Jesteśmy na Ala Moana Boulevard.
Wieczorem wygląda zjawiskowo, oświetlone milionem różnokolorowych lampek. Ala
Moana po hawajsku znaczy „ścieżka do morza”. Ulica znajduje się pomiędzy plażą
Waikiki na wschód a Kaka`ako i portem Honolulu na zachód. Tutejsza galeria z
butikami była niegdyś największym centrum handlowym w USA, obecnie jest
największym niezadaszonym tego typu obiektem na świecie. Wzdłuż ulicy ciągnie
się rząd sklepów najbardziej ekskluzywnych marek, restauracje i targ – atrakcja
turystyczna – International Market Place. Pomiędzy butikami największych
projektantów mody znajduje się miejsce, które bardziej przypomina polinezyjską
osadę. Mnóstwo w niej chatek, w których można kupić pamiątki, krętych ścieżek i
mostków. Jest to miejsce tak różne od tego, które mieści się za rogiem, że aż
jesteśmy zdziwieni tą odmianą. Nad wejściem wisi napis „Aloha”, a w środku
tablica, na której znajdujemy wyjaśnienia dwóch hawajskich słów:
Duch Aloha to cecha charakteru, która
wyraża wdzięk, ciepło i szczerość Hawajczyków. Aloha – dziś, jutro i na zawsze.
Po hawajsku brzmi to: E lei ke aloha no na kau a kaul.
Ohana – oznacza rodzinę. Hawajczycy
wierzą, że jesteśmy częścią większej rodziny. Każdy w naszym Ohana jest kochany
i akceptowany. Motto Hawajczyków to: Poznaj innych i pomóż im, oni Ci się z
czasem odwzajemnią.
Czuję się częścią jednej wielkiej
rodziny. Duch Aloha i Ohana działają na mnie relaksująco. Docieram do baru pod
palmami, w którym wszystko wykonane jest z bambusa.
- Czy mogłabym dostać truskawkową
Margheritę?
To mój ulubiony drink, a pić mi się
chce bardzo. Poza tym właśnie Margherity brakuje mi do pełnego relaksu.
- Truskawkowa Margherita? No, nie
bardzo.
Nie wiem, co znaczy „nie bardzo”.
- Ale co „nie bardzo”? Czy dostanę
swój napój, czy mam sobie pójść?
- No, truskawkowej Margherity dziś nie
podajemy. Barmanowi nie chce się jej robić.
Świetnie, pełen luz. Pamiętam jednak o
duchu Aloha i Ohanie, więc biorę napoje dla mojej rodziny (są w butelkach,
barman nie musi się wysilać) i podchodzę do stolika.
Za barem znajduje się część
gastronomiczna, która już mniej wygląda jak osada. Pośrodku miejsce kultu
współczesnych osadników – bankomat. Na konto wpłynęło dziś moje wynagrodzenie,
więc wyjmiemy trochę gotówki na wszelki wypadek.
Odeszliśmy kawałek od bankomatu i
nagle orientujemy się, że nie ma przy nas mojej mamy. Krążymy wokół,
sprawdzając każdą chatkę, każdy zakamarek. Gdzie mogła się podziać, dokąd
pójść? Nagle wyrasta nam spod ziemi. Czyżby tutejsze czary-mary, „pojawiam się
i znikam”? Okazuje się, że mama zobaczyła ukulele, które chciałaby kupić dla
wnuczki znajomej. Michał ma doskonały pomysł, on też mógłby je sobie kupić i zabierać
w podróże. Świetnie, w komplecie z deską do surfowania. Na razie nikt nic nie
kupuje. Wrócimy tu w drodze powrotnej i wtedy zrobimy porządne zakupy.
Wychodzimy na ulicę i znajdujemy się w
zupełnie innej bajce. Jak się później okaże, takie kontrasty są tu bardzo
typowe, koegzystujące ze sobą: dziewicza przyroda, folklor i industrialny
świat. Ponownie rozglądam się dookoła, bo tym razem zniknął mój syn. Czy to
jakieś żarty? Będziemy tak znikać po kolei? Widzę go – jest po drugiej stronie
ulicy, przed sklepem Apple Store, macha do nas ręką i wchodzi do środka. Za
długo chodził pomiędzy chatkami, musi odświeżyć się w świecie wielkiej
elektroniki.
Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które robiłam w trakcie podróży
przez Londyn na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big Island i Maui. O tej
podróży na Hawaje napisałam książkę, zatytułowaną „W drodze po szczęście.
Zapiski z podróży”, dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest też dostępny jeszcze
jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla przygotowujących się do wyjazdu na
Hawaje".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz