poniedziałek, 22 czerwca 2015

Zapiski z podróży Na Hawaje - Opuszczamy Hawaje, a mnie chce się płakać. Za jakie grzechy musimy lecieć do Londynu?! :(

Na całe szczęście przyjechaliśmy na lotnisko w Honolulu dużo przed czasem. W Internecie znalazłam informację o obowiązkowej kontroli bagażu przez inspektorów rolnych. Kontrola ta ma sens: restrykcje w przewozach na trasach poza Hawajami dotyczą owoców, roślin i ślimaków. Mają one zapobiec rozprzestrzenianiu się muszek-owocówek, a także innych insektów oraz chorobom przez nie wywołanym.

Kontrola jest krótka i całkowicie niekłopotliwa. Walizki przepuszczamy przez bramkę podobnie, jak w przypadku kontroli bagażu ręcznego. Możemy iść dalej.

Niestety sama odprawa paszportowo-bagażowa nie jest już taka przyjemna. Z początku obsługa naziemna zachęca nas, byśmy odprawili się w punkcie samoobsługowym, ale niestety nie możemy znaleźć naszych danych w komputerze. Po chwili trafiamy do stanowiska, które obsługuje – na całe szczęście – kobieta, która ma niezmierzone pokłady cierpliwości. Są jej potrzebne, gdyż jest problem z naszymi biletami. Stoimy tu już pół godziny, a celniczka walczy z systemem komputerowym.

Gdy w ubiegłym roku kupowałam bilety, nie zdawałam sobie sprawy z tego, że linie lotnicze mogą splajtować. Na całe szczęście bilety kupiłam w Internetowym biurze podróży prowadzonym przez Hiszpanów, więc o nic się nie martwiłam. Do tego stopnia, że przez kilka miesięcy przyjmowałam od nich maile ze zmienionymi numerami i godzinami lotów, ale ponieważ zmiany te były minimalne, to nawet się nie zastanawiałam, dlaczego są one wprowadzane.

Tuż przed wyjazdem postanowiłam sprawdzić linie lotnicze, którymi mieliśmy lecieć. I wtedy wbiło mnie w fotel, ponieważ pierwsza strona, która wyskoczyła w wyszukiwarce Google informowała o upadku firmy. Wzięłam jednak głęboki oddech, dotleniłam mózg i bardzo powoli, i rzetelnie sprawdziłam wszystkie informacje na ten temat oraz całą korespondencję z biurem podróży. I okazało się, że wszystkie umowy kupna-sprzedaży upadłych linii przejęły linie United Airlines, które i tak miały obsługiwać te loty. Poczułam się bezpiecznie, znacznie bezpieczniej niż polscy turyści, którzy mieli problem z upadłymi biurami podróży w naszym kraju.

Jedynym maleńkim problemem w całej sytuacji było to, że numery, które nam nadano w momencie zakupu biletów nie zgadzały się z numerami linii lotniczych, które nas przejęły. Pomimo, że zmieniono nam numery lotów. Nie bardzo rozumiem, o co chodzi, ale …

Wreszcie wraca celniczka z uśmiechem na twarzy. Dokonała cudu, udało jej się nadać nam numery miejsc na pokładach wszystkich trzech samolotów na trasie do Londynu. Trzech? No właśnie… Miały być dwa loty w drodze powrotnej. Ponieważ linie lotnicze splajtowały, United Airlines zamieniło nam dwa loty na trzy. Zamiast technicznego postoju, zwykłego zatankowania paliwa w San Francisco lub ewentualnej szybkiej zmiany samolotu, o czym była mowa w potwierdzeniu zakupu biletów, zafundowano nam regularną przesiadkę. Zamiast dwudziestu dwóch i pół godziny lotu, wliczając w to tranzyt, mamy być w podróży ponad dwadzieścia sześć godzin. To naprawdę długo. Doliczmy do tego trzy godziny, które przeznaczyliśmy na odprawę, czas od wstania do położenia się do łóżka. Wcale nie chce mi się myśleć, jak długo będziemy w podróży i czy uda nam się zdrzemnąć choć godzinkę.


Idziemy przez rękaw do samolotu. Patrzę przez okna na płytę lotniska. Właśnie uświadomiłam sobie, że opuszczamy Hawaje. Gdybyśmy teraz nie lecieli na sześć dni do Londynu, tylko prosto do Polski, płakałabym jak bóbr. Bardzo mi się tu podobało. Przez moją głowę przelatują piękne obrazy wulkanów, wodospadów, fal morskich, wybrzeży klifowych i zachodów słońca. Tańczących Hawajek i tancerzy ognia. Uśmiechnięte twarze tubylców, powtarzających bez końca słowo Aloha. Na pewno tu wrócimy. Może zimą, by podziwiać wieloryby i wjechać na ośnieżony szczyt Mauna Kea? Wrzuciliśmy monetę do kominów parowych w Parku Wulkanów. Zostawiliśmy sobie kilka miejsc, by zobaczyć je później … kiedyś. Głęboko wierzę, że wszystko to sprawi, że jeszcze się tu nie raz wybierzemy.  

Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które robiłam w trakcie podróży przez Londyn na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big Island i Maui. O tej podróży na Hawaje napisałam książkę, zatytułowaną „W drodze po szczęście. Zapiski z podróży”, dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest też dostępny jeszcze jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla przygotowujących się do wyjazdu na Hawaje". 





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz