-
Proszę
spojrzeć za prawą burtę. Czy widzą Państwo bąbelki, które tworzą się na
powierzchni?
Jesteśmy
na statku, którym mamy podpłynąć do łodzi podwodnej. Będziemy mieli to
szczęście, że dwukrotnie obejrzymy moment wynurzania się z wody okrętu. Do
pierwszego z nich przesiądą się pasażerowie, którzy mają niebieskie karty
okrętowe. Następnie podpłyniemy do naszego. Bąbelki układają się w kształt
koła, radośnie „tańcząc” na powierzchni oceanu. Następnie pojawia się ogromna
turkusowa plama w kształcie delfina. To łódź podwodna, która już prawie
przecina taflę wody. Wszyscy na statku podziwiają to widowisko, słyszymy same
„Ochy” i „Achy”. Zaczyna wyłaniać się biała wieżyczka, która po polsku zwie się
– nie wiedzieć, czemu – „kiosk”. Angielska nazwa jest bardziej odpowiednia –
„conning tower”, czyli wieża dowodzenia. Za kioskiem, tudzież wieżyczką wynurza
się bielutki kadłub. Gdyby był on żółty, byłoby jak w piosence Beatlesów.
Kiedy
konsultowałam z moim synem wybór hawajskich atrakcji, za które płaciłam zimą
przez Internet, usłyszałam, że powinnam mieć już dość wchodzenia do okrętów
podwodnych. Dwa lata temu byliśmy w Maritime Museum w San Diego. To muzeum,
które zyskało światową sławę dzięki doskonałemu odrestaurowaniu i utrzymaniu
historycznych statków oraz stworzeniu idealnych replik niektórych z nich.
Znajduje się w nim jeden z najstarszych na świecie działających żaglowców, Star
of India. Muzeum tego nie sposób było pominąć, znajduje się bowiem w porcie
naprzeciwko hotelu, w którym się wtedy zatrzymaliśmy. Poza tym moja wyobraźnia
nie podpowiadała mi, jak utrudnione może być zwiedzanie okrętów. Na początku weszliśmy
na pokład żaglowców: na pierwszy europejski statek, który dopłynął do wybrzeży
Ameryki San Salvador, replikę XVIII-wiecznej fregaty Marynarki Jej Królewskiej
Mości HMS Surprise i zwodowany z wielką pompą z okazji Letnich Igrzysk
Olimpijskich w Los Angeles w 1984 roku wysokomasztowiec Californian. Następnie
odwiedziliśmy parowce: prom z końca XIX w. Steam Ferry Berkeley i jacht parowy
Steam Yacht Medea. Było miło, można rzec: „lightowo”. Po drodze weszliśmy do
sklepiku z pamiątkami. Zrobiliśmy porządne zakupy i wtedy okazało się, że
zostały jeszcze dwie łodzie... podwodne. Oczywiście, nie było odwrotu. Kierunek
zwiedzania był ustalony, a konkretnie wiódł przez każdą z nich. Pod prąd w
Stanach się nie jeździ, ani nie chodzi. Trzeba było do nich wejść. Żadna łódź
podwodna nie jest wygodna do zwiedzania szczególnie, jeśli zrobi się wcześniej
zakupy i trzeba się z nimi przeciskać przez włazy. Nie wiem jednak, dlaczego
zwiedzanie radzieckiego B-39 było mniej komfortowe niż USS Dolphin Submarine.
Mnie się wydaje, że radzieckie włazy były zdecydowania mniejsze, ale ja się
kompletnie na tym nie znam. Niemniej po tych torturach, kiedy musiałam z
zakupami przejść przez oba okręty, powiedziałam: „Dziękuję. Nigdy więcej.” Moje
ukochane dziecko złośliwie na lunch zamówiło mi sałatkę, żebym następny raz nie
miała takiego problemu. Czyż nie sprawdza się powiedzenie, że chudzi ludzie są
złośliwi? :)
Teraz
ponownie trzeba będzie wciskać się do podwodnego „potwora” i to zdecydowanie na
własne życzenie.
Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które robiłam w trakcie podróży
przez Londyn na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big Island i Maui. O tej
podróży na Hawaje napisałam książkę, zatytułowaną „W drodze po szczęście.
Zapiski z podróży”, dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest też dostępny jeszcze
jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla przygotowujących się do wyjazdu na
Hawaje".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz