piątek, 24 kwietnia 2015

Zapiski z podróży na Hawaje - Oahu widziane z lotu ptaka

Po pierwsze to ja nie wiem, jak znalazłam drogę z naszego hotelu na parking hotelu Sheraton. Korzystałam w tym celu z Google Map. Dwukrotnie pokonaliśmy ponad kilometrową trasę. Szliśmy dwiema handlowymi ulicami. Wyszliśmy z dużym wyprzedzeniem, żeby się nie spóźnić. Kiedy wróciliśmy z przejażdżki helikopterem na ten sam parking, niechcący poszliśmy w inną stronę do wyjścia i okazało się, że nasz hotel mieści się tuż obok, w odległości kilku stóp, a nie ponad kilometra. Ma dwa wyjścia i dwa podjazdy. My o tym drugim nic do tej pory nie wiedzieliśmy, ale nie ma tego złego. Na zbiórkę w sprawie kolacji na statku wyjdziemy tuż przed odjazdem autobusu.  

Po drugie lot helikopterem. Zostaliśmy zawiezieni na lądowisko koło lotniska w Honolulu, do heliportu. Na miejscu zostaliśmy przeszkoleni z obsługi spadochronu. „Nie daj, Boże, żebyśmy musieli go użyć” – pomyślałam, zwłaszcza że tak naprawdę jedynie musieliśmy dokładnie sprawdzić, czy jest on dobrze zamocowany i wiedzieć, co odbezpieczyć. Na tym szkolenie się kończyło. Następnie pracownik heliportu postanowił dać nam wyobrażenie o tym, jaki ordnung panuje w Siłach Powietrznych Stanów Zjednoczonych. Nadał nam numery i powiedział, że od tej pory nie będzie się do nas zwracał po imieniu. Ja dostałam numer jeden, Michał numer dwa, babcia była numerem trzecim. Powiedział, że jak wywoła numer, to on ma wsiąść do helikoptera, a następny numer czeka na jego rozkaz. Ja i Michał z naszymi numerami znaleźliśmy się w pierwszym rzędzie, co mogłoby być nawet atrakcyjne, gdyby nie to, że przednia szyba sięgała nam do kostek. Czułam się, jakbym była zawieszona w powietrzu i w każdej chwili mogła spaść z mojego miejsca w przepaść. Było to szczególnie nieprzyjemne wtedy, gdy helikopter skręcał z takim lekkim pochyleniem się do przodu. Wierzcie mi: okropne uczucie. Michał ledwo oddychał, wciśnięty pomiędzy mnie a pilota, ale przynajmniej on miał wrażenie, że leci tylko do przodu. Pokazywałam mu na migi, żeby robił zdjęcia. Nie wiedziałam, jak się miewa moja mama, bo nie było możliwości, żebym spojrzała za siebie.

Pomimo to widoki w dole były przepiękne. Najpierw polecieliśmy nad Pearl Harbor, bo z lądowiska w linii prostej to zaledwie parę mil. W dole lśniło Pearl Harbor Memorial. Na głowie mieliśmy słuchawki, nasz pilot był także naszym przewodnikiem.

- W dole jest Pearl Harbor. To miejsce Japończycy zaatakowali w 1941 roku – powiedział.
„Czyli Twoi rodacy zgotowali piekło na Ziemi” – pomyślałam. Człowiek wyglądał mi wyraźnie na Japończyka, przynajmniej w drugim pokoleniu, choć na O`ahu jest bardzo wielu Azjatów, większość z nich to imigranci z Japonii, którzy mieszkają tu zaledwie kilka lat. Odległość pomiędzy Hawajami a Japonią nie jest duża. Samolot z Tokio do Honolulu leci dziewięć godzin, w stronę powrotną natomiast siedem. Zastanawiałam się, z jaką łatwością Japończyk mówi o jednej z najkrwawszych kart historii. Zupełnie tak, jakby Niemiec oprowadzał wycieczki po Auschwitz-Birkenau. Nawet, jeśli jego rodzina nie miała nic wspólnego z nazistami, to jednak jest to pewna historyczna niezręczność.

Amerykanie sami przyznają, że o ataku na Pearl Harbor wypowiadają się bardzo ostrożnie. Myślę, że ostrożność bardzo popłaca. W 2010 roku bowiem Hawaje odwiedziło milion dwieście tysięcy japońskich turystów, którzy wydali tam prawie dwa miliardy dolarów.

Pilot lekko pochylił helikopter i wziął ostry zakręt w prawo. Ziemia pod nami zwinęła się w rulon, przynajmniej w mojej chorej wyobraźni. Natychmiast zapomniałam o historycznych niezręcznościach. Usiłowałam zapanować nad sytuacją. Chwyciłam mojego syna za rękę. Odepchnął ją. „Czyli jednak ma trochę przestrzeni koło siebie” – pomyślałam uspokojona.
Wokoło było zielono. Lecieliśmy tuż nad górami. Robiłam zdjęcia, żeby zająć myśli konkretnym zajęciem i nie myśleć o niebezpieczeństwie i o tym, że mnie mdli. Poskutkowało.

Nagle w dole zobaczyliśmy autostradę. To Pali Hwy. Droga ta wiedzie do miejsca, które było świadkiem zdarzeń, stanowiących punkt zwrotny w historii Hawajów. To tam w 1795 roku król Kamehameha pokonał swojego rywala i w 1795 roku połączył wyspy w jedno państwo – królestwo Hawajów.

Ponownie żołądek podszedł mi pod gardło. Nagle skręciliśmy i zobaczyliśmy pod nami soczyście zieloną równinę Kaneohe. Zieleń przechodziła gładko w błękit oceanu. Harmonijnie. Widok był cudowny, nawet przez moment zapomniałam, że jestem w helikopterze. Wtem po raz kolejny ostro skręciliśmy, czym nasz pilot przywołał mnie do rzeczywistości. Odwróciliśmy się plecami do równiny i zobaczyliśmy na horyzoncie Honolulu.

Helikopter „zanurkował” w przestworzach i „zawisł” nad rzędem sosen, okalających Kailua Beach Park. Wedle naszego przewodnika jest to plaża, która stanowi świetną alternatywę dla plaż w kurortach. Jest urokliwa i prawie pusta. Faktycznie w dole widzieliśmy mało punkcików. Nie było tam plażowiczów. Tutejsze sosny natomiast nazywają się ironwood – żelazne. Charakteryzują się twardym drewnem.

- Na prawo widzimy wysepki Molukua, a pod nami znajduje się plaża Lanikai, na której mogą wypoczywać celebryci, nie nękani przez paparazzi. Proszę spojrzeć, jest ona schowana za rzędem nadmorskich willi. Plaża ta nie jest jednak prywatna, zresztą na Hawajach wszystkie plaże są publiczne. Takie mamy tu prawo.
Zawróciliśmy w kierunku Diamond Head. W dole widać było taflę oceanu, która w tym miejscu miała kolor zielony. Pod nią widoczne były brązowe skały, które przybrały kształt skorupy żółwia. Na jej powierzchni kłębiły się białe supełki bawełny. To fale, które z góry wyglądały jak rozrzucona wata. Na lewo widać było szczyty gór, nad którymi zawisły nisko ciemne chmury. „Dotykały” one czubków wzgórz. Nie schodziły niżej, ale nie odsłaniały nieba powyżej. Wlecieliśmy nad zielone stoki. Tutejsze góry porośnięte są gęsto roślinnością. Wyglądają jakby pokrywał je gęsty mech. Pomiędzy „omszałymi” zboczami widać było białą kreseczkę. Gdy bliżej się przyjrzałam, zobaczyłam wodospad. Przepiękny, jeden z wielu na Hawajach.

Zbliżaliśmy się do plaży Waikiki. Przed nami widać było nasz hotel i Diamond Head. Oglądaliśmy wygasły wulkan z różnych stron: z plaży, hotelu, oceanu. Piękną tęczę i zachód słońca. Teraz zobaczyliśmy, że krater porośnięty jest roślinnością, są w nim wytyczone ścieżki i widać zabudowania. 

Pilot wykonał manewr i wlecieliśmy nad ocean. Zmierzaliśmy z powrotem w kierunku Pearl Harbor i heliportu.









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz