Zjechaliśmy
z promu bez większych problemów, ale jeśli ktoś mi powie, że prowadzenie za
miastem jest łatwiejsze, to go wyśmieję. Widoki za oknem są cudowne, ale nie
mogę ich podziwiać, bo co chwilę przejeżdżamy przez wąwozy. Są przepiękne i
straszne zarazem. Mają to do siebie, że zwężają się w środku, a przy wjeździe i
wyjeździe też nie są zbyt szerokie. Po prostu bardzo wąskie. Na całe szczęście
Justyna siedzi obok mnie i pilotuje. Za mną siedzi Michał, który – jak typowy
back seat driver – wie lepiej, jak powinnam prowadzić samochód. Jego zdaniem,
wszystko robię nie tak, jak należy. Nie życzę mu źle, ale mógłby spróbować
usiąść za kierownicą. Ciekawe, jak by wtedy „śpiewał”. Mam wrażenie, że cały
czas jestem o włos od zderzenia z pojazdami jadącymi z naprzeciwka. Jest to
bardzo głupie uczucie.
Przypominają
mi sceny z dwóch filmów: „Holiday” i „Scoop – Gorący Temat”. W pierwszym
Cameron Diaz gra Amerykankę, która zamienia się na domy z Angielką, którą z
kolei gra Kate Winslet. Ku swojemu ogromnemu zdziwieniu „ląduje” w Surrey,
uroczym miasteczku pod Londynem. Dom jest cudny, ale sto razy mniejszy od jej
posiadłości w Los Angeles. Dziewczyny zamieniają się na wszystko, a zatem
Amerykance przypada w udziale pies i bardzo mały samochód, którym jedzie do
sklepu. Jej reakcje, jej strach, że za chwilę inny samochód ją rozwali i mnie
teraz towarzyszy. Czuję się, jak Amanda Woods, choć urodą nie dorównuję Cameron
Diaz. Że też zawsze muszę dostawać najgorsze role J.
Drugi
film to „Scoop – Gorący temat” z Woodym Allenem, który gra Sida Watermana. No,
w tym przypadku finał jest tragiczny. Amerykanin w Smarcie na angielskiej
wąskiej dróżce. Zakończyło się to śmiertelnym wypadkiem. Staram się o tym nie
myśleć, ale wciąż pojazdy jadą wprost na mnie. Chcąc uniknąć zderzenia, przysuwam
się do ściany wąwozu, który porośnięty jest żywopłotem. Słyszymy, jak gałęzie
skrobią lakier z lewej strony. Justa wydaje tylko komendy: „Do prawej”. Michał
krzyczy: „No, nie, znów???”, a ja za chwilę oszaleję. Modlę się, żeby już w
końcu znaleźć miejscowość, zaparkować i nie ruszać się stamtąd przez tydzień.
Chyba będę zwiedzać na piechotę. A jak znajdę w końcu ten wynajęty przez nas
dom, to upiję się w nim albo w pubie. W zasadzie to nie ma znaczenia gdzie,
byle tylko „wyłączyć” myślenie.
Wjechaliśmy
do jakiejś miejscowości. Nawigacja pokazuje, że jesteśmy w Kingsand, czyli u
celu podróży. Tylko dlaczego tabliczka pokazuje nazwę Cawsand?
No,
nie!!! Gorzej być nie mogło i to na koniec podróży, kiedy myślałam już tylko o
alkoholu. Wjechałam w tak ciasne miejsce, że nie wiem, jak stąd wyjadę.
Wysiadam, musimy zapytać, gdzie jest to tajemnicze Kingsand.
Okazuje
się, że Cawsand i Kingsand to bliźniacze miasta trochę, jak Trójmiasto, tyle że
zabrakło trzeciej miejscowości do kompletu. Ale jest tu uroczo! Śliczne widoki
i wąziutkie – a jakże! – uliczki.
Wsiadam
i nie mogę wykręcić. Nerwy mam na wyczerpaniu. Teraz jedziemy wąską ulicą i mam
do wyboru: albo przywalić w donicę, którą jakiś wariat wystawił przed dom, albo
„skosić” schodki. Ulica jest tak wąska, że ręką dotykamy ściany budynku. No,
słabo to widzę, te nasze codzienne wycieczki. A przecież nie przyjechaliśmy tu,
żeby siedzieć i nigdzie się nie ruszać.
Skręciłam
pod wskazany adres i wjechałam na uliczkę, która – dla „ułatwienia” – cały czas
opada ku zatoce.
Justyna
zobaczyła, że nie będę w stanie zaparkować na tym spadku. Co więcej w prawie
nowym Oplu hamulec ręczny nie „trzyma” zbyt dobrze. Przesiadła się, musi
zaparkować bardzo blisko ściany budynku, bo w zasadzie tu nie ma miejsca parkingowego,
a nie ułatwia nam sprawy fakt, że ktoś zaparkował łódkę. Staram się jej pomóc,
pokazując na migi, ile miejsca jeszcze zostało i nagle samochód
"skacze" do przodu i "ląduje" na ścianie budynku,
równocześnie waląc w łódkę. Justa biedna, bezradna wobec techniki, zastosowanej
przez producenta samochodu, którym przyjechałyśmy, ja niemal dostaję zawału. Co
prawda wykupiłam pełne ubezpieczenie, ale mam przeczucie, że umowa kryje jakieś
zapisy, sporządzone drobnym drukiem i może okazać się, że będziemy jednak
musiały zapłacić za szkodę.
Spod
ziemi wyrośli właściciele łódki. Dosłownie „spod ziemi” – wyszli z krypty. Dom,
który wynajęłyśmy to bliźniak, ale mieszkania nie są obok siebie, tylko jedno
pod drugim. Nasze mieszkanie nazywa się „Kaplica”, a ich mieszkanie – „Krypta”.
Mam mętlik w głowie. Z jednej strony działa adrenalina, z drugiej ogarnia mnie
czarna rozpacz, bo nie widzimy, jak wygląda karoseria z prawej strony
samochodu, który dotyka ściany budynku.






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz