- Przylecieliście z Vancouver?
Kierowca busika usiłuje nawiązać z nami konwersację.
- Po części tak, a dokładniej przylecieliśmy z Londynu.
- O, mój Boże! – mówi nasz rozmówca – Taki kawał drogi? Od ilu godzin jesteście w podróży?
- Od dwudziestu trzech.
- Oj, to jesteście bardzo zmęczeni, ale to miło, że przylecieliście do nas aż z Londynu.
„No to Cię zażyję” – myślę sobie – „Wielkie mi co, Londyn!”.
- Dokładniej to przylecieliśmy z Polski. W Londynie byliśmy trzy dni.
- Jesteście z Polski? To fantastycznie. To u Was było ostatnio EURO?
Nie przypuszczałam, że na Hawajach będą mnie pytać o EURO 2012. Przecież ich to powinno mało obchodzić. Mają własne mistrzostwa, co ich obchodzą rozgrywki europejskie? W ogóle kierowca mógłby już przestać mówić. Ponownie mam kryzys. Czuję, jak kłoda wbija mi się w mózg, rozsadzając go od środka.
- Skoro jesteście tak bardzo zmęczeni, to ja Wam opowiem o Honolulu i O`ahu, żebyście nie usnęli.
Pomyślałam, że go walnę. Muszę zapanować nad mimiką twarzy. Czy on oszalał? Po tylu godzinach w podróży musimy słuchać o historii, geografii, polityce, legendach, wierzeniach, przesądach? Nie wypada powiedzieć mu, żeby dał sobie spokój. Buzia mu się nie zamyka. Gada bez przerwy. Chociaż jedna informacja przykuwa moją uwagę: Honolulu w języku rdzennej ludności znaczy „land to protect” – ziemia, którą należy chronić. Stąd tsunami nigdy nie poczyniło większych szkód w stolicy Hawajów i stąd w Honolulu jest największe w tym stanie zaludnienie.
Teraz nasz kierowca, a w zasadzie przewodnik zaczyna naśladować Franklina Delano Roosevelta, który dzień po ataku na Pearl Harbor przemówił do Amerykanów:
„Yesterday, December 7th 1941” – tubalnym głosem mówi, sunąc po autostradzie – “a date which will live in infamy – the United States of America was suddenly and deliberately attacked by naval and air forces of the Empire of Japan”.
No to mamy darmową lekcję historii – myślę sobie – Może mojemu synowi ona się przyda. Swoją drogą, Amerykanie są bardzo patriotyczni – zawsze i wszędzie. I równie pompatyczni.
- Wybieracie się do Pearl Harbor? Jeśli tak, to musicie być tam przed dziewiątą, bo później nie dostaniecie się na statek – informuje nas.
Jeśli mam być tam przed dziewiątą, to mogę sobie na razie darować Pearl Harbor. Chyba zacznę – jak moi znajomi – inaczej podchodzić do urlopu. Zrezygnuję ze zwiedzania na rzecz leżenia na plaży lub z drinkiem nad basenem. Pearl Harbor przed dziewiątą? Błagam…
- A przed wyjazdem, zjecie u nas śniadanie. Wyjazd z Waszego hotelu o 7.00 rano.
Jestem już pewna: facet oszalał. Nie zamierzam tak rano jeść śniadania tylko dlatego, że jest ono w cenie transferu z lotniska i nic mnie nie obchodzi, że restauracja mieści się na dwudziestym piętrze jakiegoś hotelu. Zamierzam zjeść śniadanie w swoim hotelu o rozsądnej godzinie.
Usta układają mi się w grymas. Kierowca podaje naszą ostatnią torbę obsłudze hotelu i z szerokim uśmiechem mówi „Aloha” na pożegnanie. Wchodzimy do przyjemnie schłodzonego hallu. Jeszcze tylko zameldujemy się w recepcji, potem szybki prysznic i natychmiast do łóżka.
Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które robiłam w trakcie podróży przez Londyn na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big Island i Maui. O tej podróży na Hawaje napisałam książkę, zatytułowaną „W drodze po szczęście. Zapiski z podróży”, dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest też dostępny jeszcze jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla przygotowujących się do wyjazdu na Hawaje".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz