wtorek, 3 marca 2015

Zapiski z podróży na Hawaje - Oahu widziane z lotu ptaka


Jesteśmy na lądowisku koło lotniska w Honolulu, w heliporcie. Przed chwilą zostaliśmy przeszkoleni z obsługi spadochronu. Nie daj, Boże, żebyśmy musieli go użyć, zwłaszcza że tak naprawdę jedynie musieliśmy pobieżnie sprawdzić, czy jest on dobrze zamocowany i wiedzieć, co odbezpieczyć. Szkolenie trwało kilka sekund, więc … naprawdę nie daj, Boże!

Teraz pracownik heliportu postanowił dać nam wyobrażenie o tym, jaki ordnung panuje w Siłach Powietrznych Stanów Zjednoczonych. Nadał nam numery i powiedział, że od tej pory nie będzie się do nas zwracał po imieniu. Ja dostałam numer jeden, Michał numer dwa, babcia jest numerem trzecim. Powiedział, że jak wywoła numer, to „on” ma wsiąść do helikoptera, a następny numer czeka na jego rozkaz. Ja i Michał z naszymi numerami znaleźliśmy się w pierwszym rzędzie, co mogłoby być nawet atrakcyjne, gdyby nie fakt, że przednia szyba sięga nam do kostek. Czuję się, jakbym była zawieszona w powietrzu i w każdej chwili mogła spaść z mojego miejsca w przepaść. Jesteśmy już nad ziemią i szczególnie nieprzyjemne wrażenie mam wtedy, kiedy helikopter skręca z takim lekkim pochyleniem się do przodu. Wierzcie mi: naprawdę okropne uczucie. Michał ledwo oddycha, wciśnięty pomiędzy mnie a pilota, ale przynajmniej on ma wrażenie, że leci tylko do przodu. Pokazuję mu na migi, żeby robił zdjęcia. Nie wiem, jak się miewa moja mama, bo nie mogę spojrzeć za siebie.


Pomimo to widoki w dole są przepiękne. Lecimy nad Pearl Harbor, bo z lądowiska w linii prostej to zaledwie parę mil. W dole lśni Pearl Harbor Memorial. Na głowie mamy słuchawki, nasz pilot jest także naszym przewodnikiem.

- W dole jest Pearl Harbor. To miejsce Japończycy zaatakowali w 1941 roku – mówi.



„Czyli Twoi rodacy zgotowali piekło na Ziemi” – myślę sobie. Człowiek wygląda mi wyraźnie na Japończyka, przynajmniej w drugim pokoleniu, choć na O`ahu jest bardzo wielu Azjatów, większość z nich to imigranci z Japonii, którzy mieszkają tu zaledwie kilka lat. Odległość pomiędzy Hawajami a Japonią nie jest duża. Samolot z Tokio do Honolulu leci dziewięć godzin, w stronę powrotną natomiast siedem. Zastanawiam się, z jaką łatwością Japończyk mówi o jednej z najkrwawszych kart historii, „napisanej” przez jego przodków. Zupełnie tak, jakby Niemiec oprowadzał wycieczki po Auschwitz-Birkenau. Nawet, jeśli jego rodzina nie miała nic wspólnego z nazistami, to jednak jest to pewna historyczna niezręczność.

Pilot lekko pochylił helikopter i bierze ostry zakręt w prawo. Ziemia pod nami zwija się w rulon, przynajmniej w mojej „chorej” wyobraźni. Zapominam o historycznych niezręcznościach. Usiłuję zapanować nad sytuacją. Chwytam mojego syna za rękę. Odpycha ją. „Czyli jednak ma trochę przestrzeni koło siebie” – powoli się uspokajam.

Wokoło jest zielono. Lecimy tuż nad górami. Robię zdjęcia, żeby skoncentrować się na konkretnym zajęciu, nie myśleć o niebezpieczeństwie i o tym, że mnie mdli. Poskutkowało.

W dole widzimy autostradę. To Pali Hwy. Droga ta wiedzie do miejsca, które było świadkiem zdarzeń, stanowiących punkt zwrotny w historii Hawajów. To tam w 1795 roku król Kamehameha pokonał swojego rywala i w 1795 roku połączył wyspy w jedno państwo – królestwo Hawajów.

Ponownie żołądek podchodzi mi do gardła. Nagle skręcamy i widzimy pod nami soczyście zieloną równinę Kaneohe. Zieleń przechodzi gładko w błękit oceanu. Harmonijnie. Widok jest cudowny, nawet na chwilę zapominam, że jestem w helikopterze. Nagle po raz kolejny ostro skręcamy, czym nasz pilot wytrąca mnie z głębokiej zadumy. Odwracamy się plecami do równiny i widzimy na horyzoncie Honolulu.

Helikopter „nurkuje” w przestworzach i „zawisa” nad rzędem sosen, okalających Kailua Beach Park. Wedle naszego przewodnika jest to plaża, która stanowi świetną alternatywę dla plaż w kurortach. Jest urokliwa i prawie pusta. Faktycznie w dole widzimy mało punkcików, nie ma tam plażowiczów. Tutejsze sosny natomiast nazywają się ironwood – żelazne. Charakteryzują się twardym drewnem.

- Na prawo widzimy wysepki Molukua, a pod nami znajduje się plaża Lanikai, na której mogą sobie wypoczywać celebryci, nie nękani przez paparazzi. Proszę spojrzeć, jest ona schowana za rzędem nadmorskich willi. Plaża ta nie jest jednak prywatna, zresztą na Hawajach wszystkie plaże są publiczne. Takie mamy tu prawo.


Zawracamy w kierunku Diamond Head. W dole widać taflę oceanu, która w tym miejscu ma kolor zielony. Pod nią widoczne są brązowe skały, które przybrały kształt skorupy żółwia. Na jej powierzchni kłębią się białe „supełki bawełny”. To fale, które z góry wyglądają jak rozrzucona wata. Na lewo widać  szczyty gór, nad którymi zawisły nisko ciemne chmury. 


„Dotykają” one czubków wzgórz. Nie schodzą niżej, ale też nie odsłaniają nieba powyżej. Wlatujemy nad zielone stoki. Tutejsze góry porośnięte są gęsto roślinnością. Wyglądają jakby pokrywał je gęsty mech. Pomiędzy „omszałymi” zboczami widać białą kreseczkę. Gdy bliżej się przyglądam, widzę wodospad. Przepiękny, jeden z wielu na Hawajach.


Zbliżamy się do plaży Waikiki. Przed nami widać nasz hotel i Diamond Head. Oglądaliśmy wygasły wulkan z różnych stron: z plaży, hotelu, a teraz z oceanu. Piękną tęczę i zachód słońca. Krater porośnięty jest roślinnością, są w nim wytyczone ścieżki i widać zabudowania. 

Pilot wykonał manewr i wlatujemy nad ocean. Zmierzamy z powrotem w kierunku Pearl Harbor i heliportu.



Wysiadamy z helikoptera. Mama jakoś się trzyma, ale twarz wyraźnie ma w kolorze sino-zielonym. Niechętnie mówi o tym, jak jej było niedobrze w trakcie lotu. Jednak zdecydowanie gorzej podróżuje się w drugim rzędzie, zwłaszcza jeśli większość życia spędza się za kierownicą samochodu. Nie chcę jej mówić, że prawie już kupiłam bilety na godzinny lot. Ona po pół godzinie ma już dość tej atrakcji. Dziękuję Bogu, że coś mnie przed tym powstrzymało. Na pewno drugi raz nie wsiadłaby do żadnego helikoptera. 
_________________

Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które robiłam w trakcie podróży przez Londyn na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big Island i Maui. O tej podróży na Hawaje napisałam książkę, zatytułowaną "W drodze po szczęście. Zapiski z podróży", dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest też dostępny jeszcze jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla przygotowujących się do wyjazdu na Hawaje". 

Garść przydatnych informacji:


Lot helikopterem w naszym przypadku był w pakiecie z obiadem na statku o zachodzie słońca (Oahu Sky and Sea Combo: Helicopter Tour with Sunset Dinner Cruise or Atlantis Submarine Excursion). Od osoby zapłaciliśmy $253,11, łącznie za naszą trójkę $759,33. Transport z i do hotelu był wliczony w cenę. Ja akurat korzystałam ze strony www.viator.com, ale w Internecie jest wiele stron hawajskich, więc pewnie można znaleźć coś tańszego. 


Podaję przykładowe strony, które oferują loty helikopterem:




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz