wtorek, 21 kwietnia 2015

Zapiski z podróży na Hawaje - Hawajskie "czary-mary" w świątyni komercji


Jesteśmy na Ala Moana Boulevard. Wieczorem wygląda zjawiskowo, oświetlone milionem różnokolorowych lampek. Ala Moana po hawajsku znaczy „ścieżka do morza”. Ulica znajduje się pomiędzy plażą Waikiki na wschód a Kaka`ako i portem Honolulu na zachód. Tutejsza galeria z butikami była niegdyś największym centrum handlowym w USA, obecnie jest największym niezadaszonym tego typu obiektem na świecie. Wzdłuż ulicy ciągnie się rząd sklepów najbardziej ekskluzywnych marek, restauracje i targ – atrakcja turystyczna – International Market Place. Pomiędzy butikami największych projektantów mody znajduje się miejsce, które bardziej przypomina polinezyjską osadę. Mnóstwo w niej chatek, w których można kupić pamiątki, krętych ścieżek i mostków. Jest to miejsce tak różne od tego, które mieści się za rogiem, że aż jesteśmy zdziwieni tą odmianą. Nad wejściem wisi napis „Aloha”, a w środku tablica, na której znajdujemy wyjaśnienia dwóch hawajskich słów:

Duch Aloha to cecha charakteru, która wyraża wdzięk, ciepło i szczerość Hawajczyków. Aloha – dziś, jutro i na zawsze. Po hawajsku brzmi to: E lei ke aloha no na kau a kaul.

Ohana – oznacza rodzinę. Hawajczycy wierzą, że jesteśmy częścią większej rodziny. Każdy w naszym Ohana jest kochany i akceptowany. Motto Hawajczyków to: Poznaj innych i pomóż im, oni Ci się z czasem odwzajemnią.

Czuję się częścią jednej wielkiej rodziny. Duch Aloha i Ohana działają na mnie relaksująco. Docieram do baru pod palmami, w którym wszystko wykonane jest z bambusa.

- Czy mogłabym dostać truskawkową Margheritę?

To mój ulubiony drink, a pić mi się chce bardzo. Poza tym właśnie Margherity brakuje mi do pełnego relaksu.

- Truskawkowa Margherita? No, nie bardzo.

Nie wiem, co znaczy „nie bardzo”.

- Ale co „nie bardzo”? Czy dostanę swój napój, czy mam sobie pójść?

- No, truskawkowej Margherity dziś nie podajemy. Barmanowi nie chce się jej robić.

Świetnie, pełen luz. Pamiętam jednak o duchu Aloha i Ohanie, więc biorę napoje dla mojej rodziny (są w butelkach, barman nie musi się wysilać) i podchodzę do stolika. 

Za barem znajduje się część gastronomiczna, która już mniej wygląda jak osada. Pośrodku miejsce kultu współczesnych osadników – bankomat. Na konto wpłynęło dziś moje wynagrodzenie, więc wyjmiemy trochę gotówki na wszelki wypadek.

Odeszliśmy kawałek od bankomatu i nagle orientujemy się, że nie ma przy nas mojej mamy. Krążymy wokół, sprawdzając każdą chatkę, każdy zakamarek. Gdzie mogła się podziać, dokąd pójść? Nagle wyrasta nam spod ziemi. Czyżby tutejsze czary-mary, „pojawiam się i znikam”? Okazuje się, że mama zobaczyła ukulele, które chciałaby kupić dla wnuczki znajomej. Michał ma doskonały pomysł, on też mógłby je sobie kupić i zabierać w podróże. Świetnie, w komplecie z deską do surfowania. Na razie nikt nic nie kupuje. Wrócimy tu w drodze powrotnej i wtedy zrobimy porządne zakupy.

Wychodzimy na ulicę i znajdujemy się w zupełnie innej bajce. Jak się później okaże, takie kontrasty są tu bardzo typowe, koegzystujące ze sobą: dziewicza przyroda, folklor i industrialny świat. Ponownie rozglądam się dookoła, bo tym razem zniknął mój syn. Czy to jakieś żarty? Będziemy tak znikać po kolei? Widzę go – jest po drugiej stronie ulicy, przed sklepem Apple Store, macha do nas ręką i wchodzi do środka. Za długo chodził pomiędzy chatkami, musi odświeżyć się w świecie wielkiej elektroniki.

Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które robiłam w trakcie podróży przez Londyn na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big Island i Maui. O tej podróży na Hawaje napisałam książkę, zatytułowaną „W drodze po szczęście. Zapiski z podróży”, dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest też dostępny jeszcze jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla przygotowujących się do wyjazdu na Hawaje". 

 Dwa światy na jednej ulicy - egzystują obok siebie. Na Hawajach to standard.




 
 
 
 

niedziela, 19 kwietnia 2015

Zapiski z podróży na Hawaje - Shop, Dine , Explore



Robimy już chyba trzecie kółko. Po drugim okrążeniu zdjęliśmy słuchawki. Narracji przewodnika nauczyliśmy się na pamięć. Jest nam wszystko jedno, byle sobie posiedzieć i popatrzeć przed siebie. Jet-lag daje o sobie znać. Dwanaście godzin różnicy pomiędzy Polską a Hawajami to naprawdę dla organizmu mała rewolucja. 

W drodze na przystanek złapał nas pierwszy w naszym życiu deszcz tropikalny. Padał niemrawo, delikatnie. Życzyłabym sobie takich opadów w naszym kraju. Równocześnie świeciło słońce, więc niemal natychmiast zobaczyliśmy tęczę. Hawaje są z nich znane. To tu można odwiedzić Dolinę Tęczy na O`ahu, Stanowy Park Tęczowych Wodospadów na Dużej Wyspie (Big Island of Hawaii). Piękne tęcze widać nad Diamond Head na plaży Waikiki. Jeśli tęcza oznacza spełnienie nadziei, to głęboko wierzę, że nasze się spełnią. Liczę, że w krainie polinezyjskich wróżb tak się stanie. 

Po raz kolejny słyszę ten sam tekst: „Experience Aloha. Shop, Dine, Explore!”

- Nie wysiadacie? To bardzo dobre centrum handlowe. Idźcie zaznać Alohy – podeszła do nas przewodniczka z autobusu dla zwiedzających. 

Jesteśmy zmęczeni. Nie mamy siły na zakupy. Poza tym zrobimy je, jak będziemy wyjeżdżać z Hawajów. Po co wozić ze sobą więcej bagażu z wyspy na wyspę. Bilety na przeloty krajowe mamy z góry opłacone, ale tutejsze samoloty traktowane są jak air taxi. Cena biletu uwzględnia jedynie koszt miejscówki. Za bagaż musimy zapłacić na lotnisku. Opłata za jedną torbę, którą może mieć pasażer wynosi $17, druga torba tego samego pasażera wymaga dopłaty $30. Później napiszę Wam, ile realnie może kosztować body board – deska de surfowania, jeśli będziecie ją chcieli wozić po wszystkich wyspach, na które chcecie się wybrać, a następnie zabrać ją do Polski. Zdaje się, że będzie to najdroższa deska świata. Chyba bardziej by się opłaciło zainwestować w kurs asertywności niż ulegać własnemu dziecku, które miało oczy jak kot ze „Shreka” i błagalnie prosiło o tę jedną jedyną rzecz ze sklepu pomimo, że w apartamencie były dwie deski, z których można było skorzystać. Ale nie ma tego złego. Będzie można przed kolegami zaszpanować deską wprost z Hawajów. 

Musimy w końcu się ruszyć i zacząć zwiedzać, bo za chwilę wszyscy uśniemy. Akurat podjechaliśmy pod Wieżę Aloha (Aloha Tower). Wysiadamy. Wesoły czerwony autobus z żółtym napisem Aloha Bus powoli odjeżdża. Następny będzie dopiero za dwadzieścia minut. Musimy zrobić krok w stronę zwiedzania. Odwracamy się twarzą do morza i jest … strzelista wieża wysoka na blisko 70 metrów – jak na warunki amerykańskie – bardzo niska. Zbudowano ją w latach dwudziestych ubiegłego wieku za astronomiczną wówczas sumę 160 tysięcy dolarów. Otwarto dokładnie 11 września 1926 roku. Przez 4 dekady była uważana za największy budynek na Hawajach, a przez lata zegar, który na niej jest zamontowany był największym zegarem w USA. Aloha Tower to latarnia, która wita statki, wpływające do portu Honolulu. Dosłownie obok wieży 11 sierpnia 1911 roku hawajski pływak Duke Kahanamoku (jego pomnik znajdziecie na plaży Waikiki) pobił swój pierwszy rekord, osiągnął czas 55 sekund na 91 metrów w stylu dowolnym. Współczesnym znany jest jako wielokrotny medalista Igrzysk Olimpijskich, uważany jest za wynalazcę nowoczesnego surfingu, ale wtedy – w 1911 roku – Amatorski Związek Atletyczny nie uwierzył w ten wynik i go nie uznał. Nie zniechęciło to Kahanamoku, który zakwalifikował się do amerykańskiej drużyny pływackiej na igrzyska olimpijskie i ustanowił nowy rekord na 200 metrów w sztafecie 4x4. Kolejne sukcesy sprawiły, że Amatorski Związek Atletyczny musiał uznać kwestionowany wynik. Rok później na Igrzyskach Olimpijskich w Sztokholmie Kahanamoku wygrał złoty medal na 100 metrów i srebrny w sztafecie. Na igrzyskach w Antwerpii w 1920 r. zdobył 2 złote medale w stylu dowolnym na 100 m. Cztery lata później w Paryżu na 100 metrów w stylu dowolnym osiągnął srebro, a brąz zdobył brat Księcia Samuel Kahanamoku. 

Duke podróżował po świecie, szczególnie do Australii i do Stanów Zjednoczonych (Hawaje należą do USA od 1959 roku). W tym okresie popularyzował nowy sport – pływanie na desce, który wcześniej był znany tylko na Hawajach. 

W czasie pobytu w Kalifornii Duke wystąpił w kilku hollywoodzkich filmach. Należał także do Klubu Atletycznego Los Angeles, w którym pracował jako ratownik. 14 czerwca 1925 r. w Newport Beach w Kalifornii Kahanamoku uratował 8 ludzi z kutra rybackiego, który przewrócił się na wysokiej fali podczas próby wejścia do przystani morskiej. 29 rybaków znalazło się w wodzie, z czego 17 utonęło. Dzięki swojej desce surfingowej Duke bardzo szybko przemieszczał się na ląd i z powrotem do wody. W ten sposób udało mu się uratować życie większej liczbie ludzi. Szef policji z Newport nazwał tę akcję "najbardziej nadludzką i heroiczną, jaką kiedykolwiek widział świat". Tak też narodziła się tradycja posiadania w pogotowiu przez ratowników wodnych desek surfingowych.

Aloha Tower to obecnie nie tylko latarnia i symbol Hawajów, to także sprawnie działające centrum handlowe, w którym turysta znajdzie wszystko, co jest potrzebne, by zaznać Alohy – „Shop. Dine. Explore”. Stojąc tam, nie ma się wrażenia, że dwadzieścia cztery mile stąd znajduje się znany wszystkim z lekcji historii i filmów Pearl Harbor. Od ataku Japończyków na bazę marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych rozpoczęły się pierwsze w historii intensywne walki o Pacyfik. Z pokładu japońskich lotniskowców wystartowało 350 samolotów. Podczas nalotu trwającego kilka godzin zniszczony został trzon amerykańskiej Floty Pacyfiku. Japońskie lotnictwo zatopiło 21 okrętów oraz zniszczyło około 260 samolotów. Ocalały jedynie amerykańskie lotniskowce, których nie było tego dnia w porcie. Po ataku straż graniczna dostała rozkaz obrony Aloha Tower przed ewentualną okupacją. Pomalowano ją wówczas tak, by nie była widoczna nocą. 

Patrzę wokół. Jak tu spokojnie! Grupka mężczyzn, osłaniając oczy przed słońcem spogląda w górę na zegar, by sprawdzić, która jest godzina. Czas mija powoli. W takich miejscach zapomina się o historii, szczególnie tej bolesnej. Niemniej tonącą w promieniach słonecznych Aloha Tower, co i rusz dotyka historia. Dokładnie 75 lat po jej otwarciu 11 września 2001 został zaatakowany World Trade Center w Nowym Jorku. Po tym ataku ze względów bezpieczeństwa wejście na górę Aloha Tower jest bardzo ograniczone. 

Za naszymi plecami słyszymy dźwięk hamulców. To Aloha Bus podjeżdża na przystanek. Wsiadamy. Jesteśmy już rozbudzeni i gotowi na dalsze zwiedzanie… zabytków, nie sklepów. 

Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które robiłam w trakcie podróży na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big Island i Maui. O tej podróży napisałam książkę, zatytułowaną „W drodze po szczęście. Zapiski z podróży”, dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest też dostępny jeszcze jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla przygotowujących się do wyjazdu na Hawaje".














sobota, 18 kwietnia 2015

Zapiski z podróży na Hawaje - E Komo Mai! (Witamy)

Wstałam o 9.00 rano. Słychać było, jak moja mama kąpie się w łazience. Michał pod nosem mruczał coś w swoim łóżku.  Byłam zdziwiona. Myślałam, że będziemy spać co najmniej do południa. Podeszłam do drzwi balkonowych. Przez zasunięte żaluzje promienie słońca usiłowały dostać się do środka. Wyszłam na balkon. Po twarzy smagało mnie ciepłe powietrze. Ocean szumiał. Pierwszy dzień na Hawajach. Jak fajnie! Rozejrzałam się wokół. Wczoraj nie chciało nam się rozglądać. Byliśmy potwornie zmęczeni. Dziś ciekawość wzięła górę. Z prawej uliczka. To zapewne ta, którą jechaliśmy z lotniska. Wieczorem – nawet pomimo zmęczenia zauważyłam – wyglądała zjawiskowo, głównie dzięki pochodniom wetkniętym w wazony. Z lewej zakole hotelu. Ściana budynku wygląda porządnie, okna nie odstraszają. Przede mną ocean i plaża. Nasz hotel nie jest bezpośrednio przy plaży, ale przed nami stoi budynek zdecydowanie niższy od naszego, przez co widok jest idealny.

Do pokoju weszła mama.

- Skoro nikt z nas nie śpi, to chodźmy na śniadanie.

Wczoraj umówiliśmy się, że śpimy do oporu i najwyżej pójdziemy na wczesny lunch. Skoro jednak już się obudziliśmy, to rzeczywiście: chodźmy na śniadanie. Która godzina jest w Polsce? Po 21.00. Pora kolacji.

- Witam w restauracji Waikiki Parc Hotel. Jaki jest numer Państwa pokoju?

Jesteśmy w restauracji hotelowej. Recepcjonistka, śliczna Azjatka prosi nas, żebyśmy zaczekali na nasz stolik. Tymczasem Michał wziął do czytania gazety, wywieszone na stojakach.

- Stolik już gotowy. Proszę Państwa ze mną.

Krótkie targowanie się o to, kto z kim idzie do bufetu, a kto pilnuje toreb. Niby wszyscy wokół wyglądają na uczciwych, ale wiadomo? Mama – jak zwykle – zwycięża. Ona zostaje na posterunku, a nas siłą wypycha, żebyśmy sobie nałożyli. Szwedzki stół to owoce, śniadanie – powiedzmy – angielskie: kiełbaski, jajecznica, kontynentalne: płatki śniadaniowe z mlekiem i japońskie: zupa miso i jakiś makaron z soi z dodatkami. Rzucam się na japońskie potrawy. Kuchnia azjatycka jest w Stanach najsmaczniejsza. Na Hawajach wcześniej nie byłam, ale w Los Angeles najlepsze jedzenie było w japońskiej restauracji przy Hollywood Boulevard. Jak się zorientowaliśmy, że nam tam smakuje, zostaliśmy stałymi klientami.


Postanowiliśmy, że się nie kładziemy. W Honolulu jesteśmy raptem cztery dni, więc musimy je wykorzystać. Co prawda pod koniec podróży przyjedziemy tu ponownie na cztery dni, ale wiadomo, trzeba czas dobrze spożytkować. Poza tym mamy vouchery na autobus dla zwiedzających (sightseeing bus). Pojeździmy nim trochę, odpoczniemy.

Wsiadamy do windy, żeby wjechać na nasze piętro.
- Michał, wsadź do panelu kartę magnetyczną, bo ta winda nie ruszy.
Winda stoi w miejscu. Ciekawa jestem, jak goście, którzy przyszli w odwiedziny mają wjechać na odpowiednie piętro. Pal licho, jeśli ci, do których jadą mieszkają na trzecim piętrze, ale co powiedzieć, kiedy trzeba do nich wejść na dwudzieste dziewiąte. Dziękuję bardzo. Michał wkłada kartę i winda rusza. Nie zatrzymuje się na żadnym piętrze poniżej piątego. Nawet odpowiednich przycisków nie ma na panelu.



Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które robiłam w trakcie podróży na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big Island i Maui. O tej podróży napisałam książkę, zatytułowaną „W drodze po szczęście. Zapiski z podróży”, dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest też dostępny jeszcze jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla przygotowujących się do wyjazdu na Hawaje".














czwartek, 16 kwietnia 2015

Zapiski z podróży na Hawaje - W drodze do hotelu



- Przylecieliście z Vancouver?

Kierowca busika usiłuje nawiązać z nami konwersację. 

- Po części tak, a dokładniej przylecieliśmy z Londynu.

- O, mój Boże! – mówi nasz rozmówca – Taki kawał drogi? Od ilu godzin jesteście w podróży?

- Od dwudziestu trzech. 

- Oj, to jesteście bardzo zmęczeni, ale to miło, że przylecieliście do nas aż z Londynu.

„No to Cię zażyję” – myślę sobie – „Wielkie mi co, Londyn!”.

- Dokładniej to przylecieliśmy z Polski. W Londynie byliśmy trzy dni.

- Jesteście z Polski? To fantastycznie. To u Was było ostatnio EURO?

Nie przypuszczałam, że na Hawajach będą mnie pytać o EURO 2012. Przecież ich to powinno mało obchodzić. Mają własne mistrzostwa, co ich obchodzą rozgrywki europejskie? W ogóle kierowca mógłby już przestać mówić. Ponownie mam kryzys. Czuję, jak kłoda wbija mi się w mózg, rozsadzając go od środka. 

- Skoro jesteście tak bardzo zmęczeni, to ja Wam opowiem o Honolulu i O`ahu, żebyście nie usnęli. 

Pomyślałam, że go walnę. Muszę zapanować nad mimiką twarzy. Czy on oszalał? Po tylu godzinach w podróży musimy słuchać o historii, geografii, polityce, legendach, wierzeniach, przesądach? Nie wypada powiedzieć mu, żeby dał sobie spokój. Buzia mu się nie zamyka. Gada bez przerwy. Chociaż jedna informacja przykuwa moją uwagę: Honolulu w języku rdzennej ludności znaczy „land to protect” – ziemia, którą należy chronić. Stąd tsunami nigdy nie poczyniło większych szkód w stolicy Hawajów i stąd w Honolulu jest największe w tym stanie zaludnienie. 

Teraz nasz kierowca, a w zasadzie przewodnik zaczyna naśladować Franklina Delano Roosevelta, który dzień po ataku na Pearl Harbor przemówił do Amerykanów:

„Yesterday, December 7th 1941” – tubalnym głosem mówi, sunąc po autostradzie – “a date which will live in infamy – the United States of America was suddenly and deliberately attacked by naval and air forces of the Empire of Japan”. 

No to mamy darmową lekcję historii – myślę sobie – Może mojemu synowi ona się przyda. Swoją drogą, Amerykanie są bardzo patriotyczni – zawsze i wszędzie. I równie pompatyczni. 

- Wybieracie się do Pearl Harbor? Jeśli tak, to musicie być tam przed dziewiątą, bo później nie dostaniecie się na statek – informuje nas.

Jeśli mam być tam przed dziewiątą, to mogę sobie na razie darować Pearl Harbor. Chyba zacznę – jak moi znajomi – inaczej podchodzić do urlopu. Zrezygnuję ze zwiedzania na rzecz leżenia na plaży lub z drinkiem nad basenem. Pearl Harbor przed dziewiątą? Błagam…

-  A przed wyjazdem, zjecie u nas śniadanie. Wyjazd z Waszego hotelu o 7.00 rano.

Jestem już pewna: facet oszalał. Nie zamierzam tak rano jeść śniadania tylko dlatego, że jest ono w cenie transferu z lotniska i nic mnie nie obchodzi, że restauracja mieści się na dwudziestym piętrze jakiegoś hotelu. Zamierzam zjeść śniadanie w swoim hotelu o rozsądnej godzinie. 

Usta układają mi się w grymas. Kierowca podaje naszą ostatnią torbę obsłudze hotelu i z szerokim uśmiechem mówi „Aloha” na pożegnanie. Wchodzimy do przyjemnie schłodzonego hallu. Jeszcze tylko zameldujemy się w recepcji, potem szybki prysznic i natychmiast do łóżka. 

Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które robiłam w trakcie podróży przez Londyn na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big Island i Maui. O tej podróży na Hawaje napisałam książkę, zatytułowaną „W drodze po szczęście. Zapiski z podróży”, dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest też dostępny jeszcze jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla przygotowujących się do wyjazdu na Hawaje". 

















środa, 15 kwietnia 2015

Zapiski z podróży na Hawaje - w samolocie do Honolulu



Po raz kolejny zostaliśmy rozdzieleni. Siedzimy w różnych częściach samolotu. Mój syn jest przeszczęśliwy. Od lotniska Heathrow w Londynie, czyli od kilkunastu godzin babcia nie ma nad nim kontroli. Może jeść, ile chce, tzn. może w ogóle nic nie jeść i nikt mu złego słowa nie powie. Mam kryzys. Nie wiem, jak trzyma się moja rodzina, bo nie mam siły ruszyć się z miejsca i tego sprawdzić. Zastanawiam się, jaka kontrola nas czeka na lotnisku w Honolulu. Od wielu miesięcy o tym myślę. Atmosfera wokół wiz dla Polaków przez wiele lat gęstniała, chyba każdy z nas ma w rodzinie bliskiego, któremu odmówiono pozwolenia na wjazd do Stanów. Niby trudno sobie wyobrazić, żebyśmy mieli zostać na Hawajach w celach zarobkowych, ale celnik, na którego trafimy może mieć bujną wyobraźnię. Nie pomaga mi myśl, że dwa lata temu na lotnisku LAX w Los Angeles nie mieliśmy żadnych problemów. Na wszelki wypadek mam przygotowane dokumenty podróży w dwóch osobnych segregatorach. I tak warto mieć porządek. Dokumenty muszą być pod ręką. Większość rzeczy mam z góry opłaconych, do wszystkich rezerwacji – oprócz voucherów i umów – mam kopie całej korespondencji e-mail. Niemniej nie daje mi to spokoju. Przed wyjazdem z Polski napisałam do znajomej, która rok wcześniej była na Hawajach. Chciałam, żeby napisała mi krótko, czy mam się nastawiać na rozmowę z Immigration, po co przyjechałam na Hawaje, czy raczej mam być spokojna. Zrozumieją, że podobnie, jak inni i my przyjechaliśmy po ducha Aloha. 

- Zbliżamy się do lotniska w Honolulu. Prosimy o powrót na miejsca i zapięcie pasów.

Niemożliwe! Minęło już sześć godzin? Podróżowanie w tę stronę ma taką właściwość, że wciąż jesteśmy w podobnym punkcie dnia. Jestem sztywna ze zmęczenia. Jak pomyślę, że zamówiłam kwiaty lei na powitanie (lei greeting), to gniew we mnie wzbiera na samą siebie. Nie mam ochoty na żadne kwiaty i kolejną rozmowę z celnikami. Będę musiała się powstrzymywać, żeby nie robić głupich min. 

Wychodzimy. Na dworze zmierzcha, temperatura wynosi około 27 stopni. Strzałki kierują się nas po odbiór bagażu.

- A dlaczego nie sprawdzili nam paszportów? – pyta mama – Chyba coś pominęliśmy, choć z drugiej strony to niemożliwe.

- Nie wiem. Chodźmy po bagaż, może po drodze nas sprawdzą.

Idziemy na dół. Po taśmie jeżdżą już nasze torby. Lotnisko niewielkie, to i szybciej bagaż można odebrać. Baggage Claim jest usytuowany w hali powitań. Przy taśmie stoi kobieta z naszyjnikami białych kwiatów i z tabliczką „Diamond Head Vacation”. Pokazuję nasz voucher i wtedy ona przeciągając samogłoskę „o”, mówi: „Alooooha! Witamy na Hawajach. Jak fajnie, że już jesteście.” – jej radość nie jest udawana. Wkłada nam na szyję wieńce z kwiatów lei, a jej kolega zabiera nas do samochodu. Wszyscy są uśmiechnięci od ucha do ucha, powtarzają słowo „Aloha”. Trochę się obudziłam, zaczynam wyraźniej widzieć. Mam ochotę paść na kolana i ucałować ziemię Kamehamehów. W tej chwili rozpoczęły się prawdziwe wakacje, o których marzyłam w zimowe noce. 


Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które robiłam w trakcie podróży przez Londyn na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big Island i Maui. O tej podróży na Hawaje napisałam książkę, zatytułowaną „W drodze po szczęście. Zapiski z podróży”, dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest też dostępny jeszcze jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla przygotowujących się do wyjazdu na Hawaje"