, kiedy w pobliżu jest rekin. Tylko gdzie on jest? Nigdzie go nie widzę.



Rozejrzałam się dookoła. Ludzie robią zdjęcia, siedzą bardzo blisko okien. Filmują. Może dla ryby też wyglądają tak, jak ona, z przyklejonymi nosami do szyby.



Podpłynęła kolejna ryba, płynie teraz razem z nami. Chyba chce się załapać „na gapę”. Dla niej łódź to jak dla rowerzysty autobus. Można się na czymś przez chwilę oprzeć i dać się holować.



Zaczęliśmy się wynurzać. Nad nami widzimy błękitną plamę. Okna są bardzo duże, jak na możliwości tak małego statku. Teraz mam wrażenie, że „przecinamy” ocean, który niczym szklana szyba pęka pod jego naporem. Czuję się, jakbyśmy siedzieli we wnętrzach wieloryba, stwora, który za chwilę dotknie tafli wody. Nad nami widać przedzierające się światło. Jesteśmy blisko powierzchni wody. Nagle wdzierają się do środka promienie słońca, jesteśmy wynurzeni do połowy.



Jeśli będziecie chcieli na Hawajach wybrać się w rejs łodzią podwodną, to doradzam nasz wybór – The Premium Submarine Tour. Łódź, którą popłyniecie jest obszerniejsza i ma większe okna. W obu ofertach znajdziecie tłumaczenie na japoński, chiński i koreański, więc jeśli będziecie mieli sprzyjające warunki, czyli nie będzie z Wami mojego syna, Wasza podróż po dnie oceanu może być jeszcze bardziej egzotyczna. 

Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które robiłam w trakcie podróży przez Londyn na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big Island i Maui. O tej podróży na Hawaje napisałam książkę, zatytułowaną „W drodze po szczęście. Zapiski z podróży”, dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest też dostępny jeszcze jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla przygotowujących się do wyjazdu na Hawaje". 












 
 





 



środa, 22 kwietnia 2015

Zapiski z podróży na Hawaje - Podwodny "potwór"


-          Proszę spojrzeć za prawą burtę. Czy widzą Państwo bąbelki, które tworzą się na powierzchni?

Jesteśmy na statku, którym mamy podpłynąć do łodzi podwodnej. Będziemy mieli to szczęście, że dwukrotnie obejrzymy moment wynurzania się z wody okrętu. Do pierwszego z nich przesiądą się pasażerowie, którzy mają niebieskie karty okrętowe. Następnie podpłyniemy do naszego. Bąbelki układają się w kształt koła, radośnie „tańcząc” na powierzchni oceanu. Następnie pojawia się ogromna turkusowa plama w kształcie delfina. To łódź podwodna, która już prawie przecina taflę wody. Wszyscy na statku podziwiają to widowisko, słyszymy same „Ochy” i „Achy”. Zaczyna wyłaniać się biała wieżyczka, która po polsku zwie się – nie wiedzieć, czemu – „kiosk”. Angielska nazwa jest bardziej odpowiednia – „conning tower”, czyli wieża dowodzenia. Za kioskiem, tudzież wieżyczką wynurza się bielutki kadłub. Gdyby był on żółty, byłoby jak w piosence Beatlesów.

Kiedy konsultowałam z moim synem wybór hawajskich atrakcji, za które płaciłam zimą przez Internet, usłyszałam, że powinnam mieć już dość wchodzenia do okrętów podwodnych. Dwa lata temu byliśmy w Maritime Museum w San Diego. To muzeum, które zyskało światową sławę dzięki doskonałemu odrestaurowaniu i utrzymaniu historycznych statków oraz stworzeniu idealnych replik niektórych z nich. Znajduje się w nim jeden z najstarszych na świecie działających żaglowców, Star of India. Muzeum tego nie sposób było pominąć, znajduje się bowiem w porcie naprzeciwko hotelu, w którym się wtedy zatrzymaliśmy. Poza tym moja wyobraźnia nie podpowiadała mi, jak utrudnione może być zwiedzanie okrętów. Na początku weszliśmy na pokład żaglowców: na pierwszy europejski statek, który dopłynął do wybrzeży Ameryki San Salvador, replikę XVIII-wiecznej fregaty Marynarki Jej Królewskiej Mości HMS Surprise i zwodowany z wielką pompą z okazji Letnich Igrzysk Olimpijskich w Los Angeles w 1984 roku wysokomasztowiec Californian. Następnie odwiedziliśmy parowce: prom z końca XIX w. Steam Ferry Berkeley i jacht parowy Steam Yacht Medea. Było miło, można rzec: „lightowo”. Po drodze weszliśmy do sklepiku z pamiątkami. Zrobiliśmy porządne zakupy i wtedy okazało się, że zostały jeszcze dwie łodzie... podwodne. Oczywiście, nie było odwrotu. Kierunek zwiedzania był ustalony, a konkretnie wiódł przez każdą z nich. Pod prąd w Stanach się nie jeździ, ani nie chodzi. Trzeba było do nich wejść. Żadna łódź podwodna nie jest wygodna do zwiedzania szczególnie, jeśli zrobi się wcześniej zakupy i trzeba się z nimi przeciskać przez włazy. Nie wiem jednak, dlaczego zwiedzanie radzieckiego B-39 było mniej komfortowe niż USS Dolphin Submarine. Mnie się wydaje, że radzieckie włazy były zdecydowania mniejsze, ale ja się kompletnie na tym nie znam. Niemniej po tych torturach, kiedy musiałam z zakupami przejść przez oba okręty, powiedziałam: „Dziękuję. Nigdy więcej.” Moje ukochane dziecko złośliwie na lunch zamówiło mi sałatkę, żebym następny raz nie miała takiego problemu. Czyż nie sprawdza się powiedzenie, że chudzi ludzie są złośliwi? :)


Teraz ponownie trzeba będzie wciskać się do podwodnego „potwora” i to zdecydowanie na własne życzenie.

Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które robiłam w trakcie podróży przez Londyn na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big Island i Maui. O tej podróży na Hawaje napisałam książkę, zatytułowaną „W drodze po szczęście. Zapiski z podróży”, dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest też dostępny jeszcze jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla przygotowujących się do wyjazdu na Hawaje".