wtorek, 21 kwietnia 2015

Zapiski z podróży na Hawaje - Hawajskie "czary-mary" w świątyni komercji


Jesteśmy na Ala Moana Boulevard. Wieczorem wygląda zjawiskowo, oświetlone milionem różnokolorowych lampek. Ala Moana po hawajsku znaczy „ścieżka do morza”. Ulica znajduje się pomiędzy plażą Waikiki na wschód a Kaka`ako i portem Honolulu na zachód. Tutejsza galeria z butikami była niegdyś największym centrum handlowym w USA, obecnie jest największym niezadaszonym tego typu obiektem na świecie. Wzdłuż ulicy ciągnie się rząd sklepów najbardziej ekskluzywnych marek, restauracje i targ – atrakcja turystyczna – International Market Place. Pomiędzy butikami największych projektantów mody znajduje się miejsce, które bardziej przypomina polinezyjską osadę. Mnóstwo w niej chatek, w których można kupić pamiątki, krętych ścieżek i mostków. Jest to miejsce tak różne od tego, które mieści się za rogiem, że aż jesteśmy zdziwieni tą odmianą. Nad wejściem wisi napis „Aloha”, a w środku tablica, na której znajdujemy wyjaśnienia dwóch hawajskich słów:

Duch Aloha to cecha charakteru, która wyraża wdzięk, ciepło i szczerość Hawajczyków. Aloha – dziś, jutro i na zawsze. Po hawajsku brzmi to: E lei ke aloha no na kau a kaul.

Ohana – oznacza rodzinę. Hawajczycy wierzą, że jesteśmy częścią większej rodziny. Każdy w naszym Ohana jest kochany i akceptowany. Motto Hawajczyków to: Poznaj innych i pomóż im, oni Ci się z czasem odwzajemnią.

Czuję się częścią jednej wielkiej rodziny. Duch Aloha i Ohana działają na mnie relaksująco. Docieram do baru pod palmami, w którym wszystko wykonane jest z bambusa.

- Czy mogłabym dostać truskawkową Margheritę?

To mój ulubiony drink, a pić mi się chce bardzo. Poza tym właśnie Margherity brakuje mi do pełnego relaksu.

- Truskawkowa Margherita? No, nie bardzo.

Nie wiem, co znaczy „nie bardzo”.

- Ale co „nie bardzo”? Czy dostanę swój napój, czy mam sobie pójść?

- No, truskawkowej Margherity dziś nie podajemy. Barmanowi nie chce się jej robić.

Świetnie, pełen luz. Pamiętam jednak o duchu Aloha i Ohanie, więc biorę napoje dla mojej rodziny (są w butelkach, barman nie musi się wysilać) i podchodzę do stolika. 

Za barem znajduje się część gastronomiczna, która już mniej wygląda jak osada. Pośrodku miejsce kultu współczesnych osadników – bankomat. Na konto wpłynęło dziś moje wynagrodzenie, więc wyjmiemy trochę gotówki na wszelki wypadek.

Odeszliśmy kawałek od bankomatu i nagle orientujemy się, że nie ma przy nas mojej mamy. Krążymy wokół, sprawdzając każdą chatkę, każdy zakamarek. Gdzie mogła się podziać, dokąd pójść? Nagle wyrasta nam spod ziemi. Czyżby tutejsze czary-mary, „pojawiam się i znikam”? Okazuje się, że mama zobaczyła ukulele, które chciałaby kupić dla wnuczki znajomej. Michał ma doskonały pomysł, on też mógłby je sobie kupić i zabierać w podróże. Świetnie, w komplecie z deską do surfowania. Na razie nikt nic nie kupuje. Wrócimy tu w drodze powrotnej i wtedy zrobimy porządne zakupy.

Wychodzimy na ulicę i znajdujemy się w zupełnie innej bajce. Jak się później okaże, takie kontrasty są tu bardzo typowe, koegzystujące ze sobą: dziewicza przyroda, folklor i industrialny świat. Ponownie rozglądam się dookoła, bo tym razem zniknął mój syn. Czy to jakieś żarty? Będziemy tak znikać po kolei? Widzę go – jest po drugiej stronie ulicy, przed sklepem Apple Store, macha do nas ręką i wchodzi do środka. Za długo chodził pomiędzy chatkami, musi odświeżyć się w świecie wielkiej elektroniki.

Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które robiłam w trakcie podróży przez Londyn na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big Island i Maui. O tej podróży na Hawaje napisałam książkę, zatytułowaną „W drodze po szczęście. Zapiski z podróży”, dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest też dostępny jeszcze jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla przygotowujących się do wyjazdu na Hawaje". 

 Dwa światy na jednej ulicy - egzystują obok siebie. Na Hawajach to standard.




 
 
 
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz