środa, 22 kwietnia 2015

Zapiski z podróży na Hawaje - Podwodny "potwór"


-          Proszę spojrzeć za prawą burtę. Czy widzą Państwo bąbelki, które tworzą się na powierzchni?

Jesteśmy na statku, którym mamy podpłynąć do łodzi podwodnej. Będziemy mieli to szczęście, że dwukrotnie obejrzymy moment wynurzania się z wody okrętu. Do pierwszego z nich przesiądą się pasażerowie, którzy mają niebieskie karty okrętowe. Następnie podpłyniemy do naszego. Bąbelki układają się w kształt koła, radośnie „tańcząc” na powierzchni oceanu. Następnie pojawia się ogromna turkusowa plama w kształcie delfina. To łódź podwodna, która już prawie przecina taflę wody. Wszyscy na statku podziwiają to widowisko, słyszymy same „Ochy” i „Achy”. Zaczyna wyłaniać się biała wieżyczka, która po polsku zwie się – nie wiedzieć, czemu – „kiosk”. Angielska nazwa jest bardziej odpowiednia – „conning tower”, czyli wieża dowodzenia. Za kioskiem, tudzież wieżyczką wynurza się bielutki kadłub. Gdyby był on żółty, byłoby jak w piosence Beatlesów.

Kiedy konsultowałam z moim synem wybór hawajskich atrakcji, za które płaciłam zimą przez Internet, usłyszałam, że powinnam mieć już dość wchodzenia do okrętów podwodnych. Dwa lata temu byliśmy w Maritime Museum w San Diego. To muzeum, które zyskało światową sławę dzięki doskonałemu odrestaurowaniu i utrzymaniu historycznych statków oraz stworzeniu idealnych replik niektórych z nich. Znajduje się w nim jeden z najstarszych na świecie działających żaglowców, Star of India. Muzeum tego nie sposób było pominąć, znajduje się bowiem w porcie naprzeciwko hotelu, w którym się wtedy zatrzymaliśmy. Poza tym moja wyobraźnia nie podpowiadała mi, jak utrudnione może być zwiedzanie okrętów. Na początku weszliśmy na pokład żaglowców: na pierwszy europejski statek, który dopłynął do wybrzeży Ameryki San Salvador, replikę XVIII-wiecznej fregaty Marynarki Jej Królewskiej Mości HMS Surprise i zwodowany z wielką pompą z okazji Letnich Igrzysk Olimpijskich w Los Angeles w 1984 roku wysokomasztowiec Californian. Następnie odwiedziliśmy parowce: prom z końca XIX w. Steam Ferry Berkeley i jacht parowy Steam Yacht Medea. Było miło, można rzec: „lightowo”. Po drodze weszliśmy do sklepiku z pamiątkami. Zrobiliśmy porządne zakupy i wtedy okazało się, że zostały jeszcze dwie łodzie... podwodne. Oczywiście, nie było odwrotu. Kierunek zwiedzania był ustalony, a konkretnie wiódł przez każdą z nich. Pod prąd w Stanach się nie jeździ, ani nie chodzi. Trzeba było do nich wejść. Żadna łódź podwodna nie jest wygodna do zwiedzania szczególnie, jeśli zrobi się wcześniej zakupy i trzeba się z nimi przeciskać przez włazy. Nie wiem jednak, dlaczego zwiedzanie radzieckiego B-39 było mniej komfortowe niż USS Dolphin Submarine. Mnie się wydaje, że radzieckie włazy były zdecydowania mniejsze, ale ja się kompletnie na tym nie znam. Niemniej po tych torturach, kiedy musiałam z zakupami przejść przez oba okręty, powiedziałam: „Dziękuję. Nigdy więcej.” Moje ukochane dziecko złośliwie na lunch zamówiło mi sałatkę, żebym następny raz nie miała takiego problemu. Czyż nie sprawdza się powiedzenie, że chudzi ludzie są złośliwi? :)


Teraz ponownie trzeba będzie wciskać się do podwodnego „potwora” i to zdecydowanie na własne życzenie.

Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które robiłam w trakcie podróży przez Londyn na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big Island i Maui. O tej podróży na Hawaje napisałam książkę, zatytułowaną „W drodze po szczęście. Zapiski z podróży”, dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest też dostępny jeszcze jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla przygotowujących się do wyjazdu na Hawaje". 







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz