niedziela, 31 maja 2015

Zapiski z podróży na Hawaje - Czy luau będzie kolejną "cepelią"?


Michał ponownie jest niezadowolony. Zaczynam się do tego przyzwyczajać. Tym razem chodzi o to, że impreza, na którą się właśnie wybieramy – jego zdaniem – na pewno jest taką samą „cepelią”, jak ten nieszczęsny rejs statkiem o zachodzie słońca na O`ahu. Usiłuje podbuntować swoją babcię, a moja mamę, że bez sensu wywaliłam pieniądze na różne „nieatrakcyjne atrakcje”, zamiast kupić bilety lotnicze w klasie business.

- Michał, myślę, że przeżyjesz tę imprezę. Na pewno długo nie potrwa.

- Przeżyję, bo zabiorę ze sobą iPhone`a. Zamierzam przez cały czas słuchać polskiego rapu, żeby nie słyszeć miejscowego badziewia.

To może być nawet interesujące: polski podkład muzyczny, np. pod pokazy polinezyjskich ogniomistrzów. No, cóż … totalna globalizacja, multi-kulti. Moje dziecko ma zawsze ze sobą telefon, a w nim kilka tysięcy utworów na wypadek, gdyby trafił na super nudną i super długą imprezę. Rok wcześniej byliśmy na „Aidzie” w Arena di Verona. Muszę przyznać, że sama żałowałam, że nie zabrałam z hotelu słuchawek. Przynajmniej w ogóle czegokolwiek bym słuchała. „Aida” w tamtym wykonaniu była operą bez nagłośnienia. Śpiewacy musieli zmagać się w amfiteatrze z prawami fizyki i braku akustyki, z góry skazani na porażkę. Baryton jeszcze było słychać, ale sopran w ogóle niknął w ogromnej przestrzeni otwartego obiektu. Jedynym ciekawym akcentem był wjazd na scenę koni, ale niestety szybko je stamtąd zabrano. Za szybko, bo moje dziecko akurat wtedy zainteresowało się operą, gdyż samo od wielu lat jeździ konno. W momencie, kiedy wyprowadzono konie ze sceny, Michał włożył do uszu słuchawki i tyle miałam z ukulturalniania mojego syna. Pamiętam, że bilety były bardzo drogie, a „Aida” była porażką. Trochę „bolało” L.

Dojeżdżamy do hotelu, w którego ogrodach ma odbyć się Lava Legends & Legacies – wieczorek folklorystyczny, w czasie którego mamy poznać miejscowe legendy i podania oraz dowiedzieć się o dziedzictwie kulturowym Hawajów.

Stoimy w kolejce. Za czym kolejka ta stoi? – chciałoby się zacytować fragment piosenki Krystyny Prońko. Nie znoszę kolejek, a nie mam wyjścia. Muszę odstać swoje. Pozostali kolejkowicze cierpliwie czekają na swoją kolej. Podchodzimy do kontuaru. Oprócz girlandy lei, wykonanej z muszelek, dostajemy do przeczytania tekst ostrzeżenia, że organizator nie ponosi odpowiedzialności za pogodę i żywioły natury. Oznacza to, że jeśli lunie na nas deszcz lub przyjdzie fala tsunami, to mamy się z nim nie procesować. Myślę, że wtedy nie byłoby nam w głowie ciąganie organizatorów po sądach.

- O, a nie mówiłem? Taki sam układ, co na statku na O`ahu. Długie stoły, szwedzki bufet, a pewnie zaraz wybiorą mistrza ceremonii – triumfuje Michał.

Wrrr … staram się go nie słuchać. W sukurs przychodzi kelner z Mai Tai. O, tak, koktajl alkoholowy pomoże mi przetrwać trudne chwile. Pyszny!

- Czy ja mógłbym dostać jeden Mai Tai dla siebie? – pyta urażony Michał.

Zabijam go wzrokiem.

- OK., OK. Dlaczego się denerwujesz? Tylko pytam.

- Jeśli potem będziesz się tłumaczył tutejszej policji, to możesz sobie wziąć szklankę napoju wysokoprocentowego.

- Ty jesteś moją mamą, Ty się będziesz tłumaczyć za mnie.

- Zatem nie dostaniesz alkoholu, a na pewno nie w miejscu publicznym. KROPKA!

Z głośników dociera do nas kobiecy głos. Zapowiada ceremonię Imu i prosi gości o podejście w pobliże kopca, koło którego przed chwilą przechodziliśmy. W zasadzie ten kopiec wygląda jak miejsce, w którym organizatorzy mogliby rozpalić ognisko. Brakuje jedynie drewna.

Podchodzimy bliżej. Kopiec otoczyło sporo osób, ledwo co widzę. Mojej mamie – na całe szczęście – udało się podejść bliżej. Nagrywa.

Mężczyźni w polinezyjskich pareo dźgają dzidami obiekt zainteresowania, czyli kopiec, by – jak nam wyjaśnia kobiecy głos – wydobyć z ziemi wieprzowinę. Czym jest ceremonia Imu? Jest prastarym sposobem przyrządzania wielu potraw. Pierwsi Hawajczycy gotowali w ten sposób mięso i warzywa. Imu po hawajsku znaczy „dół, jama, dziura”. Najpierw wykopywano w ziemi zwartą dziurę o głębokości od dwóch do czterech stóp (0,6 – 1,2 m), ale na tyle szeroką, by pomieścić w niej przyrządzane jedzenie, kamienie, węgiel i warzywa, ale równocześnie na tyle wąską, by ciepło nie rozchodziło się na boki. W czasie Imu węgiel i kamienie są bardzo mocno rozgrzane, mięso – najczęściej jest to wieprzowina – zakryte jest warstwami liści i matami, a następnie zasypywane ziemią. Węgiel i kamienie dają ciepło, liście powodują wilgoć, a maty – parowanie, zatem nie jest to proces pieczenia, a raczej – jakbyśmy współcześnie powiedzieli – gotowania na parze. W rezultacie – jak nas zapewnia kobiecy głos – będziemy mogli skosztować przepysznej, soczystej i niezwykle delikatnej wieprzowiny.
Mężczyźni wyjmują kamienie ze środka przepołowionego prosiaka i przenoszą go na stół, na którym rozdrobnią go na małe cząsteczki. My wracamy na swoje miejsca. Biorę łyk Mai Tai. Pycha!  

Zaczyna się „cepeliowski” rytuał: kobiecy głos przedstawia mistrza ceremonii, mistrz ceremonii wybiera odpowiednie stoliki, uczestnicy imprezy ustawiają się w kolejce po wyznaczonych przez niego stronach szwedzkiego bufetu. Znów kolejka L. Całe szczęście nie jestem głodna. Wtedy na statku nie zjadłam prawie nic. Nic mi nie smakowało. Nawet napoje alkoholowe były kiepskie. Tu przynajmniej Mai Tai jest smaczny. Mniam, bardzo smaczny.

Nie da rady, trzeba podejść do szwedzkiego stołu, stanąć w kolejce. Mistrz ceremonii właśnie na nas wskazał. Wszystkie potrawy wyglądają ładnie, jest duży wybór. Mimowolnie nakładam sobie na talerz dużo za dużo. Pojawiła się też wieprzowina z ceremonii Imu. Wygląda teraz trochę, jak duszona wieprzowina. 

Wracamy do stolika. Coś, co wygląda jak zabarwione na fioletowo tofu jest tak mdłe, że nie mogę się przemóc, by wziąć drugi kęs. Nie zapamiętałam nazwy, żeby drugi raz nie nabrać się na jego oryginalny kolor. A wrócić do szwedzkiego stołu nie mogę. Musiałabym poprosić o pozwolenie mistrza ceremonii. Paranoja!

Z kolei wieprzowina, rekomendowana przed chwilą jako miejscowy rarytas w ogóle nie ma smaku. Faktycznie przypomina duszoną wieprzowinę, brakuje w niej jedynie sosu, co sprawia że tutejszej potrawie daleko do naszej, polskiej.

Co potrawa, to coraz większe rozczarowanie. Naprawdę mi nie smakuje. Poi, które wygląda jak coś pomiędzy budyniem a puddingiem jest – delikatnie mówiąc – takie sobie. Przyrządza się je z korzenia bulwiastego, typu cebula i liści kolokazji (gatunek jadalnej rośliny). Smacznego L.

Ograniczam się jedynie do sałatek. Sałatka jak to sałatka, trudno ją zepsuć. Dobrą sałatką, a jednocześnie przystawką jest poke, w której wymieszano sashimi tuńczyka Yellowfin, marynowanego w soli morskiej, inamona (pieczone, pokruszone orzechy candlenut – takie same, z których wykonano naszyjnik dla JoliJ), olej sezamowy, wodorosty Limu (po hawajsku algi) i posiekane papryczki chili. Receptura tej potrawy została przywieziona na Hawaje przez Japończyków. Poke jest niezłe.    

Smakuje mi także łosoś Lomi. Lubię łososia pod każdą postacią, może być Lomi, choć mam skojarzenia z masażem Lomi-Lomi. Skojarzenie to nie jest bezpodstawne: powszechnie mówi się na niego łosoś Lomi-Lomi (niestety masażu tu nie zapewniają, a szkoda). Zazwyczaj jest on dodatkiem do drugiego dania. W jego skład wchodzi poza łososiem głównie pomidor. Przepis ten na wyspy przywieźli pierwsi żeglarze z Zachodu.

- Czy Pani już skończyła? – z rozmyślań wyrywa mnie naprawdę przystojny mężczyzna. Wysoki, umięśniony, śniady brunet. Wiem, wiem, w tej szerokości geograficznej to żadna rewelacja. Niemniej jedno jest dla mnie pewne: Hawajczycy są ładniejsi od Hawajek. One z kolei mają budowę ciała od pasa w dół taką, że od bardzo szerokich bioder nogi zwężają się do bardzo chudych kostek. Wygląda to dość dracznie, szczególnie jeśli dziewczyna ma na sobie przylegające do ciała jeansy. Mężczyzna pochylony nade mną poza pareo, nie ma nic na sobie. Można sobie pomarzyć J.To on nas witał, teraz z kolei pełni funkcję kelnera. Ciekawe, co jeszcze będzie tu robił.

Siedzimy na tarasie hotelu, nad oceanem. Podobnie, jak nasz apartament, jest on położony na wybrzeżu klifowym. Akurat jest zachód słońca. Wszyscy – jak na komendę – wstali od swoich stolików i podeszli bliżej urwiska. Wszyscy mają w rękach aparaty, robią zdjęcia. My też. Nawet Michał się wciągnął. Nie da się pozostać obojętnym na coś tak zjawiskowego.

Dopiero zajście słońca, które jakby zanurzyło się w oceanie sprawia, że ludzie wracają do swoich stolików. Zaczyna się luau.

Luau jest tradycyjnym hawajskim przyjęciem, ucztą, imprezą, festynem, świętem, któremu towarzyszy zabawa. Kierowca busa, który nas wiózł z lotniska do hotelu na Waikiki bardzo zachwalał luau. Powiedział, że koniecznie musimy się wziąć w nim udział. Hawajczycy zastąpili wyraz party słowem luau (po hawajsku „przyjęcie”, „impreza”). Bal maturalny, wesele i urodziny to też jest „luau”, które poprzedzają odpowiednie przymiotniki.

Historia biesiadowania na Hawajach sięga czasów pierwszych Hawajczyków. Przez wieki jadali oni osobno: osobno kobiety, osobno mężczyźni. Tym pierwszym nie wolno było na co dzień jeść wyrafinowanych potraw, bądź podawanych tylko na specjalne okazje. Dopiero w 1819 roku król Kamehameha II zniósł prawo religijne rdzennych mieszkańców wysp hawajskich i symbolicznie zaprosił wszystkie kobiety z całego Królestwa, by z nim spożyły wieczerzę. W ten sposób narodził się luau – zwyczaj, pielęgnowany zarówno przez propagatorów kultury, jak i liczne biura podróży.

Wcześniej ten rodzaj przyjęcia nazywano pā‘ina lub 'aha‘aina. Współczesna nazwa pochodzi od głównej potrawy, nazywanej właśnie luau. To kurczak gotowany w mleku kokosowym z liśćmi kolokazji (te same, których używa się w czasie przyrządzania poi).

Na początku potrawy spożywano na ziemi – na matach, które stanowiły główną ozdobę luau. W większości maty były wykonane z liści ti, tych samych, które słudze Kamehamehy I i ludziom z Waipi`o służyły do wyplatania lin.

Jedzenie nie było wtedy podawane na talerzach, jedzono je rękami. W ten sposób powstały nazwy potraw. Nazwa poi na przykład wzięła się od tego, że biesiadnicy radzili sobie, jak mogli z jedzeniem niby-puddingu. Jedni jedli go trzema palcami, drudzy – dwoma, inni – tylko kciukiem nazywanym poi.  

Patrzę na scenę. Mężczyźni dają pokaz tańca z płonącymi pochodniami. No i, bardzo proszę, wysoki, umięśniony, śniady brunet vel komitet powitalny vel kelner teraz zajmuje się tańcem. Ciekawe, ile on ma tu etatów i ile zarabia?

- Mamo, nie patrz tak. W Twoim wieku…? – moje dziecko naprawdę chce się doigrać. Następny raz nie zabiorę go na koniec świata. Wakacje spędzi w Koluszkach albo Tłuszczu. Poza tym, co to znaczy „W Twoim wieku”? Ostatnio takim pytaniem, „okraszonym” oburzoną miną uraczył mnie na nartach w Dolomitach. Tańczyłam sobie w apartamencie przy włączonym MTV, do teledysków włoskiej play listy, gdy wtem moje dziecko spojrzało i powiedziało: „Mamo, w Twoim wieku nie wypada”. To naprawdę nie było miłe. Gdyby mi powiedział, żebym przestała skakać, bo zarwie się pode mną podłoga i będziemy musieli płacić odszkodowanie, to ja bym się na niego nie obraziła. To przemówiłoby do mojej wyobraźni, ale kwestia wieku…? To cios poniżej pasa.

Tancerze ognia, jak ich tu nazywają – fire dancers – sprawnie obracają pochodniami, które płoną na obu końcach. Nie wiem, jak oni to robią, ale przerzucają sobie płonące drągi, nie parząc się przy tym. Zataczają nimi koła, robią ósemki. Dowiadujemy się, co jeszcze oznacza słowo poi – łańcuchy, używane przez tancerzy: Poi to także nazwa pewnego plemienia Maori, żyjącego w Nowej Zelandii. 

Taniec ognia z zastosowaniem różnych technik jest częścią dziedzictwa kulturowego wielu rejonów świata. Najstarszy z nich wywodzi się z Samoa i znany jest jako Siva Afi i Płonący Nóż (Siva Afi and The Fire Knife). Taniec ten ma swoje korzenie w starożytnych samoańskich pokazach o nazwie `ailao i służy pokazaniu sprawności samoańskiego wojownika, który zręcznie kręci, rzuca, chwyta i tańczy niczym z bronią, narzędziem walki, które może razić ogniem wroga.

Piszę o tym dlatego, że ten taniec, który właśnie trwa pochodzi właśnie z Samoa. Hawaje, Tahiti i Samoę łączy wspólna historia i mnóstwo legend. Wedle współczesnych źródeł wielu Samoańczyków przypłynęło na Hawaje w 1919 roku. Była to zarazem jedyna znacząca grupa Polinezyjczyków, która nie przybyła na wyspy, by pracować na plantacjach. W latach pięćdziesiątych XX wieku na Hawajach pojawili się  kolejni Samoańczycy w liczbie około tysiąca. Spis ludności w 1970 roku wykazał, że było już ich ponad 13 tysięcy, większość z nich na O`ahu. Współczesna historia migracji ludności samoańskiej na wyspy hawajskie nie wyklucza wcześniejszego napływu. Kwestia osadnictwa na Hawajach wciąż pozostaje nierozwiązana. Niektórzy historycy wierzą, że pierwsi Polinezyjczycy przybyli na Hawaje już w III wieku z Markizów (Îles Marquises, najdalej na północ wysunięta część Polinezji Francuskiej). Po nich przyszła kolej na osadników z Tahiti, którzy w 1300 roku podbili wyspy. Jedynym dowodem na to są legendy, opowiadające o bohaterze Hawai`iloa i o duchownym-żeglarzu Pa`ao. Wedle nich to właśnie pierwszy z nich doprowadził do osadnictwa na Hawajach. Po przypadkowym odnalezieniu wysp hawajskich, Hawai`iloa wrócił do swojej Ojczyzny, która nazywała się wówczas Ka`āina kai melemele a Kane (wyspa na żółtym morzu Kane). Postanowił zorganizować ekspedycję, która miała doprowadzić do kolonizacji. W jej skład weszli członkowie jego rodziny i ośmiu znakomitych żeglarzy. Osiedlili się na wyspie, którą na jego cześć nazwano Hawai`i. Legendy głoszą, że jego synowie: Kaua`i, O`ahu i Maui osiedlili się na wyspach, które także nazwano na ich cześć.

Bohaterem hawajskich legend i postacią historyczną jest także Pa`ao, duchowny z Kahiki, a dokładniej z Wawau lub Upolu. Jak już wcześniej wspominałam przy okazji legend o bogini Pele, termin Kahiki w języku hawajskim oznacza ziemię położoną poza Hawajami, choć pochodzi od nazwy Tahiti. I choć Wawau i Upolu to współczesne  nazwy miejscowości położonych na Wyspach Towarzystwa (Society Islands) oraz wyspach Samoa i Tonga, to hawajscy historycy i heraldycy królewscy twierdzą, że Pa`ao mógł przybyċ zarówno z Samoa, jak i Tahiti lub nawet byċ Tahitańczykiem samoańskiego pochodzenia.

Król Kalakaua (1836 – 1891) w swoich „Legendach i Mitach Hawajów” (Charles Webster & Company, Nowy Jork 1888) wyraźnie rozróżniał pochodzenie tahitańskich wodzów i tych arystokratów oraz duchownych, którzy wywodzili się z wysp Samoa. Pa`ao przypisuje się pochodzenie samoańskie. Dowodem na to może być fakt, że to on wprowadził na Hawajach zwyczaj składania ofiar z ludzi. Niegdyś w świątyniach luakini, świętym miejscu rdzennych Hawajczyków składano ofiary z ludzkiej i zwierzęcej krwi. Z klasy niewolników, nazywanej kauwa wybierano osoby, które składano w ofierze w miejscach, zwanych laukini heiau. Współcześni historycy wierzą, że klasa ta składała się w dużej mierze z pojmanych w czasie wojen wrogów i ich potomków. Nie oni jedyni byli składani w ofierze. Również wszyscy, którzy występowali przeciwko prawu, bez względu na pochodzenie, jak również przeciwnicy polityczni. Duchownemu Pa`ao przypisuje się także sprowadzenie na wyspy jednego wodza nad wodzami, który miał królować nad wszystkimi Hawajczykami.

Na scenie pojawiły się tancerki hula. Mają na sobie spódniczki, wykonane z długiej trawy i biustonosze z łupin kokosa. Podziwiam je. Ja chyba zadrapałabym się na śmierć pod warunkiem, że zmieściłabym się w „kokosowy” biustonosz. Jak to musi swędzieć? Okropne!
Taniec hula, jak i pozostałe tradycje rdzennych Hawajczyków – jak już wcześniej pisałam – zostały zakazane przez żonę Kamehamehy I w latach trzydziestych XIX wieku pod naciskiem chrześcijańskich misjonarzy i amerykańskich protestantów. Oficjalnie głosili oni, że hula jest tańcem pogańskim, choć wielu z nich w głębi ducha popierało tę tradycję i zezwalało na tańce pod własnym dachem. Taka postawa pozwoliła na wprowadzenie uregulowań prawnych w połowie XIX wieku. Publiczne pokazy hula mogły być organizowane, lecz wcześniej trzeba było na nie uzyskać licencję.

Na początku XX wieku taniec hula przeszedł istną transformację, stał się „towarem” dla turystów. To właśnie wtedy zaczęto organizować wieczorki, spektakle, m. in. Kodak Hula Show, hula „zagościła” w filmach powstającej fabryki snów – Hollywood. Pomimo ogromnej komercjalizacji hula była nadal praktykowana w odległych rejonach Hawajów, w skromniejszej formie, lecz z poczuciem dumy narodowej. Ponownie moda na ten taniec pojawiła się w latach siedemdziesiątych, w czasach Hawajskiego Renesansu i nieprzerwanie trwa do dnia dzisiejszego.

Mężczyźni na scenie grają na gitarach i ukulele. No i ponownie wysoki, śniady, umięśniony młodzieniec pojawia się w nowej roli. Tym razem jest muzykiem. OMG (Oh, my God! – O, mój Boże!”), nie dość, że przystojny, to jeszcze wszechstronnie utalentowany. Polki chyba powinny masowo tu przyjeżdżać w poszukiwaniu szczęścia J.

Pomimo, że hula na całym świecie kojarzy się z charakterystycznymi instrumentami: gitarami i ukulele, a także dziewczętami ubranymi w spódnice z długiej trawy i z girlandami lei na szyi, to taniec ten przez wieki wyglądał zupełnie inaczej. Nie było ukulele, gitar, spódniczek i … turystów. Była tylko ha`a (oryginalna nazwa tańca), Laka i Pele.

Zanim Europejczycy odkryli Hawaje, taniec hula traktowany był jako ceremonia, w czasie której mężczyźni i kobiety oddawali honor boginiom Lace i Pele. Początki tańca hula można znaleźć w mitach o Pele i jej siostrze Hi'iace. Niektóre źródła podają, że Hi'iaka nauczyła się tego tańca od Laki i zatańczyła w obecności Pele. Wedle innych Pele poprosiła Hi`iakę, by ta nauczyła Lakę tańczyć, bo ten taniec miał ją ochronić przed złem. To z kolei wskazuje na jego wyjątkowy charakter, nieziemską moc. 

Tancerki hula wdzięcznie pląsają po scenie. Taki taniec to też dobry sposób na pozbycie się nadwagi i stresów. Trzeba zaangażować ręce, oczy, biodra i nogi – po prostu całe ciało. Ma to również znaczenie dla tańca hula: rękoma opowiada się historię, oczy dodają tej opowieści ekspresji, ruchy bioder i stóp wskazują rytm i moc.


Luau dobiega końca. Wstajemy od stolików i w rytmie hula zmierzamy do wyjścia. Biodra, stopy, ręce – tanecznym krokiem idziemy do samochodu. Hula!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz