Dojechaliśmy na lotnisko sporo przed
czasem. Nie był to nasz pomysł. Po prostu firma, która zapewniała nam transfer
z hotelu na lotnisko na podstawie numeru lotu podjęła decyzję, o której nas
zabiera. To ona bierze na siebie w razie czego odpowiedzialność za ewentualne
spóźnienie.
Podobnie jak wszystkie dotychczasowe
atrakcje, godzinę wyjazdu ustaliłam z przewoźnikiem w mailu. To bardzo wygodna
forma kontaktu. Maile wysyłałam w nocy po powrocie do hotelu, żeby nie tracić
czasu w ciągu dnia na telefony. Odpowiedź zazwyczaj dostawałam wcześnie rano,
kiedy jeszcze spałam. Bardzo mi to odpowiada, więc postanowiłam, że w czasie
naszej dalszej podróży po Hawajach tak będę się kontaktować z pozostałymi
firmami i osobami. Przedwczoraj napisałam mail do osoby o imieniu Gail, od
której wynajęliśmy dom w górach, niedaleko wejścia do Narodowego Parku Wulkanów
na Dużej Wyspie. Ja nieraz mam problemy z niezbyt powszechnymi imionami. Nie
wiem do końca, czy ktoś jest mężczyzną czy kobietą. Na przykład, czy przyszłoby
Wam do głowy, że szwedzkie imię Ola nosi facet? A nosi. Na tym etapie podróży
Gail mógł być zarówno kobietą, jak i mężczyzną, zwłaszcza że jeśli pogrzebać w
Internecie, to natkniemy się na przedstawicieli obu płci. Mnie niestety przed
wyjazdem nie starczyło czasu na to, by poszukać więcej informacji o osobie, z
którą podpisałam umowę. Nie było to może zbyt roztropne, ale mnie wystarczyło,
że ofertę domu znalazłam na bezpiecznej stronie, przez którą można wynająć domy
i apartamenty na Hawajach (Flipkey). Poza tym na Gail natrafiłam przez Trip
Advisor, sprawdzony przeze mnie portal turystyczny.
Odpowiedź Gail – kimkolwiek jest –
„wzruszyła” mnie do łez: „Aloha! Dom jest gotowy i niezamknięty czeka na Was.
Wszystko w porządku. Mahalo (dziękuję), Gail”. No to pięknie, niezamknięty dom!
Byłam pewna, za tym imieniem kryje się facet. Kobieta nigdy by nie zostawiła
otwartego domu. A co z kluczami? Wkrótce dostałam kolejną odpowiedź: „Klucze
leżą na stole. Nimi zamkniesz drzwi”. Sama nie wiedziałam, co o tym myśleć i co
zastanę na miejscu. Dom na zdjęciach wyglądał – jak to powiedziała moja
przyjaciółka Jola – jak typowy hawajski dom: makatki na ścianach, narożnik na
górnym piętrze. Taki lekko de modé, ale swojski, na swój sposób ładny. Za kilka
godzin okaże się, co zastaniemy na miejscu.
Stoimy w hali odlotów lotniska w
Honolulu. Odprawa pasażerów jest tu podzielona na trzy etapy, każdy etap jest
ponumerowany, numery można znaleźć na ścianach. Nie sposób ich pominąć, są
gigantycznych rozmiarów. Nawet niewidomy by je dojrzał. Etap 1 odprawy to
zważenie i uiszczenie opłaty za bagaż. Jak już wspominałam, walizki pasażera
klasy ekonomicznej, które są oddawane do luku bagażowego – podobnie jak w
przypadku większości rejsowych linii lotniczych – nie mogą być cięższe niż 23
kg. Opłata za jedną walizkę wynosi 17 dolarów. Jeśli pasażer ma więcej niż
jedną, każda następna wymaga dopłaty w wysokości 30 dolarów. My w sumie mamy
sześć sztuk bagażu, ale trzy to są małe torby kabinowe, choć i one pewnie ważą
zdecydowanie więcej niż dopuszczają normy.
Etap 2 to włożenie walizki na taśmę.
Etap 3 to odprawa paszportowa i bagażu ręcznego. Obowiązują tu te same
procedury, co w przypadku lotów międzynarodowych.
Spokojnie czekamy na przylot samolotu.
Jesteśmy w jednej wielkiej hali, gdzie pasażerowie, którzy przylecieli
przechodzą nam wprost przed nosem. Podchodzi do nas pracownik lotniska.
Zaczepia, pyta, skąd jesteśmy i mówi, że ma żonę Ukrainkę i że razem z nią był
kilka razy w Polsce. Wygląda mi na człowieka, który ma zabawiać pasażerów w oczekiwaniu
na samolot. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby kogoś takiego zatrudnili.
Podeszliśmy w pobliże wyjścia do
samolotu. Na naszych kartach pokładowych wypisaną mamy grupę pasażerską. Nie
wiemy, o co chodzi. Stoimy w pobliżu wyjścia do rękawa. Drzwi się otworzyły i
zaczęli wysiadać pasażerowie, jak z autobusu lub z metra. Za chwilę my
wsiądziemy. Tutejsze samoloty to wahadłowce. Przylatują i natychmiast odlatują
jak zwykły pojazd komunikacji miejskiej. Przed chwilą pani z obsługi naziemnej
poinformowała nas, żebyśmy sprawdzili na swoich kartach, którą przydzielono nam
grupę pasażerską. Najpierw wejdą pasażerowie pierwszej grupy, bo to jest
business class. Mój syn zaczyna robić sobie żarty. Patrząc na samolot Hawaiian
Airlines, który przypomina bardzo kukuruźnika zastanawia się, jak wygląda
business class w czymś takim.
Jesteśmy na pokładzie. Idziemy do
naszego rzędu. Przechodząc obok trzech pierwszych, Michał mnie puka i mówi: „To
jest business class. Dasz wiarę?”. Kukuruźnik to jednak dobre określenie. Na
pokładzie są dwa rzędy foteli, po dwa w każdym. Fotele to za dużo powiedziane.
Fotelik samochodowy dla dziecka jest od nich większy. Nasze walizki pokładowe
nie mieszczą się do schowka nad głową, ale do niego nawet mężczyzna przed nami
nie może schować aktówki. Też się nie mieści. Mama usiłuje wcisnąć walizkę pod
siedzenie. Nie ma o tym mowy. Po prostu samolocik ze sklepu modelarskiego.
Stewardessa nie zgadza się na trzymanie bagażu na fotelu obok, więc jak tylko
znika z pola widzenia, stawiamy swoje bagaże na fotelach za nami. Może nie
zauważy.
Nie zauważyła. Przed chwilą roznosiła
napoje pakowane jak serek homogenizowany, w niskich kubeczkach: wodę niegazowaną
lub sok z owoców papai do wyboru. Wybrałam sok. Jest przeraźliwie słodki. Na
całe szczęście jest go mało. Po pięćdziesięciu minutach lotu docieramy do Hilo,
największego miasta na Big Island i drugiego co do wielkości (po Honolulu)
miasta w stanie Hawaje. Big Island po polsku znaczy to samo „Duża Wyspa”. Pełna
nazwa brzmi Big Island of Hawaii – Duża Wyspa Hawajów. Oficjalnie wyspa nazywa
się Hawaii, ale ponieważ Hawaje to także nazwa całej grupy wysp i
pięćdziesiątego stanu Ameryki, dla ułatwienia została dodana druga część nazwy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz