poniedziałek, 15 czerwca 2015

Zapiski z podróży na Hawaje - Lody jak piana do golenia

Jesteśmy w środku tętniącej życiem Lahainy. Uratowani. Udało nam się dojechać do stacji benzynowej na oparach benzyny. Czujemy się przeszczęśliwi. Jak mało brakuje człowiekowi do szczęścia? Jak mało brakuje, by poczuł się bezpiecznie? Rozpiera nas radość.

- Mamo, czy mogę kupić sobie lody?

Michał stoi przy budce z shave ice (shave – golić, ice – lody). Słowo „golić” w nazwie lodów nie jest dodane bez powodu. Ekspedientka pyta nas o rozmiar i smaki. Michał prosi o małe lody o smaku malin, pomarańczy i kiwi. Kobieta bardzo sprawnie napełnia kielich lodami z automatu. Mam skojarzenie z Carpigiani. Zajadałam się nimi, jak byłam w wieku szkolnym. Lody Shave ice mają fakturę piany do golenia, stąd ich nazwa jest tak odpowiednia. Miała być mała porcja, a kielich jest wielki. Jeżeli te są małe, to jak wygląda duża porcja?

- Czy są jeszcze większe porcje? – pytam, nie dowierzając.

- Tak. Ta porcja jest mała – upewnia mnie ekspedientka.

W USA dużo potraw jest w rozmiarze XXL, nawet jeśli są one dla jednej osoby. Teraz kobieta bierze do ręki butelki z sosami i zabarwia lody na kolory: malinowy, pomarańczowy i zielony.

Idziemy do stolika. Myślę, że minie pół godziny, nim Michał zje całą porcję. Zaczynam wiercić się na krześle i w końcu zostawiam go samego na polu walki. Kuszą mnie sklepy. Kiedy wracam, okazuje się, że Michał zjadł lody do połowy i ma już dosyć.

- Teraz Twoja kolej. Jedz – podsuwa mi kielich pod nos.


Patrzę na niego spode łba. Dobrze, spróbuję, ale zmuszać się nie zamierzam. Smakują, jak lody zrobione z mrożonego napoju owocowego. Odsuwam, nie będę ich jadła. Pamiętam moje pierwsze lody o smaku soku pomarańczowego. Kupiłam je w pobliżu County Hall, dawnej siedziby władz Londynu. Było to w odległej przeszłości, kiedy nie było jeszcze London Eye, które obecnie dumnie „króluje” nad Tamizą. Szłam sobie po moście Westminster, usiłowałam rozsmakować się w lodach, które były tak naprawdę zamrożoną wodą z dodanym barwnikiem pomarańczowym. Moje rozczarowanie było tak wielkie, że niewiele myśląc wzięłam zamach i wyrzuciłam lody, które niczym pocisk dalekiego zasięgu poszybowały w dół do rzeki. Całe szczęście, nie było w pobliżu policjantów, bo takie zachowanie mogłoby mnie kosztować £200. I jeszcze jedno przyszło mi teraz do głowy: Czyżby moje dziecko miało tę swoją „nieznośną lekkość bytu” po mnie? O, nie !!! 

Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które robiłam w trakcie podróży przez Londyn na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big Island i Maui. O tej podróży na Hawaje napisałam książkę, zatytułowaną „W drodze po szczęście. Zapiski z podróży”, dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest też dostępny jeszcze jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla przygotowujących się do wyjazdu na Hawaje". 





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz