Po pierwsze to ja nie wiem, jak
znalazłam drogę z naszego hotelu na parking hotelu Sheraton. Korzystałam w tym
celu z Google Map. Dwukrotnie pokonaliśmy ponad kilometrową trasę. Szliśmy
dwiema handlowymi ulicami. Wyszliśmy z dużym wyprzedzeniem, żeby się nie
spóźnić. Kiedy wróciliśmy z przejażdżki helikopterem na ten sam parking,
niechcący poszliśmy w inną stronę do wyjścia i okazało się, że nasz hotel
mieści się tuż obok, w odległości kilku stóp, a nie ponad kilometra. Ma dwa
wyjścia i dwa podjazdy. My o tym drugim nic do tej pory nie wiedzieliśmy, ale
nie ma tego złego. Na zbiórkę w sprawie kolacji na statku wyjdziemy tuż przed
odjazdem autobusu.
Po drugie lot helikopterem. Zostaliśmy
zawiezieni na lądowisko koło lotniska w Honolulu, do heliportu. Na miejscu
zostaliśmy przeszkoleni z obsługi spadochronu. „Nie daj, Boże, żebyśmy musieli
go użyć” – pomyślałam, zwłaszcza że tak naprawdę jedynie musieliśmy dokładnie
sprawdzić, czy jest on dobrze zamocowany i wiedzieć, co odbezpieczyć. Na tym
szkolenie się kończyło. Następnie pracownik heliportu postanowił dać nam
wyobrażenie o tym, jaki ordnung panuje w Siłach Powietrznych Stanów
Zjednoczonych. Nadał nam numery i powiedział, że od tej pory nie będzie się do
nas zwracał po imieniu. Ja dostałam numer jeden, Michał numer dwa, babcia była
numerem trzecim. Powiedział, że jak wywoła numer, to on ma wsiąść do
helikoptera, a następny numer czeka na jego rozkaz. Ja i Michał z naszymi
numerami znaleźliśmy się w pierwszym rzędzie, co mogłoby być nawet atrakcyjne,
gdyby nie to, że przednia szyba sięgała nam do kostek. Czułam się, jakbym była
zawieszona w powietrzu i w każdej chwili mogła spaść z mojego miejsca w
przepaść. Było to szczególnie nieprzyjemne wtedy, gdy helikopter skręcał z
takim lekkim pochyleniem się do przodu. Wierzcie mi: okropne uczucie. Michał
ledwo oddychał, wciśnięty pomiędzy mnie a pilota, ale przynajmniej on miał
wrażenie, że leci tylko do przodu. Pokazywałam mu na migi, żeby robił zdjęcia.
Nie wiedziałam, jak się miewa moja mama, bo nie było możliwości, żebym
spojrzała za siebie.
Pomimo to widoki w dole były
przepiękne. Najpierw polecieliśmy nad Pearl Harbor, bo z lądowiska w linii
prostej to zaledwie parę mil. W dole lśniło Pearl Harbor Memorial. Na głowie
mieliśmy słuchawki, nasz pilot był także naszym przewodnikiem.
- W dole jest Pearl Harbor. To miejsce
Japończycy zaatakowali w 1941 roku – powiedział.
„Czyli Twoi rodacy zgotowali piekło na
Ziemi” – pomyślałam. Człowiek wyglądał mi wyraźnie na Japończyka, przynajmniej
w drugim pokoleniu, choć na O`ahu jest bardzo wielu Azjatów, większość z nich
to imigranci z Japonii, którzy mieszkają tu zaledwie kilka lat. Odległość
pomiędzy Hawajami a Japonią nie jest duża. Samolot z Tokio do Honolulu leci
dziewięć godzin, w stronę powrotną natomiast siedem. Zastanawiałam się, z jaką
łatwością Japończyk mówi o jednej z najkrwawszych kart historii. Zupełnie tak,
jakby Niemiec oprowadzał wycieczki po Auschwitz-Birkenau. Nawet, jeśli jego
rodzina nie miała nic wspólnego z nazistami, to jednak jest to pewna
historyczna niezręczność.
Amerykanie sami przyznają, że o ataku
na Pearl Harbor wypowiadają się bardzo ostrożnie. Myślę, że ostrożność bardzo
popłaca. W 2010 roku bowiem Hawaje odwiedziło milion dwieście tysięcy
japońskich turystów, którzy wydali tam prawie dwa miliardy dolarów.
Pilot lekko pochylił helikopter i
wziął ostry zakręt w prawo. Ziemia pod nami zwinęła się w rulon, przynajmniej w
mojej chorej wyobraźni. Natychmiast zapomniałam o historycznych
niezręcznościach. Usiłowałam zapanować nad sytuacją. Chwyciłam mojego syna za
rękę. Odepchnął ją. „Czyli jednak ma trochę przestrzeni koło siebie” –
pomyślałam uspokojona.
Wokoło było zielono. Lecieliśmy tuż
nad górami. Robiłam zdjęcia, żeby zająć myśli konkretnym zajęciem i nie myśleć
o niebezpieczeństwie i o tym, że mnie mdli. Poskutkowało.
Nagle w dole zobaczyliśmy autostradę.
To Pali Hwy. Droga ta wiedzie do miejsca, które było świadkiem zdarzeń,
stanowiących punkt zwrotny w historii Hawajów. To tam w 1795 roku król Kamehameha
pokonał swojego rywala i w 1795 roku połączył wyspy w jedno państwo – królestwo
Hawajów.
Ponownie żołądek podszedł mi pod
gardło. Nagle skręciliśmy i zobaczyliśmy pod nami soczyście zieloną równinę
Kaneohe. Zieleń przechodziła gładko w błękit oceanu. Harmonijnie. Widok był
cudowny, nawet przez moment zapomniałam, że jestem w helikopterze. Wtem po raz
kolejny ostro skręciliśmy, czym nasz pilot przywołał mnie do rzeczywistości.
Odwróciliśmy się plecami do równiny i zobaczyliśmy na horyzoncie Honolulu.
Helikopter „zanurkował” w
przestworzach i „zawisł” nad rzędem sosen, okalających Kailua Beach Park. Wedle
naszego przewodnika jest to plaża, która stanowi świetną alternatywę dla plaż w
kurortach. Jest urokliwa i prawie pusta. Faktycznie w dole widzieliśmy mało
punkcików. Nie było tam plażowiczów. Tutejsze sosny natomiast nazywają się ironwood – żelazne. Charakteryzują się
twardym drewnem.
- Na prawo widzimy wysepki Molukua, a
pod nami znajduje się plaża Lanikai, na której mogą wypoczywać celebryci, nie
nękani przez paparazzi. Proszę spojrzeć, jest ona schowana za rzędem
nadmorskich willi. Plaża ta nie jest jednak prywatna, zresztą na Hawajach
wszystkie plaże są publiczne. Takie mamy tu prawo.
Zawróciliśmy w kierunku Diamond Head.
W dole widać było taflę oceanu, która w tym miejscu miała kolor zielony. Pod nią
widoczne były brązowe skały, które przybrały kształt skorupy żółwia. Na jej
powierzchni kłębiły się białe supełki bawełny. To fale, które z góry wyglądały
jak rozrzucona wata. Na lewo widać było szczyty gór, nad którymi zawisły nisko
ciemne chmury. „Dotykały” one czubków wzgórz. Nie schodziły niżej, ale nie
odsłaniały nieba powyżej. Wlecieliśmy nad zielone stoki. Tutejsze góry
porośnięte są gęsto roślinnością. Wyglądają jakby pokrywał je gęsty mech.
Pomiędzy „omszałymi” zboczami widać było białą kreseczkę. Gdy bliżej się
przyjrzałam, zobaczyłam wodospad. Przepiękny, jeden z wielu na Hawajach.
Zbliżaliśmy się do plaży Waikiki.
Przed nami widać było nasz hotel i Diamond Head. Oglądaliśmy wygasły wulkan z
różnych stron: z plaży, hotelu, oceanu. Piękną tęczę i zachód słońca. Teraz
zobaczyliśmy, że krater porośnięty jest roślinnością, są w nim wytyczone
ścieżki i widać zabudowania.
Pilot wykonał manewr i wlecieliśmy nad
ocean. Zmierzaliśmy z powrotem w kierunku Pearl Harbor i heliportu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz