Musimy
znaleźć sklep. Od tego zaczynamy każdy pobyt, jeśli nie spędzamy go w hotelu.
Pewnie na takim osiedlu jest jakiś sklep. Chyba powinien być. Są tu korty,
boiska, baseny. Powinna być cała infrastruktura. W Europie w takim kompleksie
wypoczynkowym byłby przynajmniej jeden sklep. Nikt nie oddałby możliwości
zarobienia dodatkowych pieniędzy komuś z zewnątrz. Chodzimy wokoło i nie możemy
znaleźć żadnej informacji. Doszliśmy do szlabanu.
-
Dzień dobry, dziś przyjechaliśmy i szukamy sklepu. Czy na tym osiedlu jest
jakiś? – pytam osobę, która wpuszcza samochody.
-
No, niestety na osiedlu nie ma, ale niedaleko jest supermarket – odpowiada.
-
Niedaleko? Czy dojdziemy na piechotę? To rzeczywiście niedaleko? – chcę się
upewnić, bo nie chce mi się z siatami gnać kilka mil.
-
Na piechotę?! – pyta przerażony parkingowy – Nie, pewnie, że nie. Niedaleko,
ale samochodem. Musicie wrócić po swój pojazd. Cofniecie się do głównej drogi i
przejedziecie na drugą stronę. Tam na wzgórzu jest kompleks handlowy. Jest w
nim supermarket.
W
kwestii komunikacji samochodowej Amerykanie biją wszystkich na głowę. Nawet
mnie, która kilkaset metrów pokonuje samochodem, a spaceruje niezwykle rzadko.
Faktycznie
lepiej było przyjechać do sklepu samochodem. To nie jest daleko, ale szlibyśmy
dwadzieścia minut w jedną stronę z ciężkimi siatkami.
-
To chyba mamy wszystkie najpotrzebniejsze produkty – mówi mama.
Moje
dziecko "zaklinowało się" w dziale ze sprzętem do sportów wodnych.
Przestępuje z nogi na nogę, patrząc tęsknie na body-board (deska do pływania).
-
Michale, w schowku na tarasie są dwie deski. Możesz z nich korzystać – usiłuję
zaapelować do jego zdrowego rozsądku.
-
Na tamtych nie będę pływać. Mowy nie ma! Widziałaś, jakie są zużyte? – Michał
jest w tej kwestii zdecydowany.
-
A czy Ty w ogóle będziesz na niej pływać? Bo ona kosztuje 30 dolarów plus
podatek. Jeśli nie będziesz, to ja wolę, żebyś na co innego przeznaczył te
pieniądze.
-
Tak, tak, będę. Naprawdę!!! – moje dziecko w takim momencie jest w stanie
obiecać gruszki na wierzbie i szóstki na cenzurce.
Jestem
ciekawa, ile razy skorzysta z deski.
-
Czy Pani kupiła synowi koszulkę do body boardu? – zaczepia mnie jedna z
ekspedientek – Syn nie powinien pływać z gołym torsem, bo często pływacy
obcierają sobie brzuch do krwi. Nawet niech założy zwykłą T-shirtkę, żeby
ochronić ciało.
Serdecznie
jej dziękuję. Nie wyglądamy na Hawajczyków, więc z pewnością z troski o
turystów ta pani postanowiła nam dobrze doradzić.
-
Może cofnijmy się i ja kupię odpowiednią bluzkę – zaczynam mieć wątpliwości,
czy zakup body board był rozsądny.
-
Chyba żartujesz? Nie zamierzam pływać w żadnych bluzkach, ani T-shirtach. Ta
kobieta zwariowała – moje dziecko, jak zwykle, wie lepiej.
Ja
się jeszcze waham, ale on do mnie podchodzi, bierze za ramię i wyprowadza ze
sklepu.
-
Lepiej otwórz samochód – komenderuje.
Pakujemy
zakupy do środka, deskę na tylne siedzenie i wracamy na osiedle, które jednak
jest właściwym adresem. „La Bella Vita” – jak mawiają Włosi.
Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które
robiłam w trakcie podróży przez Londyn na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big
Island i Maui. O tej podróży na Hawaje napisałam książkę, zatytułowaną „W
drodze po szczęście. Zapiski z podróży”, dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest
też dostępny jeszcze jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla
przygotowujących się do wyjazdu na Hawaje".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz