Za oknem siąpi deszcz. Typowa angielska pogoda. Jesteśmy w hotelu. Wyglądam przez okno, londyński Greenwich w takiej aurze nie przypomina miejsca, które wielokrotnie odwiedzaliśmy. Przyjeżdżaliśmy tu, żeby zobaczyć południk zerowy i uniwersytet, żeby poleżeć na ogromnych trawnikach i poczytać książkę. W taką pogodę położenie się na trawie nie wchodzi w grę. Co tu robić? Należy poradzić się naszego przyjaciela Google. Bardzo szybko w Internecie znajdujemy ciekawe miejsce, którego wcześniej nie widzieliśmy – The Isle of Dogs. To dawna wyspa we wschodnim Londynie, która wraz z powstaniem doków stała się miejscem zamieszkania ich pracowników. Pierwszy dok powstał w 1696 r., a pierwszy tunel dla pieszych pod Tamizą w 1843 r. Zapotrzebowanie na przejścia podziemne dla dokerów było ogromne. Wybudowanie tuneli sprawiło, że dotarcie do pracy stawało się bardzo proste. Nie musieli oni zdawać się jedynie na żeglugę rzeczną.
Tunel (Greenwich Foot Tunnel), do którego musimy dotrzeć wybudowano w 1899 r. To może być ciekawa wycieczka, którą choć w części odbędziemy w zamkniętym suchym pomieszczeniu. W Londynie jest mało interesujących miejsc, których nie widzieliśmy, dlatego tak bardzo się cieszę, że natrafiliśmy na wyspę, na którą wcześniej nie zwróciliśmy uwagi.
Mama jest wyraźnie zadowolona. Będziemy mogli włożyć na siebie kupione przed wyjazdem płaszcze przeciwdeszczowe. Od 10 miesięcy organizowałam nasz wyjazd na Hawaje, który ma nastąpić za dwa dni. Chciałam nas przygotować bardzo porządnie. W końcu jedziemy tam sami, nie mamy wsparcia w żadnym biurze podróży. Musiałam dowiedzieć się w miarę możliwości jak najwięcej o miejscach, w których będziemy, żeby nie dać się zaskoczyć. Znajomi, którzy byli wcześniej na Hawajach powtarzali: „Na pewno bardzo Wam się spodoba. Zobaczycie tropiki, przeżyjecie burzę tropikalną. Pamiętajcie: tam deszcz zaczyna padać znienacka.” Ja te wszystkie uwagi skrzętnie notowałam i przekazywałam mamie, która była odpowiedzialna za przygotowanie ekwipunku. Pewnego dnia wróciła z zakupów i z dumą pokazała przeciwdeszczowe płaszcze koloru khaki, które można złożyć i schować do przyszytej do nich małej torebki. Bardzo fajne i poręczne. Płaszcze są długie do pół łydki, na tropikalną burzę w sam raz.
Mama nie kryje zadowolenia, że będziemy mogli wypróbować nowe płaszcze w angielskim deszczu. Musimy w nich wyglądać, jak pensjonariusze domu wariatów, bo po raz pierwszy bardzo delikatnie zwrócono nam uwagę już parę kroków od hotelu. Uliczny sprzedawca parasolek powiedział do mojego syna: „Nie potrzebujesz tego”, wskazując na płaszcz. Może faktycznie wystarczyłaby parasolka, ale my już mamy płaszcze. Dziękujemy.
Dotarliśmy wreszcie do wejścia, które prowadzi do tunelu dla pieszych pod Tamizą. Budynek, do którego należy wejść ma kształt rotundy. Zbudowany jest z czerwonej cegły ze szklaną kopułą. Idealnie „wtapia się” w otaczającą go architekturę. W środku znajdujemy windę, którą jedzie się ponad 15 metrów w dół. Winda jest obszerna z wygodnymi, wykładanymi obiciem ławkami, których widok przenosi nas w czasy dziewiętnastowiecznej Anglii. Piękna robota angielskich rzemieślników, a pomyśleć, że windę zrobiono z myślą o dokerach.
Jesteśmy na dole. Przed nami wejście do tunelu o długości 370 m i średnicy 3 m, wykonanego z lanego żelaza. Wygląda solidnie. Temperatura jest znacznie niższa niż na dworze. Wchodzimy. Po prawej stronie znak zakazu jazdy na rowerze. Przecież w Internecie znalazłam informację, że tunel ten jest częścią trasy rowerowej nr 1 w Wielkiej Brytanii, a nie można w nim jeździć? Niebywałe! Najwyraźniej mały chłopczyk jadący przed nami na dziecięcym rowerku nic sobie z tego zakazu nie robi. Spokojnie pokonuje odległość, zawzięcie pedałując. Po krótkim marszu docieramy do windy po drugiej stronie tunelu i wjechawszy nią na górę, wychodzimy na powierzchnię.
Ta część Wyspy Psów nazywa się Island Gardens, jest przepiękna, ale równie piękny jest stąd widok na Greenwich Hospital, Queen’s House oraz Królewskie Obserwatorium Astronomiczne.
Na chwilę wracamy do budynku. Musimy zajrzeć do Internetu, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o wyspie, na której się znajdujemy. To aż dziwne, że wcześniej jej nie zauważyliśmy, pomimo że wielokrotnie przepływaliśmy koło niej statkiem. Na zewnątrz mży deszcz. Trochę szkoda mi nowiuteńkiego tabletu, dlatego zaciągam moją rodzinę z powrotem do budynku w pobliże windy. Nie zważam na „O co chodzi?” mojego syna. Szukam w Internecie nazwy „The Isle of Dogs”.
The Isle of Dogs – o czym się zaraz przekonamy – z trzech stron: wschodniej, zachodniej i północnej otacza jedno z największych zakoli Tamizy. Z południa wyspa graniczy z South Dock (część starego West India Dock) i jest to jedyne miejsce, w którym wyspa jest połączona z lądem 40-metrowym kawałkiem gruntu. Pozostałe drogi na The Isle of Dogs prowadzą przez most i tunel.
The Isle of Dogs – Wyspa Psów – skąd ta dziwna nazwa? Co prawda na zewnątrz widzieliśmy pomnik psa, ale gdy bliżej podeszliśmy, okazało się, że jest to reklama Stowarzyszenia, które pomaga ludziom z zaburzeniami psychicznymi i uwrażliwia na kwestię zdrowia psychicznego. SANE Black Dog Campaign.
Okazuje się, że obecna Wyspa Psów – The Isle of Dogs być może jest zniekształconą nazwą Wyspy Kaczek – The Isle of Ducks. Skąd kaczki w nazwie? Mogły się one wziąć z obecności dzikiego ptactwa na bagnach, w których tonęła kiedyś wyspa.
Znajdujemy też kilka prawdopodobnych wyjaśnień nazwy „The Isle of Dogs”, które ukazały się w pracach XVII-wiecznego duchownego, historyka i biografa Johna Strype`a. Wedle jednej z nich nazwa Wyspa Psów jest nawiązaniem do „pieskiego życia” każdego, kto musiał tu mieszkać. W 1597 roku satyryk, prozaik i autor pierwszej powieści łotrzykowskiej Thomas Nashe oraz dramaturg, poeta i aktor Ben Jonson napisali wspólnie satyryczną sztukę, zatytułowaną właśnie „The Isle of Dogs”. Została ona wystawiona w tym samym roku, w lipcu bądź sierpniu przez trupę aktorską The Earl of Pembroke's Men w teatrze „Swan” (The Swan Theatre). Sztukę – jakbyśmy współcześnie powiedzieli – natychmiast zdjęto z afisza i żaden rękopis dramatu nie zachował się do dnia dzisiejszego. Nie wiadomo dokładnie, co mogło spowodować zakaz jej wystawiania. Niektóre źródła podają, że była ona obrazoburcza i zawierała oszczerstwa, prawdopodobnie wymierzone w Królową lub VIII Lorda Cobham. Smaku całej historii dodaje fakt, że trupa aktorska mogła działać dzięki hojności Henry`ego Herberta, II Hrabiego Pembroke, uwikłanego w intrygi dworskie za panowania królowej Elżbiety I.
The Earl of Pembroke's Men to nie była zwyczajna grupa. Niektórzy historycy uważają, że początki twórczości Williama Shakespeare`a z nią właśnie są związane. Ponoć w 1590 roku nie tylko dla niej tworzył, występował w niej także jako aktor. Akcje w trupie kosztowały – jak na owe czasy bardzo dużo – 80 funtów. Dla porównania: dom Shakespeare`a w Stratford-upon-Avon był zdecydowanie tańszy.
Spoglądam w kierunku wyjścia z budynku. Deszcz dalej mży, a ja surfuję po Internecie. Nazwa wyspy mogła się także wziąć stąd, że w XVII wieku po fatalnych powodziach wyspę osuszyli specjalnie w tym celu sprowadzeni holenderscy (Dutch) inżynierowie. W zachodniej części zbudowali oni tyle wiatraków, że do dziś znana jest jako Millwall (Mill – młyn, Wall – ściana).
Kolejnej informacji się nie spodziewałam, choć wiem dokładnie, jak krwawą historią może „pochwalić się” Londyn. Po tym, na co przed chwilą natrafiłam, stwierdzenie „Jeśli nie byliście na Isle of Dogs, wybierzcie się tam. Będzie to doskonałe uzupełnienie Waszego wypadu do Greenwich” wydaje się być szyderstwem. Niektórzy historycy bowiem uważają, że nazwa „The Isle of Dogs” ma związek z egzekucjami, wykonywanymi na mordercach, zabójcach i piratach. No to „pysznie” – myślę sobie. I tak, jak niegdyś Anglików zainteresowała prasa z „krwią na pierwszych stronach”, tak mnie wciągnęła informacja o zbrodniach i wymiarze sprawiedliwości.
Wysoki Sąd Admiralicji (The High Court of Admiralty) ustanowił król Edward III koło roku 1360. Do XVI wieku Sąd ten wymierzał sprawiedliwość w przypadku zbrodni, które zostały popełnione na morzu lub wzdłuż angielskiego wybrzeża, lecz poza granicami poszczególnych hrabstw. Jego jurysdykcji podlegały załogi angielskich statków kupieckich, spod jego jurysdykcji natomiast wyjęci byli marynarze Royal Naval. Jako sąd karny funkcjonował przez blisko 500 lat, aż do 1834 roku, kiedy to jego rolę przejął Central Criminal Court. Jednakże Wysoki Sąd Admiralicji nadal działał. Zajął się sprawami, dotyczącymi żeglugi i wypadków. Na mocy Aktów Sądownictwa (The Judicature Acts) z 1873 i 1875 roku wszystkie sądy Anglii zostały scalone w jeden Najwyższy Trybunał Sprawiedliwości (the High Court of Justice).
Jako sąd karny The High Court of Admiralty zajmował się przypadkami takimi, jak: zabójstwa na morzu, przemyt, bunt i piractwo oraz skazanymi na śmierć przez powieszenie. Najczęstszym miejscem egzekucji było Execution Dock – dok, który znajdował się pomiędzy Wapping Old Stairs i Wapping Dock Stairs we wschodnim Londynie. Głównie stały w nim szubienice, które wznoszono nad brzegiem w czasie odpływu. W ogóle egzekucje planowano zgodnie z pływami morskimi. Skazańców przywożono z więzienia Marshalsea w Southwark przez most London Bridge obok Tower of London i dalej do Execution Dock. Niektórych więźniów przetrzymywano w więzieniu Newgate, z którego następnie byli transportowani przez Cornhill, Whitechapel Road i Commercial Road do Wapping. Tę istną procesję prowadził Marszałek na koniu (lub jego zastępca), dzierżąc w dłoni srebrne wiosło, symbol władzy Admiralicji. Więzień jechał wozem razem z kapelanem i katem. Tłumy gapiów, by lepiej widzieć gromadziły się na nabrzeżu lub w wynajętych łodziach zacumowanych na Tamizie. Więźniów wieszano w ten sam sposób, jak na kontynencie, później zaczęto używać szubienic z zapadnią (“New Drop” gallows). Po egzekucji ciała przykuwano do pala nisko nad wodą i zostawiano je dopóki nie zmyły ich trzy wysokie fale. Na przełomie XVIII i XIX wieku praktyka ta zanikła. W szczególnych wypadkach sąd mógł zarządzić wystawienie ciała na widok publiczny. Pokrywano je wtedy smołą i wystawiano w dole rzeki Tamizy – właśnie na The Isle of Dogs, a także w Bugsby's Hole albo Reach w pobliżu Blackwall. Miało to być ostrzeżenie dla przepływających tamtędy żeglarzy. Źródła potwierdzają, że między 1735 i 1830 rokiem w Execution Dock wykonano 78 egzekucji.
Historia, którą udało mi się znaleźć w Internecie była tak samo ponura, jak pogoda na zewnątrz. Znajdujemy się dokładnie w miejscu, w którym kiedyś stały szubienice. Stąd też jest przepiękny widok na Greenwich. Ot, taki paradoks.
Studiujemy dalej pochodzenie nazwy The Isle of Dogs. Jeśli dość macie egzekucji, szubienic i wystawiania martwych ciał na widok publiczny, to może „ucieszy” Was wytłumaczenie, jakoby wyspa wzięła swoją nazwę od ciał martwych psów, które rzeka często wyrzucała w tym miejscu na brzeg. Mój syn nie wytrzymał: „Dość mam tej makabry. Wychodzę.” I wyszedł na dwór, stawiając kroki na ziemi, w którą wsiąkły hektolitry ludzkiej krwi.
Znalazłam jeszcze inne wytłumaczenia pochodzenia nazwy The Isle of Dogs, ale nie są one tak „porywające”, jak poprzednie. Wedle jednego z nich król Henryk VIII trzymał jelenie w Greenwich Park, a psy myśliwskie w opuszczonych budynkach gospodarczych na The Isle of Dogs. Wedle innego współczesna nazwa wyspy jest zmienioną formą nazwy the Isle of Dykes, tylko nie wiem, czy nazwa ta ma związek z rodziną van Dyke`a, czy raczej pochodzi od slangowego rzeczownika „dyke – lesbijka” i oznacza miejsce zgromadzeń przedstawicielek tej orientacji seksualnej. Niczym grecka wyspa Lesbos na Morzu Egejskim.
Londyn jest tak samo piękny, jak i makabryczny. Szczególnie centrum Londynu nie raz było świadkiem krwawej historii. Wychodzimy na dwór, by poszukać śladów obecności w tym miejscu szubienic.
Wciąż tkwimy w naszych płaszczach przeciwdeszczowych. Przeszliśmy wzdłuż Tamizy przez osiedle apartamentów, wybudowanych z czerwonej cegły. Island Gardens to ogrody nie tylko z nazwy. Tu rośliny i kwiaty są wszędzie, pięknie zdobią domy. Nie widać śladów krwawej historii. Z osiedla wychodzimy na pustą ulicę, na której jest tylko jedna osoba. Kobieta, siedząca na ławce.
„Dlaczego jesteście tak ubrani?”
Szlag mnie trafił. Co to kogo obchodzi, dlaczego mamy na sobie te śmieszne płaszcze? Mam ochotę zapytać: „A co to Panią obchodzi? To nie jest Pani sprawa?”. Zamiast tego mówię: „A nie widzi Pani, że pada deszcz?”. Kobieta ze zdumieniem podnosi wzrok do góry, po czym spogląda na nas jak na wariatów. Za rogiem zdejmuję płaszcz. Mam dość bycia wytykaną palcami przez ludzi, jakbym była przybyszem z kosmosu. Ciekawe, czy te płaszcze przydadzą nam się na Hawajach? Zaczynam w to wątpić.
_______________
Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które robiłam w trakcie podróży przez Londyn na trzy hawajskie wyspy: Oahu, Big Island i Maui. O tej naszej rodzinnej wyprawie napisałam książkę, zatytułowaną "W drodze po szczęście. Zapiski z podróży", dostępną na www.wydaje.pl. Tam też można dostać jeszcze jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla przygotowujących się do wyjazdu na Hawaje".

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz