Jedziemy
wzdłuż północnego wybrzeża Dużej Wyspy. Z mapy wynika, że musimy jechać prosto
drogą Hwy 19 do miejscowości Honoka`a, a następnie zjechać na południe trasą
Hwy 190 przez miasta Waimea, Hualai aż do Kailua-Kona. Po drodze mamy ochotę
zatrzymać się w dwóch punktach widokowych. Kończy nam się benzyna. Przy okazji
zapytam o drogę, choć – oczywiście – punkt widokowy ma swój kod pocztowy, więc
nawigacja zaprowadzi nas do celu.
- Pojedźcie trzy mile i skręćcie w trzeci zjazd
w lewo. I – Boże broń! – nie kierujcie się drogowskazami, bo nie traficie.
Jedziemy.
Odliczamy trzy mile i jest – zjazd ... donikąd.
-
Ta droga prowadzi w pole – mówi mój zaskoczony syn.
Całe
szczęście, że był ze mną w sklepie i słyszał, jak kasjerka wskazywała drogę.
Nie może mi wytknąć, że czegoś nie zrozumiałam.
Jedziemy
dalej, ale to nie ma sensu. Trzeba cofnąć się do tego miejsca i zobaczyć, czy
jednak nie dojedziemy na miejsce.
Ponowna
próba kończy się niepowodzeniem. OK, nastawię jednak nawigację. Nagle zrobiło
się ciemno. Jeszcze przed chwilą świeciło słońce, a w jednej sekundzie
nadciągnęły czarne chmury i ledwo widać.
Nawigacja
prowadzi nas w jakieś dziwne miejsca. Zaczynam się wycofywać do głównej drogi,
bo zarówno aura, jak i brak jakichkolwiek szans na dojechanie do celu bardzo
źle na mnie wpływa.
Zerwał
się wiatr. Bardzo silny wiatr. Jesteśmy ponownie na drodze Hwy 19.
-
Myślę, że w taką pogodę nie ma mowy o jakimkolwiek odwiedzaniu punktów
widokowych. Nastawię nawigację na adres tego mieszkania Debry.
Debra
to właścicielka apartamentu w Kailua-Kona. Mieszka poza Hawajami, w Monterey, w
Kalifornii. Przyjeżdża do swojego hawajskiego mieszkania dwa razy w roku, a
przez pozostały czas liczy dni do powrotu na Dużą Wyspę. Miałam z nią kontakt
mailowy i nie zobaczę jej. Dostałam kod do lockboxa
– skrytki, która zawieszona jest koło drzwi wejściowych. Z niej wyjmę
klucz, którym otworzę drzwi. Następnie schowam go z powrotem, bo dwa komplety
podobno leżą na stoliku w przedpokoju. Zmienię na czas naszego pobytu kod, żeby
nikt nie mógł wejść do środka. Wyjeżdżając, ponownie zmienimy kod na ten, który
dostaliśmy w korespondencji, by mogła do domu wejść m.in. sprzątaczka.
Zauważyłam,
że Amerykanie lubią inwestować na Hawajach w domy pod wynajem. Cała logistyka
jest tak ułożona, że oni nawet przez całe lata nie muszą się tu pokazywać ani
razu. Dostałam ośmiostronicowy dokument, będący instrukcją korzystania z
apartamentu. Napisany został przez concierge`a, który codziennie będzie do
naszej dyspozycji. Concierge? To dziwne, ale chyba na zdjęciach budynek
wyglądał jak blok. To skąd concierge w bloku?
Na
ośmiu stronach serdeczne powitanie, dużo informacji, mapki tej części Dużej
Wyspy, dokładna instrukcja, jakie kroki wykonać przed wyjazdem i życzenia
bezpiecznej podróży. Kilka zasad korzystania z mieszkania, tu nazywanego condo, szczególnie przypada mi do gustu.
Oto
one:
-
w condo, ani w jego pobliżu nie wolno
palić (żadne z nas nie pali)
-
prosimy o poszanowanie hawajskiego zwyczaju zdejmowania butów przy wejściu do
mieszkania (to zupełnie, jak w Volcano Village)
-
administracja osiedla nie zezwala na wieszanie ręczników i ubrań na barierkach
tarasu (administracja mogłaby wyemigrować np. do Hiszpanii i tam zaprowadzić
porządek)
-
sprzęty plażowe i basenowe trzymajcie w schowku na tarasie (to nawet wygodne,
dobrze, że jest taki schowek)
-
prosimy o zamykanie drzwi i okien za każdym razem, kiedy włączona jest
klimatyzacja (no to akurat tak, jak wszędzie, klimatyzacja działa wtedy, kiedy
nie leci do wnętrza ciepłe powietrze)
-
prosimy wyłączać klimatyzację za każdym razem, kiedy wyjdziecie na dłużej niż
godzinę (jeśli wyjdziemy na chwilę, a zejdzie się nam dłużej, to trzeba sobie w
telefonie ustawić przypomnienie :)
-
elektryczność to najdroższe źródło energii na Hawajach. Mahalo! (Dziękujemy)
-
insekty są częścią tropików i czasami można je znaleźć nawet w najczystszych i
najlepszych miejscach. Nasze condo
jest zadbane, aczkolwiek może się zdarzyć, że zobaczycie mrówkę lub innego
insekta. (Wow!!! Zobaczymy wreszcie jakieś robaki. A już myślałam, że
Amerykanie wytłukli wszystkie insekty co do jednego odnóża.)
-
zapobieganie jest najważniejsze:
Nie
zostawiajcie jedzenia na wierzchu i utrzymujcie blaty w czystości. Używajcie
plastikowych worków w koszu na śmieci i opróżniajcie je codziennie. Co wieczór
wyrzucajcie śmieci do zewnętrznego śmietnika. Zadzwońcie do mnie, jeśli
zauważycie coś niepokojącego.
Moskitierę
należy zamykać za każdym razem, kiedy wychodzicie na taras i wracacie z niego.
To
w największym skrócie oddaje charakter instrukcji obsługi mieszkania Debry.
Jednak kontakt mailowy był z nią bardzo fajny, więc może jednak nie oszalejemy.
W
dalszym ciągu jest ciemno, wieje silny wiatr, zbiera się na burzę. Do tej pory
w miasteczku w górach nie zdawałam sobie sprawy z tego, że jesteśmy na terenie
narażonym na tsunami. To, co dzieje się na zewnątrz nie przypomina zwykłej
letniej burzy. Tu dzieje się coś poważniejszego. Zaczynam się bać, ale nie
mówię nic mojej rodzinie. I tak by uznali, że panikuję. I nagle dostaję po
oczach. Właśnie z terenu zachmurzonego, gdzie wiatr targa nami jakbyśmy siedzieli
w samochodziku ze sklepu modelarskiego wjeżdżamy na teren, skąpany w słońcu,
który przypomina prerię. Ziemia jest tu popękana od promieni słonecznych,
roślinność zasuszona na wiór. I ostrzeżenia: "Strefa wysokiego ryzyka.
Groźba pożaru". Słońce świeci jak szalone, a my mkniemy, chcąc jak
najszybciej wydostać się z tego "piekła na Ziemi". Moje nerwy są już
na wykończeniu. Najpierw wizja tsunami, a teraz pożaru na ogromnej pustej
przestrzeni. Przecież jakby ktoś wzniecił pożar w terenie, gdzie rośnie mnóstwo
wysuszonych krzaków, to pożar ten momentalnie by się rozprzestrzenił. Nie mogę
za szybko jechać. Tu na Hawajach na tzw. highwayu można jechać między 30 (48
km) a 55 (88 km) mil na godzinę.
Jedziemy
na południe wyspy Hwy 190. I nagle z terenu, gdzie ziemia sucha jest jak pieprz
wjeżdżamy na teren, gdzie trawa jest soczyście zielona, na jej tle czerwienią
się kwiaty, a przy drodze rosną wysokie palmy, które dają cień. I co
najważniejsze: tu zaczyna się Kailua-Kona. Jesteśmy prawie na miejscu. Nawigacja
każe nam skręcić w lewo, a po paru-dziesięciu metrach w prawo. Jesteśmy w
dzielnicy willowej. Chyba coś z tą nawigacją jest nie tak. My chyba mamy
wynajęte mieszkanie w jakimś bloku.
Dojeżdżamy
do bramy, prowadzącej do bardzo zadbanego osiedla, na którym pomiędzy
jednopiętrowymi apartamentowcami rośnie piękna roślinność. Widać baseny, korty
tenisowe, boiska do siatkówki.
-
Chyba się pomyliłaś – odzywa się Michał – Trafiliśmy pod zły adres. Mówiłaś o
bloku, więc tu powinno być amerykańskie badziewie, slams, a nie tak wytworne
osiedle.
Podjeżdżamy
do bramy.
-
Dzień dobry. My jesteśmy od Brendy. Numer Condo 2140.
Parkingowy
pokazuje, że możemy wjeżdżać.
-
Coś Ty mu powiedziała? – moje dziecko jest przerażone – Jaka Brenda?
-
A ja mu podałam imię Brenda? – chyba jestem zmęczona.
-
Tak. Nie dość, że imię się nie zgadza, to jeszcze na bank wjechaliśmy na obce
osiedle. Zaraz będzie afera. Nie wiem, na jakiej podstawie ten człowiek Cię
wpuścił. Chyba tylko dlatego, że nie wyglądasz na złodziejkę.
A
może to jednak jest właściwy adres.
-
Michałku, spróbujemy otworzyć drzwi apartamentu o tym numerze, który jest w
papierach. Jeśli się otworzą, to będzie znaczyło, że jesteśmy na miejscu.
Gdybyśmy
mieli papiery na wierzchu, to przy wjeździe była nazwa osiedla. Moglibyśmy
sprawdzić. A tak zdajemy się na to, co życie nam przyniesie.
-
Tu jest miejsce parkingowe, chyba z numerem mieszkania. Pewnie do zajęcia przez
nas – mama, jak zwykle, jest najbardziej opanowana.
-
Gdzie jest to hasło do lockboxa? – mój syn już nie jest tak bojaźliwy. Chyba
chce, żeby się jednak okazało, że to tu właśnie wynajęliśmy nasz apartament –
Widziałyście, ile tu basenów. Mam nadzieję, że lockbox się otworzy i że
będziemy mogli tu zostać.
Chce
mi się z niego śmiać. Gdyby od razu było wiadomo, dokąd jedziemy i czego możemy
spodziewać się na miejscu, na pewno by marudził, że mogłam włożyć więcej starań
w znalezienie nam odpowiedniego lokum. A tak tylko stwierdził, że przenosimy
się do amerykańskiego „syfu” i ... oto miłe rozczarowanie :).
-
Dobrze, zadziała, czy nie zadziała? – pyta, stojąc przy lockboxie – Sezamie,
otwórz się – odczynia jakieś czary.
-
Michałku, przestań się wygłupiać, bo jak kilka razy wciśniesz zły kod, to nie
otworzymy drzwi – babcia jest wyjątkowo skrupulatna, jeśli chodzi o
elektronikę.
-
Proszę Pani, chciałem Pani dać pakiet powitalny. Tak szybko Pani jechała, że
nie mogłem nadążyć Meleksem – pracownik administracji wręczył mi ulotkę ze
wszelkimi potrzebnymi informacjami. Kolejna do kompletu 8-stronicowym dokumentem.
Podziękowałam.
Wracam do drzwi.
-
I jak z tym hasłem? – pytam zaniepokojona.
-
To jest właściwe osiedle. On już jest w środku – odpowiada mama.
-
Tu jest ślicznie. Wejdźcie szybko na górę. Jaki piękny widok na ocean! - moje
dziecko skacze, jak wtedy gdy miało kilka lat. Mogę odetchnąć pełną piersią.
Kolejny dobry "strzał" w te wakacje.