niedziela, 24 maja 2015

Zapiski z podróży na Hawaje - Sezamie, otwórz się!

Jedziemy wzdłuż północnego wybrzeża Dużej Wyspy. Z mapy wynika, że musimy jechać prosto drogą Hwy 19 do miejscowości Honoka`a, a następnie zjechać na południe trasą Hwy 190 przez miasta Waimea, Hualai aż do Kailua-Kona. Po drodze mamy ochotę zatrzymać się w dwóch punktach widokowych. Kończy nam się benzyna. Przy okazji zapytam o drogę, choć – oczywiście – punkt widokowy ma swój kod pocztowy, więc nawigacja zaprowadzi nas do celu.

-  Pojedźcie trzy mile i skręćcie w trzeci zjazd w lewo. I – Boże broń! – nie kierujcie się drogowskazami, bo nie traficie.

Jedziemy. Odliczamy trzy mile i jest – zjazd ... donikąd.

- Ta droga prowadzi w pole – mówi mój zaskoczony syn.

Całe szczęście, że był ze mną w sklepie i słyszał, jak kasjerka wskazywała drogę. Nie może mi wytknąć, że czegoś nie zrozumiałam.

Jedziemy dalej, ale to nie ma sensu. Trzeba cofnąć się do tego miejsca i zobaczyć, czy jednak nie dojedziemy na miejsce.

Ponowna próba kończy się niepowodzeniem. OK, nastawię jednak nawigację. Nagle zrobiło się ciemno. Jeszcze przed chwilą świeciło słońce, a w jednej sekundzie nadciągnęły czarne chmury i ledwo widać.

Nawigacja prowadzi nas w jakieś dziwne miejsca. Zaczynam się wycofywać do głównej drogi, bo zarówno aura, jak i brak jakichkolwiek szans na dojechanie do celu bardzo źle na mnie wpływa.

Zerwał się wiatr. Bardzo silny wiatr. Jesteśmy ponownie na drodze Hwy 19.

- Myślę, że w taką pogodę nie ma mowy o jakimkolwiek odwiedzaniu punktów widokowych. Nastawię nawigację na adres tego mieszkania Debry.

Debra to właścicielka apartamentu w Kailua-Kona. Mieszka poza Hawajami, w Monterey, w Kalifornii. Przyjeżdża do swojego hawajskiego mieszkania dwa razy w roku, a przez pozostały czas liczy dni do powrotu na Dużą Wyspę. Miałam z nią kontakt mailowy i nie zobaczę jej. Dostałam kod do lockboxa – skrytki, która zawieszona jest koło drzwi wejściowych. Z niej wyjmę klucz, którym otworzę drzwi. Następnie schowam go z powrotem, bo dwa komplety podobno leżą na stoliku w przedpokoju. Zmienię na czas naszego pobytu kod, żeby nikt nie mógł wejść do środka. Wyjeżdżając, ponownie zmienimy kod na ten, który dostaliśmy w korespondencji, by mogła do domu wejść m.in. sprzątaczka.

Zauważyłam, że Amerykanie lubią inwestować na Hawajach w domy pod wynajem. Cała logistyka jest tak ułożona, że oni nawet przez całe lata nie muszą się tu pokazywać ani razu. Dostałam ośmiostronicowy dokument, będący instrukcją korzystania z apartamentu. Napisany został przez concierge`a, który codziennie będzie do naszej dyspozycji. Concierge? To dziwne, ale chyba na zdjęciach budynek wyglądał jak blok. To skąd concierge w bloku?

Na ośmiu stronach serdeczne powitanie, dużo informacji, mapki tej części Dużej Wyspy, dokładna instrukcja, jakie kroki wykonać przed wyjazdem i życzenia bezpiecznej podróży. Kilka zasad korzystania z mieszkania, tu nazywanego condo, szczególnie przypada mi do gustu.

Oto one:

- w condo, ani w jego pobliżu nie wolno palić (żadne z nas nie pali)

- prosimy o poszanowanie hawajskiego zwyczaju zdejmowania butów przy wejściu do mieszkania (to zupełnie, jak w Volcano Village)

- administracja osiedla nie zezwala na wieszanie ręczników i ubrań na barierkach tarasu (administracja mogłaby wyemigrować np. do Hiszpanii i tam zaprowadzić porządek)

- sprzęty plażowe i basenowe trzymajcie w schowku na tarasie (to nawet wygodne, dobrze, że jest taki schowek)

- prosimy o zamykanie drzwi i okien za każdym razem, kiedy włączona jest klimatyzacja (no to akurat tak, jak wszędzie, klimatyzacja działa wtedy, kiedy nie leci do wnętrza ciepłe powietrze)

- prosimy wyłączać klimatyzację za każdym razem, kiedy wyjdziecie na dłużej niż godzinę (jeśli wyjdziemy na chwilę, a zejdzie się nam dłużej, to trzeba sobie w telefonie ustawić przypomnienie :) 

- elektryczność to najdroższe źródło energii na Hawajach. Mahalo! (Dziękujemy)

- insekty są częścią tropików i czasami można je znaleźć nawet w najczystszych i najlepszych miejscach. Nasze condo jest zadbane, aczkolwiek może się zdarzyć, że zobaczycie mrówkę lub innego insekta. (Wow!!! Zobaczymy wreszcie jakieś robaki. A już myślałam, że Amerykanie wytłukli wszystkie insekty co do jednego odnóża.)

- zapobieganie jest najważniejsze:

Nie zostawiajcie jedzenia na wierzchu i utrzymujcie blaty w czystości. Używajcie plastikowych worków w koszu na śmieci i opróżniajcie je codziennie. Co wieczór wyrzucajcie śmieci do zewnętrznego śmietnika. Zadzwońcie do mnie, jeśli zauważycie coś niepokojącego. 

Moskitierę należy zamykać za każdym razem, kiedy wychodzicie na taras i wracacie z niego.

To w największym skrócie oddaje charakter instrukcji obsługi mieszkania Debry. Jednak kontakt mailowy był z nią bardzo fajny, więc może jednak nie oszalejemy.

W dalszym ciągu jest ciemno, wieje silny wiatr, zbiera się na burzę. Do tej pory w miasteczku w górach nie zdawałam sobie sprawy z tego, że jesteśmy na terenie narażonym na tsunami. To, co dzieje się na zewnątrz nie przypomina zwykłej letniej burzy. Tu dzieje się coś poważniejszego. Zaczynam się bać, ale nie mówię nic mojej rodzinie. I tak by uznali, że panikuję. I nagle dostaję po oczach. Właśnie z terenu zachmurzonego, gdzie wiatr targa nami jakbyśmy siedzieli w samochodziku ze sklepu modelarskiego wjeżdżamy na teren, skąpany w słońcu, który przypomina prerię. Ziemia jest tu popękana od promieni słonecznych, roślinność zasuszona na wiór. I ostrzeżenia: "Strefa wysokiego ryzyka. Groźba pożaru". Słońce świeci jak szalone, a my mkniemy, chcąc jak najszybciej wydostać się z tego "piekła na Ziemi". Moje nerwy są już na wykończeniu. Najpierw wizja tsunami, a teraz pożaru na ogromnej pustej przestrzeni. Przecież jakby ktoś wzniecił pożar w terenie, gdzie rośnie mnóstwo wysuszonych krzaków, to pożar ten momentalnie by się rozprzestrzenił. Nie mogę za szybko jechać. Tu na Hawajach na tzw. highwayu można jechać między 30 (48 km) a 55 (88 km) mil na godzinę.  

Jedziemy na południe wyspy Hwy 190. I nagle z terenu, gdzie ziemia sucha jest jak pieprz wjeżdżamy na teren, gdzie trawa jest soczyście zielona, na jej tle czerwienią się kwiaty, a przy drodze rosną wysokie palmy, które dają cień. I co najważniejsze: tu zaczyna się Kailua-Kona. Jesteśmy prawie na miejscu. Nawigacja każe nam skręcić w lewo, a po paru-dziesięciu metrach w prawo. Jesteśmy w dzielnicy willowej. Chyba coś z tą nawigacją jest nie tak. My chyba mamy wynajęte mieszkanie w jakimś bloku.

Dojeżdżamy do bramy, prowadzącej do bardzo zadbanego osiedla, na którym pomiędzy jednopiętrowymi apartamentowcami rośnie piękna roślinność. Widać baseny, korty tenisowe, boiska do siatkówki.

- Chyba się pomyliłaś – odzywa się Michał – Trafiliśmy pod zły adres. Mówiłaś o bloku, więc tu powinno być amerykańskie badziewie, slams, a nie tak wytworne osiedle.

Podjeżdżamy do bramy.

- Dzień dobry. My jesteśmy od Brendy. Numer Condo 2140.

Parkingowy pokazuje, że możemy wjeżdżać.

- Coś Ty mu powiedziała? – moje dziecko jest przerażone – Jaka Brenda?

- A ja mu podałam imię Brenda? – chyba jestem zmęczona.

- Tak. Nie dość, że imię się nie zgadza, to jeszcze na bank wjechaliśmy na obce osiedle. Zaraz będzie afera. Nie wiem, na jakiej podstawie ten człowiek Cię wpuścił. Chyba tylko dlatego, że nie wyglądasz na złodziejkę.

A może to jednak jest właściwy adres.

- Michałku, spróbujemy otworzyć drzwi apartamentu o tym numerze, który jest w papierach. Jeśli się otworzą, to będzie znaczyło, że jesteśmy na miejscu.

Gdybyśmy mieli papiery na wierzchu, to przy wjeździe była nazwa osiedla. Moglibyśmy sprawdzić. A tak zdajemy się na to, co życie nam przyniesie.

- Tu jest miejsce parkingowe, chyba z numerem mieszkania. Pewnie do zajęcia przez nas – mama, jak zwykle, jest najbardziej opanowana.

- Gdzie jest to hasło do lockboxa? – mój syn już nie jest tak bojaźliwy. Chyba chce, żeby się jednak okazało, że to tu właśnie wynajęliśmy nasz apartament – Widziałyście, ile tu basenów. Mam nadzieję, że lockbox się otworzy i że będziemy mogli tu zostać.

Chce mi się z niego śmiać. Gdyby od razu było wiadomo, dokąd jedziemy i czego możemy spodziewać się na miejscu, na pewno by marudził, że mogłam włożyć więcej starań w znalezienie nam odpowiedniego lokum. A tak tylko stwierdził, że przenosimy się do amerykańskiego „syfu” i ... oto miłe rozczarowanie :).

- Dobrze, zadziała, czy nie zadziała? – pyta, stojąc przy lockboxie – Sezamie, otwórz się – odczynia jakieś czary.

- Michałku, przestań się wygłupiać, bo jak kilka razy wciśniesz zły kod, to nie otworzymy drzwi – babcia jest wyjątkowo skrupulatna, jeśli chodzi o elektronikę.

- Proszę Pani, chciałem Pani dać pakiet powitalny. Tak szybko Pani jechała, że nie mogłem nadążyć Meleksem – pracownik administracji wręczył mi ulotkę ze wszelkimi potrzebnymi informacjami. Kolejna do kompletu 8-stronicowym dokumentem.

Podziękowałam. Wracam do drzwi.

- I jak z tym hasłem? – pytam zaniepokojona.

- To jest właściwe osiedle. On już jest w środku – odpowiada mama.

- Tu jest ślicznie. Wejdźcie szybko na górę. Jaki piękny widok na ocean! - moje dziecko skacze, jak wtedy gdy miało kilka lat. Mogę odetchnąć pełną piersią. Kolejny dobry "strzał" w te wakacje.  







piątek, 22 maja 2015

Zapiski z podróży na Hawaje - Jak dłużej posiedzę na Hawajach, to stanę się „oazą szczęścia i spokoju”.

Opuszczamy dom. Bardzo mi szkoda stąd wyjeżdżać. Tu jest pięknie, a niewiadomo, co zastaniemy na miejscu, w Kailua-Kona. Czasami zdjęcia w Internecie nie oddają rzeczywistego stanu wynajmowanego mieszkania.

Ostatnie sprawdzenie, czy nie zostawiliśmy czegoś w środku i już zatrzaskuję drzwi. Nie zostawię otwartych, jak Gail i Robert.

- Tu na pewno ktoś był. Ten mop stał w innym miejscu – mama ma pamięć fotograficzną. Jest montażystką filmową i potrafi w najdrobniejszych szczegółach odtworzyć obraz. Ja jej wierzę, że mop stał w innym miejscu, ale przecież sam nie pokonał tych kilku metrów. Ktoś tu musiał być, a nie było nikogo słychać.

- Chyba sprzątaczka tu była, ale jakaś niewidzialna. Pewnie czeka, aż sobie pojedziemy – mama czyta w moich myślach.

- Mamo, coś Ty najlepszego zrobiła? Zatrzasnęłaś drzwi? Jak ja teraz umyję ręce? – Michał się denerwuje, nie mogąc otworzyć drzwi do domu. Wszystkie drzwi pozamykałam, bo nie wiedziałam, że ktoś się tu kręci. Poza tym i tak bym je zamknęła. A skąd mam wiedzieć, czy to sprzątaczka, a nie złodziej?

- Chodź, pod tarasem jest kran z wodą. Tam umyjesz ręce.

Nie chcę mu mówić, że jest tam szlauch, ale niestety, już go zobaczył i właśnie stwierdził, że zwariowałam.

- No, nie, dziękuję. Nie muszę myć rąk.

MANA. Aia no i ka mea e mele Ana – powtarzam sobie siedem praw huny – Moc pochodzi z wnętrza. PONO. Ike ‘ia no ka loea i ke kuchu – Prawda zawiera się w rezultacie. Najspokojniej w świecie biorę ręce Michała i opłukuję je wodą ze szlauchu. Jak dłużej posiedzę na Hawajach, to stanę się „oazą szczęścia i spokoju”.

Najpierw jedziemy do Hilo. Cały dzień będziemy w trasie, więc postanowiliśmy po drodze trochę pozwiedzać. W Hilo są dwa ciekawe miejsca, które chcielibyśmy zobaczyć: Ogród Japoński i Kokosową Wyspę.

Jedziemy samochodem. Michał nadal się boczy, bo umyłam jego ręce zimną wodą, w dodatku nie z kranu.

- Chyba chcesz, żebym się przeziębił. Tu jest chłodno, a Ty mnie myjesz zimną wodą.

A to dobre! Czyli jak on wyskakuje zimą w rozpiętej kurtce i bez czapki na głowie oraz szalika na szyi, to wtedy wszystko jest w porządku, wtedy się nie przeziębia? Tylko, dlaczego zawsze po takich „wyczynach” choruje? A jak ja mu opłukałam ręce – OK., przyznaję –  zimną wodą, ale nie na mrozie, tylko przy jakiś 17°C, to już ma duży problem. Jest przecież ubrany odpowiednio do temperatury: długie dżinsy, bluzka z długim rękawem. Na pewno się pochoruje, już to widzę. Jestem w myślach zgryźliwa.

Dojeżdżamy bez problemu do japońskiego ogrodu. Liliuokalani Gardens mieszczą się obok Kokosowej Wyspy, na Banyan Dr Hilo, HI 96720.

Liliuokalani Gardens nazwano na cześć hawajskiej monarchini. Park, którego są częścią został zaprojektowany w 1900 roku na wzór ogrodów japońskich, by uhonorować – a jakże – japońskich imigran  tów. Park utrzymany jest w stylu Edo (tak nazywało się miasto Tokio w latach 1603 – 1868). Jest największym takim ogrodem poza Japonią. Pośrodku parku znajduje się staw Waihonu z licznymi mostkami, wysepkami, altankami i pagodami. Rosną w nim wierzby płaczące (zupełnie, jak w Polsce), liczne azalie, gdzieniegdzie widzimy polanki bambusów i akry soczyście zielonej trawy.


Wróciliśmy do Tori, tradycyjnej japońskiej bramy. Robię Michałowi pamiątkowe zdjęcia. Łaskawie pozuje. O, Boże, chyba przed chwilą się uśmiechnął. Sprawdzam. Tak, utrwaliłam uśmiech na twarzy mojego syna. To chyba nie jest tak źle. Może zaczęło mu się tu podobać. 

Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które robiłam w trakcie podróży przez Londyn na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big Island i Maui. O tej podróży na Hawaje napisałam książkę, zatytułowaną „W drodze po szczęście. Zapiski z podróży”, dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest też dostępny jeszcze jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla przygotowujących się do wyjazdu na Hawaje". 


 



czwartek, 21 maja 2015

Zapiski z podroży na Hawaje - Jakiś "Mamal" siedzi w mojej głowie

Dziś  już opuszczamy Volcano Village. Jedziemy na drugi koniec Dużej Wyspy, do zachodniej części, do miejscowości Kailua-Kona. Tam zamieszkamy w apartamencie z widokiem na Pacyfik. W nocy śniło mi się, że stoję nad brzegiem oceanu i piję ten napój znieczulająco-uspokajający (`awa). We śnie wciąż słyszałam słowo „Mamala”. Jakby je ktoś wypowiadał albo powstało w mojej głowie. Chyba za dużo się naczytałam hawajskich legend i jakiś „Mamal” siedzi w mojej głowie. Choć może to był „mammal”, po angielsku „ssak”. Może ja szukałam we śnie ssaków morskich, które w okresie letnim migrują na Alaskę.

Moja rodzina jest już spakowana i siedzi przy stole, je śniadanie. Muszę zrobić im zdjęcie, tak słodko wyglądają. Biorę do ręki iPada. Za chwilę pewnie Michał nazwie mnie „Mac Wieśniakiem”, który robi zdjęcia tabletem. Wczoraj zostawiłam otwartą przeglądarkę Internetową. No tak, to już mam odpowiedź, skąd we śnie „`awa” i „mamal”. Na jednej z niezamkniętych stron znajduję legendę o surferce Mamali, która pływała na wyjątkowo wysokich falach. Legenda – jak to legenda – pochodzi z czasów, kiedy historię przekazywano sobie jedynie ustnie, stąd nie wiadomo, czy Mamala żyła naprawdę, czy była tylko wytworem ludzkiej wyobraźni.

W legendzie „przenosimy” się na wyspę O`ahu. Port w Honolulu znano kiedyś jako Kou. W jego pobliżu położone były plaże, przy których warunki do surfowania były doskonałe: ‘Ula-kua (czarno-czerwony), Ke-kai-o-Mamala (Morze Mamala), i Awa-lua (podwójny port). Jeśli przyjrzycie się mapie O`ahu, to Morze Mamala znajdziecie na zachód od plaży Waikiki.

Plaża o nazwie Ke-kai-o-Mamala powstała w wyniku pęknięcia, do którego doszło w wąskim przejściu do portu, w miejscu, gdzie rósł gaj kokosowy, należący do wodza Honoka’upu. To miejsce obecnie znane jest jako Ala Moana, Rock Pile, Inbetweens i Kaisers. Znajduje się ono w bliskim sąsiedztwie butiku Balenciagi i Apple Retail Store J.

Plaża Ke-kai-o-Mamala ściągała najlepsze na Kou fale. Zostały one nazwane tak, jak legendarna surferka. Była ona kapua, półboginią lub bohaterką o nadprzyrodzonej mocy, która mogła przybrać postać pięknej kobiety, gigantycznej jaszczurki lub ogromnego rekina.
Legenda głosi, że była ona żoną innego kapuy, półrekina – półczłowieka o imieniu Ouha. Często pili napój `awa (ten, który znieczula i uspokaja) i grali w konane (rodzaj warcabów, w których zamiast pionków wykorzystywano kamyczki).

Wszystkie podania są zgodne co do urody Mamal: była ona wyjątkowo piękna. Z ogromną wprawą pływała na najbardziej niebezpiecznych falach, daleko od brzegu, na pełnym oceanie, kiedy wiatr silnie wiał, a spienione fale zwijały się w rulon i obijały się o brzeg. Zgromadzeni na plaży ludzie klaskali i krzyczeli, by wyrazić uznanie dla jej nadzwyczajnych popisów.

Pewnego dnia wódz Honoka`upu zapragnął, by Mamala została jego żoną. Najwyraźniej była mu posłuszna, bo zostawiła Ouha, by zamieszkać z nowym mężem. Pólrekin – półczłowiek poczuł się dotknięty, znieważony. Ogarnęła go złość. Z początku w przypływie białej gorączki postanowił zaatakować wodza, ale w końcu uciekł. Popłynął do jeziora Ka-ihi-Kapu, w pobliże Waikiki. Tam ukazał się napotkanym kobietom pod postacią mężczyzny z koszem pełnym krewetek i świeżych ryb, którymi chciał je obdarować. Rzekł do nich tak: „Tu jest życie (żywa istota) dla Waszych dzieci”. Otworzył kosz i w tej chwili krewetki i ryby uwolniły się i uciekły do oceanu.

Po tym zdarzeniu kobiety z Ka-ihi-Kapu naśmiewały się z Ouha, zrobiły z niego pośmiewisko. Podobnie jak inni antyczni bohaterowie polinezyjskich legend i wielu  nam współczesnych mężczyzn nie mógł on znieść takiej zniewagi, takiego wstydu. Postanowił porzucić na zawsze człowieczą postać i został w hawajskiej mitologii ważnym bogiem-rekinem, który zamieszkiwał wybrzeże pomiędzy Waikiki i Koko Head.

Na cześć Mamali nazwano plażę jej imieniem. Poświęcono jej też piosenkę o miłosnym trójkącie, zatytułowaną „The Mele (piosenka) of  Honoka`upu”. Wszystkim użytkownikom języka angielskiego, tym, dla których miłość jest wolna i tym, dla których miłość to uczucie do jednej osoby aż „do grobowej deski”, dedykuję tę piosenkę. Nie będę jej tłumaczyć, żeby nie skalać i tak już przełożonego z języka hawajskiego tekstu.

The surf rises at Ko`olau,
Blowing the waves into mist,
Into little drops,
Spray falling along the hidden harbor.

There is my dear husband Ouha,
There is the shaking sea, the running sea of Kou,
The crab-like sea of Kou...

Prepare the awa to drink, the crab to eat.
The small konane board is at Hono-kau-pu,
My friend on the highest point of the surf.
There is a good surf for us.

My love has gone away.
Smooth is the floor of Kou,
Fine is the breeze from the mountain.
I wait for you to return.
Will the lover return?

I belong to Honoka`upu,
From the top of the tossing surf waves,
The eyes of the day and the night are forgotten.
Kou is the day, and to-night
The eyes meet at Kou.

I wait for you to return,
The games are prepared,
Pa-poko, pa-loa, pa-lele,
Leap away to Tahiti
By the path to Nuumehalani,
Will that lover return?

Źródło: www.sacred-texts.com



Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które robiłam w trakcie podróży przez Londyn na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big Island i Maui. O tej podróży na Hawaje napisałam książkę, zatytułowaną „W drodze po szczęście. Zapiski z podróży”, dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest też dostępny jeszcze jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla przygotowujących się do wyjazdu na Hawaje". 










wtorek, 19 maja 2015

Zapiski z podroży na Hawaje - Park Wodospadu Akaka

- Cholera, jak to działa? – Mocuję się z parkomatem przy Parku Stanowym Wodospadu Akaka (Akaka Falls State Park). Podchodzi pani rangerka i oferuje pomoc.

- Jaki jest numer rejestracyjny? – pyta.

No nie – myślę sobie. Nie każcie mi uczyć się na pamięć numeru rejestracyjnego wynajętego samochodu. Nawet numeru własnego pojazdu nie pamiętam. Samochód m
a pilota i zawsze reaguje, gdy go używam. Nawet na parkingu, na którym są same tylko Chevy Impala w kolorze beżowym mogę poznać, który jest przeze mnie wynajęty.

- Przepraszam, nie pamiętam. Muszę się cofnąć do samochodu.

Strażniczka wrzuciła już monety, dużo monet, ponieważ nie miałam większych nominałów, a muszę zapłacić za parking $5. Ustawiła się już kolejka chętnych, by skorzystać z parkomatu.

- To ja chyba cofnę się do samochodu – nieśmiało proponuję. Spogląda na mnie, ale życzliwie. Może nie jestem pierwszą napotkaną przez nią „sierotą”. Coś tam wciska i wyskakuje bilet. Czyżby specjalna opcja na wypadek, gdyby się trafił „trudny” klient?
Dojechać można tu bardzo łatwo. Zauważyłam, że wszystko na Hawajach ma kod pocztowy, nawet punkty widokowe. Jedyne miejsce, którego kodu nie znam to dom w lesie tropikalnym, ale w harcerstwie byłam, to i po przydrożnych słupkach trafiłam. I tak dobrze, że nie kazali mi po mchu poznawać stron świata, bo byłoby gorzej. Znacznie gorzej. Z tych bajek, którymi nas „katowano” w dzieciństwie zdecydowanie lepiej dziś radzę sobie z paprocią.

Wodospad Akaka znajduje się na końcu drogi Akaka Falls Road przy Hway 220, 3.6 mili (5,8 km) na południowy zachód od miasta Honomu i 11 mil (18 km) od Hilo. Kod pocztowy to HI 96720.

Opłata parkingowa za samochód – jak wspomniałam – wynosi $5 i jest jednocześnie biletem wstępu dla całej grupy, która nim przyjechała. Turyści piesi płacą $1 od osoby tylko, że ja nie widzę tu żadnych turystów pieszych. W ogóle chyba w Stanach wszystko jest zorganizowane pod turystów zmotoryzowanych, wszędzie da się dojechać samochodem. Gdy sporządzałam zimą plan zwiedzania, wycieczkę do tutejszego parku zaplanowałam na cały dzień. Obawiałam się, czy ja i mama damy radę podejść tak blisko wodospadu. Zabrałyśmy buty sportowe, a wahałyśmy się, czy nie wziąć ze sobą obuwia do trekkingu. Tymczasem robimy dosłownie dwa kroki i jesteśmy przy Akaka Falls. Naprawdę bliżej się już nie da podjechać.

W Parku Stanowym Wodospadu Akaka można za jednym zamachem zobaczyć dwa wodospady: Akaka i Kahuna.

Akaka w języku hawajskim oznacza „rozdzielenie, szparę, separację, kamień, skalę”, a także jest czasownikiem, który znaczy „pęknąć, rozdzielić”. Jest też imieniem, a nawet nazwiskiem pewnego amerykańskiego polityka, działacza Partii Demokratycznej i przedstawiciela stanu Hawaje w Senacie Stanów Zjednoczonych. Daniel Akaka jest pierwszym senatorem, który jest rdzennym Hawajczykiem oraz jedynym, który ma również korzenie chińskie.

W miejscu, w którym się znajdujemy Akaka jest nazwą wodospadu (Akaka Falls), który wznosi się na wysokość 442 stóp (134 m) i jest ponad dwukrotnie wyższy od słynnego wodospadu Niagara. Dla porównania Niagara Falls jest wysoki na 167 stóp (51 m), za to jest znacznie szerszy, a jego wody spadają z większą mocą.

Od samego wejścia każde z nas poszło w inną stronę. Ja stoję zauroczona przed wodospadem i nie mogę się na niego napatrzeć. Po wczorajszej wycieczce do parku wulkanów, taki widok jest bardzo, bardzo przyjemną odmianą. Wokoło jest mnóstwo roślin. Woda spada z góry, porośniętej piękną, żywą zielenią. Szumi, nie huczy. Jeśli to prawda, co mówią, to przy wodospadzie Niagara nie da się porozmawiać. Huk jest wszechogarniający.
Michał poszedł ścieżką pod prąd. Tak naprawdę są to schody. Można nimi iść dookoła tej części parku, która jest udostępniona dla zwiedzających. Mają długość 0,4 mili (600 m) i łatwo po nich chodzić. Schody tworzą pętlę i nagle ja, i syn spotykamy się w połowie drogi.

- Nie masz, po co tam iść – oznajmia mój pierworodny – Ja już tam byłem.

- Chyba żartujesz? Ma mi to wystarczyć?

- Nie, tam nic nowego nie zobaczysz chyba, że chcesz ten wodospad oglądać z różnych stron, to bardzo proszę.

Moje dziecko staje się nerwowe i bardzo by chciało już stąd „prysnąć”. Gdy wyjeżdżaliśmy z domu, temperatura na dworze była niska, Michał założył bluzkę z długim rękawem, długie spodnie, skarpetki, kryte buty. Teraz jest znacznie cieplej i on zaczyna się w tym wszystkim gotować.

- Misiu, jak dasz mi jeszcze zobaczyć ten drugi wodospad i zrobić zdjęcia tych pięknych krzaków, to zaraz Ci kupię lżejsze ubranie. Obiecuję.

- Na tym pustkowiu nie ma żadnych sklepów, a już na pewno nie odzieżowych. A takie krzaczory są tu wszędzie.


Rzucam się pędem zobaczyć drugi wodospad, nim moje dziecko ugotuje się „na twardo”. 

Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które robiłam w trakcie podróży przez Londyn na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big Island i Maui. O tej podróży na Hawaje napisałam książkę, zatytułowaną „W drodze po szczęście. Zapiski z podróży”, dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest też dostępny jeszcze jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla przygotowujących się do wyjazdu na Hawaje". 





niedziela, 17 maja 2015

Zapiski z podróży na Hawaje - Narty na wulkanie



Mauna Kea jest najwyższym wulkanem archipelagu Hawajów i zarazem jednym z największych na Ziemi. Szczyt wznosi się na wysokość 4207 m powyżej poziomu morza, ale zarazem 10203 m od dna Oceanu Spokojnego, co daje największą wysokość względną na Ziemi, od podstawy do wierzchołka. Dla porównania najwyższa góra świata Mount Everest wznosi się na 8850 m.

Wulkan Mauna Kea liczy sobie dwa miliony lat, a zatem najaktywniejszy był setki tysięcy lat temu. Jest on uśpiony i według raportu amerykańskiej agencji naukowo-badawczej United States Geological Survey (USGS) nie zagraża wybuchem. To dobra informacja zarówno dla nas, jak i dla wszystkich, którzy tutaj przyjeżdżają, żeby pozjeżdżać na nartach. Tak, tak … na nartach. Sama byłam zdziwiona, kiedy znalazłam w wynajętym domu ulotkę, zachęcającą do szusowania po stokach wulkanu. Czy Hawaje kojarzą się Wam z nartami? Mnie do tej pory się nie kojarzyły.

Zazwyczaj narciarze i snowboardziści łączą się w grupy i umawiają się, że będą na zmianę wzajemnie podwozić się na górę. Tu samochód służy za wyciąg. Trzeba mieć odpowiedni z napędem na cztery koła. Nie ma tu nartostrad, dlatego tak ciągnie tu zapaleńców do freeride`u. Wszyscy w grupie muszą mieć samochody, bo przecież ten, którym wjechali na górę zostaje i trzeba mieć następny, żeby nim wrócić na szczyt. Ostatni samochód podwozi narciarzy w miejsce, gdzie pozostawili swoje pojazdy.

Warunki pogodowe na górze mogą się zmienić w ułamku sekundy. Temperatury zimą wahają się od 25 do 40° F (-4° – + 4° C), ale wiatr i wysokie położenie sprawiają, że odczuwalna temperatura jest znacznie niższa. Od kwietnia do listopada pogoda jest łagodniejsza, za dnia jest tu od 30° do 60°F (0° to 15°C).

Zjeżdżanie z wulkanu Mauna Kea to narciarstwo i snowboarding na najwyższym poziomie. Śnieg na jego szczycie jest podobno najlepszy na świecie. Duża też jest powierzchnia zjazdowa – 100 mil kwadratowych (259 km² / 25900 ha).
  
W tej szerokości geograficznej warunki pogodowe są wiosenne, stąd pokrywa śnieżna wygląda jak kolba kukurydzy, a miejscowi nazywają ją „Pineapple Powder”. Co to takiego ten pineapple powder? To suszone ananasy, które są mielone i sprzedawane jako proszek, używany przez przemysł spożywczy do produkcji soków, napojów, typu smoothie, deserów i jako składnik wielu produktów. Śnieg na Mauna Kea przypomina właśnie jego konsystencję.
Myślę, że zjeżdżanie z wulkanu musi być fascynujące, ale nie każdy się do tego nadaje. Trzeba naprawdę mieć kondycję. Najważniejsze jest jednak to, że sporty zimowe na Mauna Kea są dozwolone. Gdyby ktoś z Was chciał sobie poszusować w dziewiczych warunkach, nie złamie żadnych przepisów: ani stanowych, ani federalnych.

Jednak wulkan Mauna Kea najbardziej na świecie jest znany z teleskopu Kecka. Bardzo żałujemy, że nie możemy wybrać się na Observatory Hill na Mauna Kea. Ja mam problemy kardiologiczne, a mój syn nie ma ukończonych 16 lat. Również kobiety w ciąży nie powinny ryzykować. Każdy, kto chce się wybrać na wycieczkę na Mauna Kea powinien wcześniej zarezerwować bilety, choć nie wszystkie wycieczki są płatne.

Codziennie wieczorem od 18.00 do 22.00 można obserwować gwiazdy z punktu informacyjnego dla zwiedzających Onizuka (the Onizuka Visitor Information Station). Najpierw odbywa się prelekcja, wzbogacona o wideo prezentację, później można zadawać pytania, na które otrzyma się wyczerpujące odpowiedzi. I wreszcie obserwować niebo przez teleskopy 11-, 14- i 16-calowe. Praktyczna rada: warto zabrać ze sobą prowiant, własny teleskop oraz aparat z obiektywem do zdjęć nocnych. Nie zapomnijcie także o odpowiednim ubraniu i o tym, że na tej wysokości jest chłodno – 30° do 40°F (-1° to 4°C). Zanim wybierzecie się na wycieczkę na szczyt Mauna Kea, możecie zadzwonić pod numer +1 808-961-5582. Dowiecie się dokładnie, jakie warunki pogodowe panują na górze.
Kolejna bezpłatna wycieczka w ciągu dnia jest oferowana przez obserwatorium Teleskopu Subaru. Trzeba ją jednak zarezerwować co najmniej na tydzień wcześniej (tel. +1 808-934-5056; www.subarutelescope.org), ponieważ w miesiącu organizowanych jest tylko 15 takich wycieczek, od poniedziałku do piątku w godzinach: 10.30, 11.30 i 13.30.

Teleskop Subaru to jeden z trzynastu teleskopów, umieszczonych na szczycie wulkanu Mauna Kea. Oczywiście, żeby tam dotrzeć trzeba mieć samochód terenowy z napędem na cztery koła, o czym należy pamiętać przy rezerwacji (nasz Chevy np. się nie nadaje). Zanim wjedziecie na szczyt warto zrobić sobie przystanek w punkcie informacyjnym Onizuka, który jest położony na wysokości 9000 stóp (2743 m). W zasadzie nie „warto”, a „należy”. Tam można się zaaklimatyzować. Przystanek powinien trwać nie krócej niż pół godziny. Ten czas powinno przeznaczyć się na nawodnienie organizmu i zjedzenie czegoś pożywnego, np. banana.  Ze względu na chorobę, związaną ze zmianą wysokości, turyści – jak pisałam – muszą być bezwzględnie zdrowi. Jeśli ktoś wcześniej nurkował, powinien zrobić sobie dzień przerwy. Jazda z punktu Onizuka na szczyt zajmuje mniej więcej 45 minut. Do pokonania jest 6 mil (9,6 km), ale drastycznie zmienia się wysokość: z 9000 stóp (2743 m) na 14000 stóp (4267 m).

Ta wyprawa na pewno dostarcza mnóstwa wrażeń. Jestem zła, że nie możemy wziąć w niej udziału. Na samej górze znajduje się 11 stacji, w tym japońskie, francuskie i kanadyjskie, w których naukowcy obserwują niebo. Pomiędzy nimi „usadowił się” największy na świecie teleskop Kecka, zbudowany przez Uniwersytet w Kalifornii (University of California) i Kalifornijski Instytut Technologiczny (California Institute of Technology). Wysoki na 8 pięter i ważący 150 ton posiada lustro o średnicy 33 stóp (10 m), zrobione z 36 perfekcyjnie zestrojonych sześciokątnych luster, co przypomina bardziej budowę oka muchy niż obiektywu.  

Obserwatorium Kecka jest niedostępne dla zwiedzających. Można jedynie obejrzeć 12-minutowy filmik, zwiedzić ekspozycje i spojrzeć z daleka na teleskop i kopułę. Jeśli ktoś chce mimo wszystko tam pojechać, to część dla zwiedzających jest otwarta od poniedziałku do piątku, od 8.00 do 16.30. Można także zobaczyć replikę teleskopu Kecka, nie wybierając się na szczyt. Znajduje się ona w centrum kontroli teleskopu Kecka (the Keck Telescope Control Center, 65-1120 Mamalahoa Hwy) przy drodze Hwy. 19 (informacja dla tych, którzy tam dotrą: centrum położone jest po przeciwnej stronie drogi, przy którym mieści się szpital miejski). Centrum otwarte jest w godzinach 8.00 – 16.30. W czasie 12-minutowego filmiku można się dowiedzieć o poszukiwaniach przy użyciu teleskopu obiektów w dalekich przestworzach.

Wjechanie na szczyt wulkanu Mauna Kea ma wiele zalet, m.in. rozpościera się z niego zapierający dech w piersiach widok, 360 stopni panoramy Oceanu Spokojnego. Tu też znajduje się jedyne na środkowym Pacyfiku jezioro polodowcowe – jezioro Waiau (Waiau Lake), które jest położone na wysokości 13020 stóp npm. (3968 m). Jezioro nigdy nie wysycha, choć rocznie spada tu nie więcej niż 0,38 m deszczu, jest w nim porowata lawa i nie posiada ono żadnych dopływów. Nie do końca wiadomo, skąd na tej wysokości jezioro, chociaż naukowcy podejrzewają, że woda w nim jest uzupełniana przez topniejący śnieg i zmarzlinę, która zalega w zanurzonych tunelach lawowych. Nie zobaczycie jeziora z drogi (Summit Road). By do niego dotrzeć, trzeba pójść pieszo, co podobno nie jest wcale łatwe.
Najpierw wjedźcie samochodem. Na ostatnim podjeździe w rejonie szczytu, gdy znajdziecie się na utwardzonej drodze, przejedźcie 600 stóp (182 m) do większego zakrętu i skręćcie ostro w prawo. Zaparkujcie na poboczu drogi, która znajduje się na wysokości 13200 stóp (4023 m). Do miejsca nie prowadzą żadne znaki, ale zobaczycie ścieżkę, która przez 5 mil (8 km) poprowadzi Was w dół do jeziora. Przed sobą powinniście widzieć szczyt wulkanu Mauna Kea.

Naprawdę jestem zła, że nie mogliśmy tam pojechać, choć nie ma tego złego. Kiedy moje zdrowie się poprawi, a Michał będzie miał co najmniej 16 lat, możemy jeszcze raz wybrać się w podróż na Hawaje. Takie zostawianie sobie kilku miejsc, które chciałoby się jeszcze zwiedzić jest dobrą furtką do ponownego zawitania w tym rejonie świata.

Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które robiłam w trakcie podróży przez Londyn na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big Island i Maui. O tej podróży na Hawaje napisałam książkę, zatytułowaną „W drodze po szczęście. Zapiski z podróży”, dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest też dostępny jeszcze jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla przygotowujących się do wyjazdu na Hawaje". 


czwartek, 14 maja 2015

Zapiski z podróży na Hawaje - Klimatyczny "misz-masz" Hawajów



W zasadzie nieznane jest na wyspie Hawaii pojęcie sezonu. We wschodniej części wyspy przez cały rok temperatura utrzymuje się na tym samym poziomie, mniej więcej 60° F (15,5 °C). Jeśli ma się ochotę na wędrówki, to jest to wprost idealna pogoda. Najwięcej dni słonecznych w tej części wyspy jest w styczniu i lutym (ok. 50%), trochę mniej w lipcu (ok. 45%). Jak pisałam wcześniej, po stronie zachodniej wyspy jest cieplej.  


Na Hawajach są tylko dwie pory roku. Niestety Hawajczycy nie znają wiosny ani jesieni, które – moim zdaniem – są najpiękniejsze, pod warunkiem, że ta ostatnia to polska złota jesień, a nie paskudna jesień z breją na ulicach i bez słońca w ciągu dnia. Na Hawajach rok dzieli się na lato (Kau) i zimę (Hooilo), i – UWAGA! – lato trwa od maja do października, a zima – od listopada do kwietnia. Piszę o tym dlatego, że niektóre znane mi osoby reagowały na tę informację, jakby powątpiewając w moje zdrowie psychiczne. Miały przy tym taki ironiczny wyraz twarzy, a z oczu można było wyczytać, że uważają, iż opowiadam jakieś bzdury. Otóż korzystając z okazji, pragnę im przekazać, że Hawaje leżą po tej samej stronie równika, co Polska i dlatego Hawajczycy mają lato w podobnych miesiącach, co my Polacy, tyle że nasze lato jest zdecydowanie krótsze, no i chłodniejsze. Hawajskie lato jest zdecydowanie bardziej suchą porą roku niż zima, z wyjątkiem – o czym już wspominałam – wschodniej części Dużej Wyspy. Zimą jest o 10°F (5 – 6°C) chłodniej. Deszcz na Hawajach pada przez cały rok, ale najwięcej spada go w zimie. Najbardziej wilgotny okres w roku jest od listopada do marca, choć zimowy deszcz nie jest w stanie popsuć wakacji, bo i on jest zlokalizowany w konkretnych miejscach. Nie pada wszędzie. Jeśli deszcz złapie nas w górach, to możemy pojechać na wybrzeże, gdzie najprawdopodobniej będzie świeciło słońce. 


W Narodowym Parku Wulkanów w ciągu roku notuje się 290 dni deszczowych i spada tu 2608 mm deszczu rocznie. I jest to najwyższe wskazanie na wyspach hawajskich. Druga pod względem opadów jest miejscowość Hilo, w której robiliśmy zakupy. Tam opady są większe, w ciągu roku spada tam 3219 mm deszczu, ale dni deszczowych jest mniej, czyli mocniej pada.  


Pod względem opadów Big Island bije wszelkie rekordy i żadna inna wyspa nie może się z nią równać. Jeśli wybierzecie się na wyspę Kaua`i, na pewno odwiedzicie dwie miejscowości: Kilauea (nazwa taka sama, jak wulkanu na Dużej Wyspie i tego na Kaua`i) i Princeville Ranch, w których dni deszczowych jest ok. 250, a opady dochodzą niemal do 2 tysięcy mm. Na wyspie Maui, na którą już wkrótce polecimy w pięciu miejscowościach pada przez 252 dni. Opady wynoszą od 851 do 2134 mm rocznie. Na O`ahu – wyspie, na którą wrócimy na końcu naszej podróży najczęściej pada w Parku Wodospadów Waimea (Waimea Falls Park) – przez 247 dni w roku. Spada tam najwięcej na O`ahu deszczu, bo 1389 mm rocznie. Dla porównania w stolicy stanu Hawaje, Honolulu jest 89 dni deszczowych i w ciągu roku spada 434 mm deszczu. Najmniej deszczowe regiony to wyspy: Molokai i Lāna`i, położone koło siebie i najbliżej wyspy Maui. 


Tym, którzy mogliby na Hawajach narzekać na deszcz, chciałabym jedynie powiedzieć, że nagły wzrost temperatury latem może spowodować huragan, którego my wolelibyśmy uniknąć.  


Średnia temperatura w ciągu dnia na wyspach hawajskich mierzona nad oceanem wynosi 85°F (29.4°C), gdy tymczasem o podobnej porze mierzona zimą jest o 7°F (ok. 4°C) niższa. Temperatura w nocy zazwyczaj spada o 10°F (5 – 6°C). Hawaje to archipelag zróżnicowany pod względem ekosystemu i klimatu. Specyficzna budowa hawajskich wulkanów i różnice w pogodzie na różnych wysokościach sprawiają, że każdy znajdzie coś dla siebie: tropikalne lasy deszczowe, wypalone słońcem pustynie, chłodne regiony, w których klimat zbliżony jest do alpejskiego oraz jałowe i słoneczne plaże – wszystko zaledwie w odległości kilku mil. 


Jeśli ktoś ma fantazję, a znudziły mu się Alpy, Dolomity i Pireneje, i chce mu się lecieć na koniec świata, żeby pojeździć na nartach, to może to zrobić na wulkanie Mauna Kea, właśnie tu na Dużej Wyspie. Jest on nazywany „Białą Górą” i paradoksalnie nie jest przystosowany do turystyki narciarskiej. Nie ma bowiem na nim wyciągów, wypożyczalni, kurortów górskich, ale na jego szczyt prowadzą przyzwoite drogi. Prowadzą, bo na szczycie znajduje się najlepszy na świecie teleskop, choć i bez niego można dojrzeć gwiazdy gołym okiem. Mauna Kea jest najlepszym do obserwacji miejscem na Ziemi, w którym funkcjonuje kilkanaście obserwatoriów astronomicznych. Położona jest na środku Pacyfiku, w pobliżu równika. Nad Dużą Wyspą rozpościera się przejrzyste pozbawione smogu niebo, a w nocy panuje tam idealna ciemność, niezakłócona sztucznym światłem.  



Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które robiłam w trakcie podróży przez Londyn na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big Island i Maui. O tej podróży na Hawaje napisałam książkę, zatytułowaną „W drodze po szczęście. Zapiski z podróży”, dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest też dostępny jeszcze jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla przygotowujących się do wyjazdu na Hawaje". 



Na zdjęciach prezentuję klimatyczny "misz-masz" Hawajów