Usiłujemy znaleźć „żywą duszę”, jadąc
główną uliczką osiedla. Wolelibyśmy nie błądzić w poszukiwaniu sklepu. Wreszcie
się trafia. Dziewczyna niewiele starsza od Michała. Zatrzymujemy ją.
- Czy wiesz może, jak dojechać do
sklepu spożywczego? – jestem pewna, że sklep musi gdzieś tu być. W końcu
jesteśmy na osiedlu mieszkaniowym. Co z tego, że w lesie tropikalnym?
- A co konkretnie potrzebujecie? –
pyta dziewczyna i już zaczynam mieć wątpliwości, że znajdziemy sklep gdzieś
blisko.
- Konkretnie to wędlinę, mięso,
warzywa, owoce, wino, piwo, przekąski, dodatki.
- No, tych rzeczy tu nie dostaniecie.
Jestem w szoku. Jak to? To mieszkańcy
jeżdżą po jedzenie dalej? No, nie, tylko nie do Hilo. To 26 mil w jedną stronę.
- Ale może jednak jest gdzieś w
pobliżu jakiś sklep? – pytam.
- Jest sklep na stacji benzynowej, ale
tam tych produktów nie dostaniecie. Musicie pojechać do Hilo.
„Great!” – myślę. Wspaniale! Oczywiście,
jesteśmy w Stanach, gdzie nie dba się o spalanie benzyny i gdzie po jedną bułkę
trzeba jechać 40 km w jedną stronę. W Polsce bylibyśmy już w innym
województwie.
Nie jest to wina tej dziewczyny, bo to
nie ona planowała zagospodarowanie przestrzenne. Nie jestem jednak do końca
pewna, czy prawidłowo wymówiłam „Thank you”, o ile wiecie, o co mi chodzi. Nie
chciałam jej obrazić.
Nie ma rady. Wracamy na Highway 11.
Michał zaczyna narzekać. Już zapomniał, jakie wrażenie zrobił na nim dom.
Wcześniej zakomunikował, że jest na kompletnym zadupiu, teraz wziął się za
hawajskie autostrady.
- Przecież to jest jakaś porażka –
zaczął – To jest autostrada? Jak wrócę do domu, to ucałuję pierwszą napotkaną
autostradę.
Nie chcę mu mówić, że trochę czasu mu
zabierze poszukiwanie jej, ale nie odzywam się, żeby nie wytrącać go z tego
patriotycznego tonu.
- To jest highway? Pas w jedną stronę, pas w drugą stronę? Przecież to kpina
– nie daje za wygraną.
Może powinni wyciąć trochę lasu
tropikalnego, żeby tak, jak na kontynencie amerykańskim każda autostrada miała
po siedem pasów w jedną stronę.
Dojeżdżamy do wielkiego centrum, w
którym mieści się supermarket. Moje dziecko się uspokaja, bo robimy porządne
zakupy. Pakujemy się szybko do samochodu i odjeżdżamy, bo jesteśmy coraz
bardziej głodni. Wjeżdżamy z powrotem na Highway 11, który nie jest highwayem.
Mijamy komunę Świadków Jehowy. Michał się ożywia.
- A wiecie, co się dzieje, kiedy ktoś chce
się pozbyć muchy, która dostała się do pokoju? Przez otwarte okno wpadają dwa
komary, trzy muchy i sześciu Świadków Jehowy.
Dowcip jest tak absurdalny, że
zaczynamy płakać ze śmiechu. Muszę się opanować, bo przecież prowadzę samochód.
Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które robiłam w trakcie podróży
przez Londyn na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big Island i Maui. O tej
podróży na Hawaje napisałam książkę, zatytułowaną „W drodze po szczęście.
Zapiski z podróży”, dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest też dostępny jeszcze
jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla przygotowujących się do wyjazdu na
Hawaje".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz