Opuszczamy dom. Bardzo mi szkoda stąd wyjeżdżać. Tu jest
pięknie, a niewiadomo, co zastaniemy na miejscu, w Kailua-Kona. Czasami zdjęcia
w Internecie nie oddają rzeczywistego stanu wynajmowanego mieszkania.
Ostatnie
sprawdzenie, czy nie zostawiliśmy czegoś w środku i już zatrzaskuję drzwi. Nie
zostawię otwartych, jak Gail i Robert.
-
Tu na pewno ktoś był. Ten mop stał w innym miejscu – mama ma pamięć
fotograficzną. Jest montażystką filmową i potrafi w najdrobniejszych
szczegółach odtworzyć obraz. Ja jej wierzę, że mop stał w innym miejscu, ale
przecież sam nie pokonał tych kilku metrów. Ktoś tu musiał być, a nie było
nikogo słychać.
-
Chyba sprzątaczka tu była, ale jakaś niewidzialna. Pewnie czeka, aż sobie
pojedziemy – mama czyta w moich myślach.
-
Mamo, coś Ty najlepszego zrobiła? Zatrzasnęłaś drzwi? Jak ja teraz umyję ręce?
– Michał się denerwuje, nie mogąc otworzyć drzwi do domu. Wszystkie drzwi
pozamykałam, bo nie wiedziałam, że ktoś się tu kręci. Poza tym i tak bym je zamknęła.
A skąd mam wiedzieć, czy to sprzątaczka, a nie złodziej?
-
Chodź, pod tarasem jest kran z wodą. Tam umyjesz ręce.
Nie
chcę mu mówić, że jest tam szlauch, ale niestety, już go zobaczył i właśnie
stwierdził, że zwariowałam.
-
No, nie, dziękuję. Nie muszę myć rąk.
MANA.
Aia no i ka mea e mele Ana – powtarzam sobie siedem praw huny – Moc pochodzi z
wnętrza. PONO. Ike ‘ia no ka loea i ke kuchu – Prawda zawiera się w rezultacie.
Najspokojniej w świecie biorę ręce Michała i opłukuję je wodą ze szlauchu. Jak
dłużej posiedzę na Hawajach, to stanę się „oazą szczęścia i spokoju”.
Najpierw jedziemy do Hilo. Cały dzień będziemy w trasie,
więc postanowiliśmy po drodze trochę pozwiedzać. W Hilo są dwa ciekawe miejsca,
które chcielibyśmy zobaczyć: Ogród Japoński i Kokosową Wyspę.
Jedziemy
samochodem. Michał nadal się boczy, bo umyłam jego ręce zimną wodą, w dodatku
nie z kranu.
-
Chyba chcesz, żebym się przeziębił. Tu jest chłodno, a Ty mnie myjesz zimną
wodą.
A
to dobre! Czyli jak on wyskakuje zimą w rozpiętej kurtce i bez czapki na głowie
oraz szalika na szyi, to wtedy wszystko jest w porządku, wtedy się nie
przeziębia? Tylko, dlaczego zawsze po takich „wyczynach” choruje? A jak ja mu
opłukałam ręce – OK., przyznaję – zimną
wodą, ale nie na mrozie, tylko przy jakiś 17°C, to już ma duży problem. Jest
przecież ubrany odpowiednio do temperatury: długie dżinsy, bluzka z długim
rękawem. Na pewno się pochoruje, już to widzę. Jestem w myślach zgryźliwa.
Dojeżdżamy
bez problemu do japońskiego ogrodu. Liliuokalani Gardens mieszczą się obok
Kokosowej Wyspy, na Banyan Dr Hilo, HI 96720.
Liliuokalani
Gardens nazwano na cześć hawajskiej monarchini. Park, którego są częścią został
zaprojektowany w 1900 roku na wzór ogrodów japońskich, by uhonorować – a jakże
– japońskich imigran tów. Park utrzymany
jest w stylu Edo (tak nazywało się miasto Tokio w latach 1603 – 1868). Jest
największym takim ogrodem poza Japonią. Pośrodku parku znajduje się staw
Waihonu z licznymi mostkami, wysepkami, altankami i pagodami. Rosną w nim
wierzby płaczące (zupełnie, jak w Polsce), liczne azalie, gdzieniegdzie widzimy
polanki bambusów i akry soczyście zielonej trawy.
Wróciliśmy
do Tori, tradycyjnej japońskiej bramy. Robię Michałowi pamiątkowe zdjęcia.
Łaskawie pozuje. O, Boże, chyba przed chwilą się uśmiechnął. Sprawdzam. Tak,
utrwaliłam uśmiech na twarzy mojego syna. To chyba nie jest tak źle. Może
zaczęło mu się tu podobać.
Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które
robiłam w trakcie podróży przez Londyn na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big
Island i Maui. O tej podróży na Hawaje napisałam książkę, zatytułowaną „W
drodze po szczęście. Zapiski z podróży”, dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest
też dostępny jeszcze jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla
przygotowujących się do wyjazdu na Hawaje".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz