Moje dziecko ponownie wzięło się za hawajskie autostrady.
Teraz faktycznie przyznaję mu rację. Ktoś, kto nazwał tę drogę Highway to Hana był albo pijany, albo
niepoczytalny. Przecież wystarczyłaby nazwa Road
to Hana i nikt by nie pękał ze śmiechu.
Widoki
za to są przepiękne. Po lewej stronie widzimy kanał i porośnięte roślinnością
góry na drugim brzegu, po prawej co i rusz napotykamy wodospady: mniejsze i
większe. Podobno miejscowość Hana niczym się nie wyróżnia, warto do niej
pojechać właśnie dla tych widoków za oknem. W sierpniu 2000 roku Prezydent Bill
Clinton nadał tej drodze nazwę „Hana Millenium Legacy Trail” (Milenijny Szlak
Dziedzictwa), a rok później została ona wprowadzona do National Register of
Historic Places (Narodowy Rejestr Miejsc Historycznych).
Miejscowość
Hana, odizolowana od świata jest podobno ostatnim niezmienionym przez człowieka
tropikalnym rajem. Poruszanie się samochodem po Highway to Hana wymaga rzeczywiście cierpliwości i czujności
kierowcy, dlatego co chwila się zatrzymujemy, bym i ja mogła bezpiecznie
podziwiać widoki i wodospady, obok zachodów słońca największą na wyspach
atrakcję. Nie wiem, ilu turystów decyduje się jechać 85 km przez 2,5 godziny,
bo podobno tyle czasu zajęłoby nam dojechanie do Hany, gdybyśmy nie robili
sobie przystanków.
Ponownie
wsiadamy do samochodu. Po drodze pokonamy 620 zakrętów, 59 mostów, z których 46
jest jednokierunkowych. Z tego powodu wleczemy się, ale naprawdę na
„autostradzie” do Hany są wiecznie ograniczenia, przeważnie do … UWAGA! – ośmiu
mil na godzinę (12.8 km/h) i co chwila odbywa się ruch wahadłowy. Muszę uważać
na samochody, jadące z naprzeciwka. Jeśli one pojawią się wcześniej w polu
widzenia, to ja niestety muszę czekać na swoją kolej. I w ten sposób muszę
pokonać w sumie 46 mostków. „Rewelacja”!
W
przewodniku przeczytałam – na całe szczęście dziś rano – że droga do Hany jest
bardzo niebezpieczna i każdy, kto korzysta z wynajętego samochodu powinien
poinformować o planowanej wycieczce agencję wynajmu. Piszę „na całe szczęście”,
bo jeszcze – nie daj, Boże! – zdradziłabym swoje plany i musiałabym dopłacić do
ubezpieczenia.
Zatrzymujemy
się w zatoczce. Nauczeni doświadczeniem zabraliśmy z domu jedzenie. Do tej pory
nie natknęliśmy się na żadną knajpkę. Prawdę mówiąc, w tej scenerii naprawdę
trudno byłoby wygospodarować teren pod punkt usługowy. Przed wyjazdem zrobiłam
farfalle z sosem pesto z orzechami Macadamia. Zjemy szybko i jedziemy dalej.
Rozdaję talerze pełne potrawy, daję mamie i Michałowi po puszce Dr Peppera, dla
siebie mam napój dietetyczny. Wtem słyszę krzyk, wrzask, szamotaninę.
Podskakuję do drzwi od strony pasażera i widzę, jak wielki, piękny robak w
kolorze pomarańczowo-czerwonym wspina się po ich wewnętrznej stronie. Co się
okazuje: zwabił go Michała makaron z sosem pesto. Pierwszy raz w czasie naszego
urlopu na Hawajach zobaczyłam robaka, czyli one jednak się czają za rogiem.
Robak
wpadł do klimatyzacji. Mama proponuje, żebyśmy zużyli trochę MUGGI DEET,
opryskując nią wloty do klimatyzatora. Bardzo szybko zaczyna śmierdzieć
preparatem, zwłaszcza że moje dziecko wpadło na pomysł i robi robalowi na
przemian saunę i kriokomorę. Zmienia szybko temperaturę od minimum do maksimum.
Ciekawa jestem, czy robak przetrzyma te zabiegi, bo ja za chwilę „odjadę”.
Zaczyna mnie boleć głowa i jest mi słabo.
-
Otwórz klimatyzację – proponuje mama.
Otwieram
ją. „Pijany” pomarańczowo-czerwony robal wychodzi i dostaje ode mnie w głowę
patykiem, który wcześniej zgarnęłam z pobocza. Spada on na ziemię, turla się
pod podwozie, a my odjeżdżamy z piskiem opon. Otwieramy okna, bo trzeba wywiać
ten smród z samochodu.
Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które
robiłam w trakcie podróży przez Londyn na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big
Island i Maui. O tej podróży na Hawaje napisałam książkę, zatytułowaną „W
drodze po szczęście. Zapiski z podróży”, dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest
też dostępny jeszcze jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla
przygotowujących się do wyjazdu na Hawaje".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz