sobota, 25 kwietnia 2015

Zapiski z podróży na Hawaje - "Dom jest gotowy i niezamknięty czeka na Was"

Dojechaliśmy na lotnisko sporo przed czasem. Nie był to nasz pomysł. Po prostu firma, która zapewniała nam transfer z hotelu na lotnisko na podstawie numeru lotu podjęła decyzję, o której nas zabiera. To ona bierze na siebie w razie czego odpowiedzialność za ewentualne spóźnienie.

Podobnie jak wszystkie dotychczasowe atrakcje, godzinę wyjazdu ustaliłam z przewoźnikiem w mailu. To bardzo wygodna forma kontaktu. Maile wysyłałam w nocy po powrocie do hotelu, żeby nie tracić czasu w ciągu dnia na telefony. Odpowiedź zazwyczaj dostawałam wcześnie rano, kiedy jeszcze spałam. Bardzo mi to odpowiada, więc postanowiłam, że w czasie naszej dalszej podróży po Hawajach tak będę się kontaktować z pozostałymi firmami i osobami. Przedwczoraj napisałam mail do osoby o imieniu Gail, od której wynajęliśmy dom w górach, niedaleko wejścia do Narodowego Parku Wulkanów na Dużej Wyspie. Ja nieraz mam problemy z niezbyt powszechnymi imionami. Nie wiem do końca, czy ktoś jest mężczyzną czy kobietą. Na przykład, czy przyszłoby Wam do głowy, że szwedzkie imię Ola nosi facet? A nosi. Na tym etapie podróży Gail mógł być zarówno kobietą, jak i mężczyzną, zwłaszcza że jeśli pogrzebać w Internecie, to natkniemy się na przedstawicieli obu płci. Mnie niestety przed wyjazdem nie starczyło czasu na to, by poszukać więcej informacji o osobie, z którą podpisałam umowę. Nie było to może zbyt roztropne, ale mnie wystarczyło, że ofertę domu znalazłam na bezpiecznej stronie, przez którą można wynająć domy i apartamenty na Hawajach (Flipkey). Poza tym na Gail natrafiłam przez Trip Advisor, sprawdzony przeze mnie portal turystyczny. 

Odpowiedź Gail – kimkolwiek jest – „wzruszyła” mnie do łez: „Aloha! Dom jest gotowy i niezamknięty czeka na Was. Wszystko w porządku. Mahalo (dziękuję), Gail”. No to pięknie, niezamknięty dom! Byłam pewna, za tym imieniem kryje się facet. Kobieta nigdy by nie zostawiła otwartego domu. A co z kluczami? Wkrótce dostałam kolejną odpowiedź: „Klucze leżą na stole. Nimi zamkniesz drzwi”. Sama nie wiedziałam, co o tym myśleć i co zastanę na miejscu. Dom na zdjęciach wyglądał – jak to powiedziała moja przyjaciółka Jola – jak typowy hawajski dom: makatki na ścianach, narożnik na górnym piętrze. Taki lekko de modé, ale swojski, na swój sposób ładny. Za kilka godzin okaże się, co zastaniemy na miejscu.

Stoimy w hali odlotów lotniska w Honolulu. Odprawa pasażerów jest tu podzielona na trzy etapy, każdy etap jest ponumerowany, numery można znaleźć na ścianach. Nie sposób ich pominąć, są gigantycznych rozmiarów. Nawet niewidomy by je dojrzał. Etap 1 odprawy to zważenie i uiszczenie opłaty za bagaż. Jak już wspominałam, walizki pasażera klasy ekonomicznej, które są oddawane do luku bagażowego – podobnie jak w przypadku większości rejsowych linii lotniczych – nie mogą być cięższe niż 23 kg. Opłata za jedną walizkę wynosi 17 dolarów. Jeśli pasażer ma więcej niż jedną, każda następna wymaga dopłaty w wysokości 30 dolarów. My w sumie mamy sześć sztuk bagażu, ale trzy to są małe torby kabinowe, choć i one pewnie ważą zdecydowanie więcej niż dopuszczają normy.

Etap 2 to włożenie walizki na taśmę. Etap 3 to odprawa paszportowa i bagażu ręcznego. Obowiązują tu te same procedury, co w przypadku lotów międzynarodowych.

Spokojnie czekamy na przylot samolotu. Jesteśmy w jednej wielkiej hali, gdzie pasażerowie, którzy przylecieli przechodzą nam wprost przed nosem. Podchodzi do nas pracownik lotniska. Zaczepia, pyta, skąd jesteśmy i mówi, że ma żonę Ukrainkę i że razem z nią był kilka razy w Polsce. Wygląda mi na człowieka, który ma zabawiać pasażerów w oczekiwaniu na samolot. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby kogoś takiego zatrudnili.

Podeszliśmy w pobliże wyjścia do samolotu. Na naszych kartach pokładowych wypisaną mamy grupę pasażerską. Nie wiemy, o co chodzi. Stoimy w pobliżu wyjścia do rękawa. Drzwi się otworzyły i zaczęli wysiadać pasażerowie, jak z autobusu lub z metra. Za chwilę my wsiądziemy. Tutejsze samoloty to wahadłowce. Przylatują i natychmiast odlatują jak zwykły pojazd komunikacji miejskiej. Przed chwilą pani z obsługi naziemnej poinformowała nas, żebyśmy sprawdzili na swoich kartach, którą przydzielono nam grupę pasażerską. Najpierw wejdą pasażerowie pierwszej grupy, bo to jest business class. Mój syn zaczyna robić sobie żarty. Patrząc na samolot Hawaiian Airlines, który przypomina bardzo kukuruźnika zastanawia się, jak wygląda business class w czymś takim. 

Jesteśmy na pokładzie. Idziemy do naszego rzędu. Przechodząc obok trzech pierwszych, Michał mnie puka i mówi: „To jest business class. Dasz wiarę?”. Kukuruźnik to jednak dobre określenie. Na pokładzie są dwa rzędy foteli, po dwa w każdym. Fotele to za dużo powiedziane. Fotelik samochodowy dla dziecka jest od nich większy. Nasze walizki pokładowe nie mieszczą się do schowka nad głową, ale do niego nawet mężczyzna przed nami nie może schować aktówki. Też się nie mieści. Mama usiłuje wcisnąć walizkę pod siedzenie. Nie ma o tym mowy. Po prostu samolocik ze sklepu modelarskiego. Stewardessa nie zgadza się na trzymanie bagażu na fotelu obok, więc jak tylko znika z pola widzenia, stawiamy swoje bagaże na fotelach za nami. Może nie zauważy.


Nie zauważyła. Przed chwilą roznosiła napoje pakowane jak serek homogenizowany, w niskich kubeczkach: wodę niegazowaną lub sok z owoców papai do wyboru. Wybrałam sok. Jest przeraźliwie słodki. Na całe szczęście jest go mało. Po pięćdziesięciu minutach lotu docieramy do Hilo, największego miasta na Big Island i drugiego co do wielkości (po Honolulu) miasta w stanie Hawaje. Big Island po polsku znaczy to samo „Duża Wyspa”. Pełna nazwa brzmi Big Island of Hawaii – Duża Wyspa Hawajów. Oficjalnie wyspa nazywa się Hawaii, ale ponieważ Hawaje to także nazwa całej grupy wysp i pięćdziesiątego stanu Ameryki, dla ułatwienia została dodana druga część nazwy. 







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz