piątek, 26 czerwca 2015

Nach Berlin - Stadion, na którym przemawiał Adolf Hitler


Wczorajszy koncert AC/DC był super. Kapela grała na stadionie olimpijskim w Berlinie, na którym w latach 30. ubiegłego stulecia przemawiał Adolf Hitler. Ot, taki paradoks! Gitarzysta Angus Young prawie rozebrał się do majtek. Miał bardzo długą solówkę, był sam na scenie, więc moja mama stwierdziła, że pozostali członkowie zespołu są już w drodze na lotnisko, a po Younga przyjedzie trumna, Przeżył, choć oddał wszystkie poty, a po długim jego występie na scenę wrócili muzycy. Było cudnie! Fajerwerki, armaty, confetti. Nawet nie czułam zmęczenia, kiedy przez cały koncert stałam na płycie. Dopiero kiedy ruszyłam się, poczułam zakwasy w nogach. Brak kondycji.

W drodze na koncert przesiadaliśmy się na Dworcu Zoo, na którym w 1990 roku musiałam nocować. Jechałam na studiach z koleżanką do Monachium. Na lotnisku w Berlinie celnicy nie chcieli nas wpuścić do wschodniej części miasta i wyrzucili do Berlina Zachodniego. Ponieważ miałyśmy załatwiony nocleg u znajomych mojego ojczyma w Berlinie Wschodnim, zostałyśmy bez dachu nad głową. Moja koleżanka nie chciała zgodzić się na spanie w hotelu, dlatego pierwsze godziny spędziłyśmy w McDonaldzie, a pozostałe na Dworcu Zoo, tym Dworcu Zoo - miejscu, okrytym w czasach PRL złą sławą. Nie wiem, czy te opowieści o narkomanach i złu, które się miało tam szerzyć nie były wymysłem propagandy. Spędziłyśmy noc bezpiecznie, nie zostałyśmy okradzione. Jedyne, co nam się przytrafiło to zapalenie płuc, na które po tej nocy zapadła Kasia, moja koleżanka. Ale zapaść na tę chorobę mogła w każdym innym miejscu. Był grudzień, a my nocowałyśmy w zimnym miejscu, a następnego dnia rano wyruszyłyśmy stopem do Niemiec Zachodnich. Bardziej winni chorobie byli niemieccy celnicy. W berlińskiej willi znajomych mojego ojczyma byłoby nam cieplej.   

Za chwilę wyruszamy w miasto, zobaczyć pozostałości po NRD. Mój syn ma 17 lat, uczy się w szkole historii współczesnej, więc chcę mu "wtłoczyć" do głowy trochę wiedzy. Przy śniadaniu strasznie narzekał, że znów matka zgotowała mu "fajny" urlop. Powiedział: "No, to mamy powtórkę z Włoch i wielu innych miejsc, w których musieliśmy ganiać i zwiedzać. Odpocząć nie można?" Tylko jak ma się odpoczynek przez cały rok szkolny, to w wakacje trzeba ganiać i uczyć się.  

Angus Young przeżył, natomiast jednego z mężczyzn, którzy słuchali koncertu na płycie wyniesiono nieprzytomnego na noszach. Być może wypił za dużo piwa. Jedno jest pewne: członkowie kapeli AC/DC mają niesamowitą kondycję, szczególnie Angus.  "Old is new Young" to hasło, które wczoraj było widoczne wszędzie. Oldie-Goldie jest nie do zdarcia. 








czwartek, 25 czerwca 2015

Nach Berlin - We made it!

We made it! 4 godz. 40 min, z Warszawy do Berlina. Może to nie jest rekord świata, ale wiem od innych, że przejazd zajmuje o godzinę dłużej. Trasą A2 jechałam kolejny raz. Dziś było wyjątkowo pusto. Gdyby nie to, że co kilka kilometrów trzeba zatrzymywać się przy punktach poboru opłat, to jazda byłaby nużąca. No, ale punkty są, trzeba co chwila hamować i od razu człowiek się budzi. 

Zatrzymaliśmy się na Kurfurstendamm, bardzo fajna okolica. Pod hotelem grają uliczni grajkowie.  Zbieramy się do wyjścia, przed nami koncert AC/DC i stanie na płycie. Mój syn jest wniebowzięty. A ja już zaczynam odliczć czas do powrotu do hotelu.   








środa, 24 czerwca 2015

Nach Berlin - dziś koncert AC/DC

Dziś koncert AC/DC w Berlinie, na którym będziemy. Mam nadzieję, że dojedziemy. Jesteśmy tak zakręceni, że wczoraj omyłkowo wlaliśmy do miski olejowej płyn do spryskiwaczy. Czekamy na lawetę. Nasz wyjazd trochę się opóźni, a tym samochodem chcielibyśmy pojechać do Niemiec.

Berlin jest dla mnie tak blisko i tak daleko. Z tego, co pamiętam, byłam tam tylko dwa razy: w dawnym Berlinie Wschodnim w latach 70., a w zachodniej części po tym, jak zrobiono w murze berlińskim pierwsze dziury. Zresztą mur zapisał mi się w pamięci, ponieważ za pierwszym razem milicja kazała nam przestawić samochód. Zaparkowaliśmy go pod murem i przekroczyliśmy białą linię, namalowaną wokół. Musieliśmy zostawić pojazd w tym miejscu, bo odbieraliśmy moją przyrodnią siostrę, która wracała od mamy z Genewy. Jej pociąg przyjechał na stację w Berlinie Zachodnim. Dyskusji z milicją nie było, podobnie jak w tamtych czasach w naszym kraju. 

Będziemy w Berlinie kilka dni. Chcę pokazać mojemu 17-letniemu synowi pozostałości po NRD, których tam jest niemało. Ponownie wyjeżdża, żeby się czegoś nauczyć. Mam nadzieję, że nie będzie protestował przed nauką. On akurat ma dużo w szkole lekcji, poświęconych historii współczesnej. 

Muzyka AC/DC jest dla mnie do wytrzymania pod warunkiem, że słucham jej z płyty, mam wyłączny dostęp do odtwarzacza i w każdej chwili mogę wyłączyć dźwięk. Nie rozumiem, dlaczego kupiłam bilety na koncert. Czeka mnie 6 godzin z ostrą muzyką rockową, bo sądzę, że przez całą naszą podróż będziemy słuchać playlisty Michała, a później kilka godzin na płycie stadionu olimpijskiego. Na wszelki wypadek Michał ma odpowiednio dużo euro, by po koncercie sam wrócić do hotelu. Pamiętam koncert zespołu Metallica na Stadionie Narodowym. Lubię dwa ich utwory, musiałam odsiedzieć cały koncert. Wszyscy mnie podziwiali, że w moim wieku chciało mi się tam pójść. Powiem tak: ja siebie też podziwiałam. 

Już zabierają samochód. Modlę się, żeby czyszczenie miski olejowej zajęło jak najmniej czasu. Napisałam do hotelu, że przyjedziemy koło północy, ale na koncert jednak nie chciałabym się spóźnić. Ze względu na mojego syna, wielbiciela muzyki AC/DC. 

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Zapiski z podróży Na Hawaje - Opuszczamy Hawaje, a mnie chce się płakać. Za jakie grzechy musimy lecieć do Londynu?! :(

Na całe szczęście przyjechaliśmy na lotnisko w Honolulu dużo przed czasem. W Internecie znalazłam informację o obowiązkowej kontroli bagażu przez inspektorów rolnych. Kontrola ta ma sens: restrykcje w przewozach na trasach poza Hawajami dotyczą owoców, roślin i ślimaków. Mają one zapobiec rozprzestrzenianiu się muszek-owocówek, a także innych insektów oraz chorobom przez nie wywołanym.

Kontrola jest krótka i całkowicie niekłopotliwa. Walizki przepuszczamy przez bramkę podobnie, jak w przypadku kontroli bagażu ręcznego. Możemy iść dalej.

Niestety sama odprawa paszportowo-bagażowa nie jest już taka przyjemna. Z początku obsługa naziemna zachęca nas, byśmy odprawili się w punkcie samoobsługowym, ale niestety nie możemy znaleźć naszych danych w komputerze. Po chwili trafiamy do stanowiska, które obsługuje – na całe szczęście – kobieta, która ma niezmierzone pokłady cierpliwości. Są jej potrzebne, gdyż jest problem z naszymi biletami. Stoimy tu już pół godziny, a celniczka walczy z systemem komputerowym.

Gdy w ubiegłym roku kupowałam bilety, nie zdawałam sobie sprawy z tego, że linie lotnicze mogą splajtować. Na całe szczęście bilety kupiłam w Internetowym biurze podróży prowadzonym przez Hiszpanów, więc o nic się nie martwiłam. Do tego stopnia, że przez kilka miesięcy przyjmowałam od nich maile ze zmienionymi numerami i godzinami lotów, ale ponieważ zmiany te były minimalne, to nawet się nie zastanawiałam, dlaczego są one wprowadzane.

Tuż przed wyjazdem postanowiłam sprawdzić linie lotnicze, którymi mieliśmy lecieć. I wtedy wbiło mnie w fotel, ponieważ pierwsza strona, która wyskoczyła w wyszukiwarce Google informowała o upadku firmy. Wzięłam jednak głęboki oddech, dotleniłam mózg i bardzo powoli, i rzetelnie sprawdziłam wszystkie informacje na ten temat oraz całą korespondencję z biurem podróży. I okazało się, że wszystkie umowy kupna-sprzedaży upadłych linii przejęły linie United Airlines, które i tak miały obsługiwać te loty. Poczułam się bezpiecznie, znacznie bezpieczniej niż polscy turyści, którzy mieli problem z upadłymi biurami podróży w naszym kraju.

Jedynym maleńkim problemem w całej sytuacji było to, że numery, które nam nadano w momencie zakupu biletów nie zgadzały się z numerami linii lotniczych, które nas przejęły. Pomimo, że zmieniono nam numery lotów. Nie bardzo rozumiem, o co chodzi, ale …

Wreszcie wraca celniczka z uśmiechem na twarzy. Dokonała cudu, udało jej się nadać nam numery miejsc na pokładach wszystkich trzech samolotów na trasie do Londynu. Trzech? No właśnie… Miały być dwa loty w drodze powrotnej. Ponieważ linie lotnicze splajtowały, United Airlines zamieniło nam dwa loty na trzy. Zamiast technicznego postoju, zwykłego zatankowania paliwa w San Francisco lub ewentualnej szybkiej zmiany samolotu, o czym była mowa w potwierdzeniu zakupu biletów, zafundowano nam regularną przesiadkę. Zamiast dwudziestu dwóch i pół godziny lotu, wliczając w to tranzyt, mamy być w podróży ponad dwadzieścia sześć godzin. To naprawdę długo. Doliczmy do tego trzy godziny, które przeznaczyliśmy na odprawę, czas od wstania do położenia się do łóżka. Wcale nie chce mi się myśleć, jak długo będziemy w podróży i czy uda nam się zdrzemnąć choć godzinkę.


Idziemy przez rękaw do samolotu. Patrzę przez okna na płytę lotniska. Właśnie uświadomiłam sobie, że opuszczamy Hawaje. Gdybyśmy teraz nie lecieli na sześć dni do Londynu, tylko prosto do Polski, płakałabym jak bóbr. Bardzo mi się tu podobało. Przez moją głowę przelatują piękne obrazy wulkanów, wodospadów, fal morskich, wybrzeży klifowych i zachodów słońca. Tańczących Hawajek i tancerzy ognia. Uśmiechnięte twarze tubylców, powtarzających bez końca słowo Aloha. Na pewno tu wrócimy. Może zimą, by podziwiać wieloryby i wjechać na ośnieżony szczyt Mauna Kea? Wrzuciliśmy monetę do kominów parowych w Parku Wulkanów. Zostawiliśmy sobie kilka miejsc, by zobaczyć je później … kiedyś. Głęboko wierzę, że wszystko to sprawi, że jeszcze się tu nie raz wybierzemy.  

Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które robiłam w trakcie podróży przez Londyn na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big Island i Maui. O tej podróży na Hawaje napisałam książkę, zatytułowaną „W drodze po szczęście. Zapiski z podróży”, dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest też dostępny jeszcze jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla przygotowujących się do wyjazdu na Hawaje". 





niedziela, 21 czerwca 2015

Zapiski z podróży na Hawaje - Makabra i "strachy na lachy"

Dziś wieczorem jedziemy na wycieczkę w miejsca nawiedzane przez duchy przodków i uświęcone krwią poległych – Orbs of O`ahu Ghost Night Tour. Start o 20.00.

Wyspy hawajskie, a szczególnie ta, na której obecnie się znajdujemy znane są na całym świecie z działania sił nadprzyrodzonych. Wzrost ludności i rozwój przemysłowy spowodował, że przez lata wiele rejonów wyspy zamieniono w dzielnice metropolii lub podmiejskie rezydencje. Taki ogromny postęp wymusił urbanizację. Zaczęto stawiać budynki w miejscach, w których dawniej chowano zmarłych, tamtędy także poprowadzono drogi. Wiodły one przez las tropikalny, nietknięty ręką człowieka od początku dziejów. Pomimo, iż podjęto działania, by uratować dziedzictwo kulturowe przodków, ich spokój został zakłócony. Tak przynajmniej twierdzi nasz przewodnik.

Jedziemy właśnie drogą, przy której nie ma latarni. Za chwilę wysiądziemy w miejscu, które nazywa się Morgan`s Corner. „Cieszy” się ono złą sławą. To tu popełniono dwa morderstwa, pierwsze w 1948 roku. Dwóch zbiegłych więźniów włamało się do domu 68-letniej wdowy Theresy Wilder. Związali ją i zakneblowali, nieprzytomną zostawili w łóżku. Złamana w czasie szamotaniny szczęka i ciasno zawiązany knebel przyśpieszyły jej śmierć. Kilka dni później złapano morderców i osądzono. Pod wpływem tej sprawy rozpoczęła się debata publiczna o karze śmierci w stanie Hawaje.

Poza tym, że jest bardzo ciemno, Morgan`s Corner wygląda jak każde inne miejsce na wyspie. Nawet nie mam pewności, że przywieźli nas we właściwe. W lokalnych mediach zastanawiano się swego czasu, gdzie znajduje się Morgan`s Corner. A może gdzie indziej?

W tym miejscu podobno popełniono także drugie morderstwo. Pewnej nocy młoda para zaparkowała samochód pod drzewem, a kiedy do niego wróciła okazało się, że silnik nie daje się uruchomić. Mężczyzna zostawił swoją ukochaną, a sam poszedł w kierunku autostrady, by zorganizować pomoc. Dziewczyna ze zmęczenia usnęła i przez sen słyszała, jak gałęzie obijają się o dach samochodu. Dochodził do niej dźwięk skrobania. Była to wyjątkowo wietrzna noc. Rano obudziła ją policja. Kazano jej wysiąść z samochodu i poproszono, żeby nie oglądała się za siebie. Ona jednak nie wytrzymała. Z ciekawości obróciła się i zobaczyła swojego ukochanego, który z rozciętym torsem wisiał na drzewie do góry nogami, drapiąc paznokciami o dach samochodu.

Makabra! Stoimy przed tym drzewem, a przewodnik prosi, żebyśmy wytężyli wzrok, to może zobaczymy ducha zamordowanego mężczyzny. Nic nie widzę. Wracamy do autokaru. Jedziemy dalej. Na razie Michał ziewa. Jakoś nie wierzy w te opowieści. Nie wierzy w nie również dziennikarka „Honolulu Magazine” Christine Hitt, która bardzo dokładnie zbadała sprawę. Sprawdziła stanowy rejestr morderstw (The Hawaii State Archives for murder references), bibliotekę stanową (The Hawaii State Library), a także skontaktowała się z kuratorem muzeum, w którym poprzez eksponaty i organizowane prelekcje opowiada się o egzekucji prawa w Stanach Zjednoczonych (The Law Enforcement Museum). Nigdzie nie znalazła informacji o rzekomym morderstwie młodego mężczyzny w Morgan`s Corner. Jedynie o zabójstwie Theresy Wilder.

Na razie oglądamy po ciemku same krzaki i drzewa. Przewodnik opowiada niestworzone rzeczy, a my mamy mu wierzyć. Najstraszniejsze jest to, że nie mamy ze sobą latarki i oświetlamy ścieżkę światłem z telefonów komórkowych. Nie chcemy połamać nóg.

Kolejne miejsce, w którym ktoś kogoś zabił. Przynajmniej stąd jest piękny widok na Honolulu by night (Honolulu nocą). Nie pasuje on kompletnie do mrożącej krew w żyłach historii. Jesteśmy nad autostradą, a w dole migoczą światełka metropolii.

Jedziemy na cmentarz chiński w Mānoa. Może tam zobaczymy duchy J.

Mānoa jest doliną, która znajduje się na przedmieściach Honolulu, zaledwie 3 mile od jego centrum, a mniej niż 1 milę od Ala Moana i plaży Waikiki. Stanowi podmiejskie osiedle mieszkaniowe. Pada tu prawie codziennie, dzięki czemu tęcze nie są rzadkością. Od tego zjawiska swoje nazwy wzięły drużyny sportowe Uniwersytetu Hawajskiego: Rainbow Warriors (tęczowi wojownicy) i Rainbow Wahine (tęczowe kobiety). Tu też znajduje się sam uniwersytet.

Mānoa jest miejscem, w którym powstały pierwsze na Hawajach plantacje trzciny cukrowej i kawy. Hawaje to także jedyny stan, w którym uprawia się kawę na skalę przemysłową. Mānoa w języku hawajskim znaczy „gruba, solidna, rozległa, głęboka”.

Pośrodku doliny usytuowany jest chiński cmentarz, na który właśnie wjeżdżamy. Nie jestem staroświecka, ani bogobojna, ale uważam, że jeżdżenie autokarem pomiędzy nagrobkami to lekka przesada. Co innego wieziona na cmentarzu trumna, trzeba ją jakoś przewieźć, ale zakłócanie spokoju zmarłych tylko dla wygody turystów, to naprawdę brak szacunku dla jakiejkolwiek świętości. A podobno tu straszy. Tak twierdzi nasz przewodnik. Czyżby biuro, organizujące wycieczkę nie bało się zemsty przodków?

Wielu wierzy, że żadne inne miejsce na O`ahu nie jest tak nawiedzane przez duchy jak dolina Mānoa. Całe pokolenia Hawajczyków od początku istnienia aż do przybycia na wyspy pierwszych emigrantów chińskich osiedlały się tu – tu mieszkały za życia i po śmierci. Niektórzy z nich pomimo, że odeszli, nie opuścili ziemskiego padołu. Wielu też twierdzi, że na cmentarzu straszy. Ludzie opowiadają sobie historie o ognikach i wirujących kulach światła, które fruwają ponad grobami. Hawajczycy nazywają te ogniste kule akua lele (Flying Gods / latający bogowie). Z innej opowieści dowiadujemy się o dzieciach, które zostały tu pochowane. Ich dusze odpoczywają za dnia, by w nocy wychodzić z grobów i szukać zabawy. Ponoć niektórzy słyszeli ich śmiech, a czasami płacz. Miejscowy gawędziarz Glen Grant twierdzi, że któregoś razu był na cmentarzu późnym wieczorem i usłyszał płacz dziecka. Gdy podszedł do miejsca, skąd dochodził dźwięk, ujrzał małą dziewczynkę, która chowała się za tablicą nagrobną. Gdy zapytał ją, co tu robi, nic nie odpowiedziała, lecz zniknęła, rozpłynęła się w powietrzu. Wtedy zdał sobie sprawę, że widział ducha dziewczynki, pochowanej na tym cmentarzu.

Jednej dziewczynie z naszej grupy udzieliła się psychoza, spowodowana tymi opowieściami. Stoimy przy bramie Mānoa Chinese Cemetery – Welcome Gate. W dole widać dolinę. Tu przynajmniej jest ciekawie. Dookoła piękne azjatyckie nagrobki, mnóstwo małych pagód, figury władców Imperium Chińskiego. Nagle dobiega do moich uszu rozmowa dziewczyny z przewodnikiem. Stoję, jak osłupiała. Mimowolnie opada mi szczęka. Oto, co słyszę:

- I zobaczyłam białe światło, takie blade. Czy myślisz, że był to duch?

Ciekawa jestem, co jej na to odpowie przewodnik.

- Tak, to z całą pewnością duch. Gdzie go dokładnie widziałaś?

Dziewczyna wskazuje ręką miejsce nad pobliskimi grobami.

-  O tam, to światło tak zawirowało i odleciało.

Okazuje się, że Michał też się przysłuchuje rozmowie. Podchodzi do mnie.

- Czy Ty słyszysz, co ona wygaduje? Chyba się czegoś napaliła. Zapytajmy ją, co wzięła, żeby nie brać tego samego, bo jest to niebezpieczne.

I odszedł. Przewodnik zagania nas w pobliże drzewa, które rośnie tu od 150 lat i jest uznane za wrota pomiędzy życiem doczesnym a życiem wiecznym. Kolejna interesująca opowieść.

Drzewo to jest ogromne, przypomina trochę figowiec bengalski (drzewo banyan). Jest rozłożyste i kiedyś stanęło w płomieniach, więc za długo nie można w nim (wchodzi się do środka) przebywać, chyba że w kombinezonie ognioodpornym. Może ponownie się zapalić. Genialnie „wiarygodna” opowieść!

Przewodnik prosi, żeby na ochotnika zgłaszać się do wejścia do środka drzewa, które jest pęknięte w ten sposób, że łatwo w nim stanąć bez potrzeby garbienia się. Podobno w jego środku działają takie moce, że można bez słów porozumiewać się ze zmarłymi bliskimi.

Wchodzi pierwsza para. Moc nie działa, nic nie czują, nikt lub nic im nic nie przekazuje. Najwyraźniej nie są podatni na działania z zaświatów.

Na cmentarz wjechał wóz policyjny. Ciekawa jestem, czy organizator ma pozwolenie na bezczeszczenie świętości i zakłócanie spokoju zmarłych, czy też za chwilę rozpęta się afera, że nasze dwa autokary stoją pomiędzy grobami. Ciekawe też, czy policja pilnuje żywych czy zmarłych. Czy tutejsze duchy stwarzają problemy?

Chyba jednak mamy pozwolenie na wjazd, skoro policjant pomachał ręką naszemu przewodnikowi i pojechał dalej. Ja już mam dość tej szopki i chce mi się spać. Jest już po północy. Na całe szczęście chiński cmentarz jest ostatnim miejscem na trasie wycieczki. Stąd jedziemy prosto do hotelu.

Wraca Michał.

- Ale jaja! Ty wiesz, jak przed chwilą jedna z dziewczyn "załatwiła" przewodnika? On ją zapytał, czy czuje obecność bliskich zmarłych, a ona mu na to, że czuje ciężar na ramieniu. To on stwierdził, że to na pewno ręka ducha, a ona mu powiedziała: „Nie, to ciąży mi mój sweter”. Facet się załamał, ogłosił powrót do Honolulu. Za chwilę odjeżdżamy.


Uwielbiam hawajskie bajanie, ale chcę do hotelu. Jutro w południe jedziemy na plany zdjęciowe filmów i seriali hollywoodzkich. Mam nadzieję, że będzie fajnie. 

Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które robiłam w trakcie podróży przez Londyn na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big Island i Maui. O tej podróży na Hawaje napisałam książkę, zatytułowaną „W drodze po szczęście. Zapiski z podróży”, dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest też dostępny jeszcze jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla przygotowujących się do wyjazdu na Hawaje". 







sobota, 20 czerwca 2015

Zapiski z podróży na Hawaje - Dajcie mi kierownika sali!!!

 Idziemy w kierunku Ala Moana Boulevard. Jesteśmy na Beachwalk. Ponownie trafiamy na Hard Rock Cafe. W Lahainie zjedliśmy dobrą kolację, może dobrym pomysłem jest lunch w Hard Rocku w Honolulu. Moja rodzina się zgadza. Wchodzimy do środka.

Przechodzimy przez sklep, by schodami dotrzeć na górę do kawiarni. Tuż nad klatką schodową pod sufitem zawieszono mnóstwo gitar. Docieramy na ostatni stopień. Tu okazuje się, że „dywan” gitar ciągnie się od podłogi przez sufit aż do wyjścia do lanai – na taras. Michał pada właśnie na kolana i zaczyna bić pokłony. On – jak już pisałam – ma bzika na punkcie muzyki, ale jego bzik przeszedł w ostrą fazę. Podchodzi do nas kelnerka. Udaję, że nie mam nic wspólnego z tym dzieckiem. 

- Poprosimy stolik dla trzech osób – próbuję nie patrzeć na mojego syna, ale kątem oka widzę, co on wyczynia. Jakby bił pokłony Allahowi, zwrócony twarzą w stronę Mekki.

- Wolałabym stolik w lanai – nie chcę patrzeć na cyrk, który tutaj urządza. Chciałabym się wynieść na taras.

- Polecałabym stół na środku sali, bo przy nim obowiązuje happy hour (specjalna oferta w porze lunchu) – zachęca nas kelnerka.

„Świetnie”, stół jest dwa kroki od mojego syna, który powoli staje się centrum zainteresowania tych wszystkich, którzy chcieliby w spokoju zjeść lunch. Trudno, zgadzam się, niech będzie happy hour.

- Dajcie mi natychmiast kierownika sali – moje dziecko wpada niemalże na stół –  Muszę mieć te gitary. Myślisz, że mógłbym wytargować przyzwoitą cenę?

On chyba oszalał, poszybował w swojej wyobraźni daleko w kosmos i jeszcze stamtąd nie wrócił.

- Tak, na pewno opuści ceny specjalnie dla Ciebie. Jak chcesz, to go sam szukaj i się targuj. Czy tymczasem wybierzesz sobie sam danie, czy mamy to zrobić za Ciebie?

- Zróbcie za mnie – i już go przy nas nie ma.

„Dywan” gitar to dość efektowny, ale nie najdroższy element wystroju Hard Rock Cafe. Na ścianach w gablotach wiszą oryginalne instrumenty i ubrania takich zespołów i wykonawców, jak The Beatles, Johnny Cash, Elvis Presley, Jack Lord, Elton John, Tommy Lee, Ben Harper i jeszcze kilku. Zajmują one wszystkie ściany i dają efekt „WOW!!!”.

- Babciu, zamiana, usiądź na moim miejscu – moje dziecko łaskawie wróciło do stołu. Chodzi mu o to, że babcia siedzi przodem do „dywanu” gitar, a on musiałby siedzieć doń tyłem. Babcia zrezygnowana zamienia się miejscami, a Michał zaczyna automatycznie jeść danie, bez przerwy wpatrując się w zawieszone pod sufitem gitary. Gdy był młodszy, w marinie na Lazurowym Wybrzeżu bardzo chciał kupić dwa skutery, które niestety były do sprzedania i były na nich tabliczki z numerami kontaktowymi. Za każdym razem, kiedy koło nich przechodziliśmy, odbywał się ten sam cyrk: moje dziecko kazało mi wyjmować z torby komórkę i natychmiast dzwonić, bo ktoś mógłby nas ubiec. I koniecznie miałam mu kupić dwa skutery, bo ono nie wiedziało, na który ma się zdecydować. Jeszcze wcześniej w sklepie sportowym na Krupówkach w Zakopanem upierało się przy zakupie kasku do skoków narciarskich, bo będzie tak latać jak Małysz. A gdy mu odmówiłam, wyciągnąwszy wcześniej ze sklepu, padł na środku Krupówek na kolana i zaczął walić głową o chodnik. Na całe szczęście był to środek mroźnej zimy, a na chodniku leżała gruba warstwa śniegu, bo nikt tam nie odśnieżał. Zostawiłam go samego, ponieważ nie mogłam się z nim w żaden sposób porozumieć. Znajoma, z którą spacerowaliśmy wzięła na siebie rolę negocjatora i niestety obiecała mu, że mamusia kupi ten kask, ale nie teraz, tylko za kilka dni. W czasie tamtego wyjazdu nie ryzykowałam ponownego spaceru po Krupówkach.

Hickory-Smoked Bar-B-Que Combo to danie, które zamówiliśmy. To wybór trzech gatunków mięsa: żeberek i kurczaka, pieczonych na Bar-B-Que oraz wędzonej wieprzowiny. Pyszne!

Jako aperitif i deser mam Strawberry Margheritę, która jest odpowiednio schłodzona i soczyście czerwona. Nastrojona pozytywnie schodzę do sklepu, w którym kupuję Michałowi kurtkę na otarcie łez po nieudanych poszukiwaniach kierownika sali. Sobie też robię zakupy. 


Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które robiłam w trakcie podróży przez Londyn na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big Island i Maui. O tej podróży na Hawaje napisałam książkę, zatytułowaną „W drodze po szczęście. Zapiski z podróży”, dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest też dostępny jeszcze jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla przygotowujących się do wyjazdu na Hawaje". 









piątek, 19 czerwca 2015

Zapiski z podróży na Hawaje - Usta czerwone jak flaga ZSRR

Mamy dwie godziny do odlotu. Sami nie wiemy, o której powinniśmy być na lotnisku. Normalnie obowiązują tu te same zasady, co przy lotach międzynarodowych, ale akurat lotnisko Kapalua jest mikroskopijnej wielkości i odprawa odbywa się niezwykle szybko.

- Polećcie samolotem, który startuje za 5 minut – proponuje celniczka.

- Bo ja wiem – zaczynam się zastanawiać – Mamy zamówiony transport na odpowiednią godzinę. Sama nie wiem.

- Na lotnisku w Honolulu macie więcej możliwości, żeby „zabić” czas niż u nas. My mamy tylko automat z napojami. Naprawdę są miejsca w tym samolocie, możecie szybciej znaleźć się na O`ahu.

Decydujemy się na wcześniejszy lot. Później będziemy się martwić transportem.

Lecimy nad oceanem. W dole widać mnóstwo białych punktów i kresek tak, jakby ktoś rozrzucił kłębki waty. Z góry wyglądają na nieruchome. Gdy się uważniej przyglądam, widzę, że te kłębki są wzburzone. To fale, mnóstwo fal jak okiem sięgnąć.

Przedwczoraj jedliśmy kolację na statku, podziwialiśmy zachód słońca. Ja przeżyłam, Michał nie mógł mnie zabić. Główne danie, które musiałam wybrać jeszcze w Polsce zimą tego roku, kiedy składałam przez Internet zamówienie okazało się przepyszne. To Nut Crusted Mahi Mahi, potrawa z ryby mahi mahi z orzechami Macadamia. Mahi mahi to złota makrela, zwana koryfeną, która występuje w wodach tropikalnych i subtropikalnych całego świata. Tu została upieczona z dodatkiem mleka kokosowego, a pod koniec pieczenia dodano podsmażone na maśle orzechy, mąkę i panko, malutkie grzanki z chleba japońskiego, takie, jak nasze do zupy-krem lub zupy cebulowej. Pomimo, że mahi mahi to drapieżnik, ryba jest delikatna i rozpływa się w ustach. Mniam!!! J
Na moje szczęście rejs na Maui różnił się diametralnie od tego na O`ahu. Nie było tam „cepelii”, nikt nam nie grał, nie tańczył. Stoliki ustawione były na otwartym górnym pokładzie, z którego podziwialiśmy widoki.
Podobnie luau. Był tak samo udany, jak poprzednio, ale tym razem byli z nami Rosjanie. Szczególnie jedna z pań wprawiła Michała w prawdziwe zdumienie. Wyglądała, jakby uciekła z rosyjskiego panoptikum. Włosy miała tlenione, prawie białe, które przypominały bożonarodzeniowy anielski włos. Bardzo sztuczne. Z rzęs skapywała jej mascara, usta miała napompowane i czerwone, jak flaga ZSRR, a na policzkach – dwie wielkie różowe plamy. Do tego uginała się pod złotą biżuterią. Koszmar na dwóch nogach! Ta kobieta raziła swoim wyglądem tak, że musiałam mrużyć oczy, żeby nie oślepnąć. Podobno mojej mamie udało się zrobić jej zdjęcie, choć prosiłam, żeby ich nie prowokować.
Policzyliśmy też, jak długo księżyc schodzi do oceanu – półtorej godziny. To naprawdę bardzo krótko.

Minęło 35 minut i już lądujemy w Honolulu. Na O`ahu czeka nas jeszcze kilka atrakcji. 


Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które robiłam w trakcie podróży przez Londyn na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big Island i Maui. O tej podróży na Hawaje napisałam książkę, zatytułowaną „W drodze po szczęście. Zapiski z podróży”, dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest też dostępny jeszcze jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla przygotowujących się do wyjazdu na Hawaje".