Jesteśmy w środku tętniącej życiem Lahainy. Uratowani.
Udało nam się dojechać do stacji benzynowej na oparach benzyny. Czujemy się
przeszczęśliwi. Jak mało brakuje człowiekowi do szczęścia? Jak mało brakuje, by
poczuł się bezpiecznie? Rozpiera nas radość.
-
Mamo, czy mogę kupić sobie lody?
Michał
stoi przy budce z shave ice (shave –
golić, ice – lody). Słowo „golić” w nazwie lodów nie jest dodane bez powodu.
Ekspedientka pyta nas o rozmiar i smaki. Michał prosi o małe lody o smaku
malin, pomarańczy i kiwi. Kobieta bardzo sprawnie napełnia kielich lodami z
automatu. Mam skojarzenie z Carpigiani. Zajadałam się nimi, jak byłam w wieku
szkolnym. Lody Shave ice mają fakturę
piany do golenia, stąd ich nazwa jest tak odpowiednia. Miała być mała porcja, a
kielich jest wielki. Jeżeli te są małe, to jak wygląda duża porcja?
-
Czy są jeszcze większe porcje? – pytam, nie dowierzając.
-
Tak. Ta porcja jest mała – upewnia mnie ekspedientka.
W
USA dużo potraw jest w rozmiarze XXL, nawet jeśli są one dla jednej osoby.
Teraz kobieta bierze do ręki butelki z sosami i zabarwia lody na kolory:
malinowy, pomarańczowy i zielony.
Idziemy
do stolika. Myślę, że minie pół godziny, nim Michał zje całą porcję. Zaczynam
wiercić się na krześle i w końcu zostawiam go samego na polu walki. Kuszą mnie
sklepy. Kiedy wracam, okazuje się, że Michał zjadł lody do połowy i ma już
dosyć.
-
Teraz Twoja kolej. Jedz – podsuwa mi kielich pod nos.
Patrzę
na niego spode łba. Dobrze, spróbuję, ale zmuszać się nie zamierzam. Smakują,
jak lody zrobione z mrożonego napoju owocowego. Odsuwam, nie będę ich jadła.
Pamiętam moje pierwsze lody o smaku soku pomarańczowego. Kupiłam je w pobliżu
County Hall, dawnej siedziby władz Londynu. Było to w odległej przeszłości,
kiedy nie było jeszcze London Eye, które obecnie dumnie „króluje” nad Tamizą.
Szłam sobie po moście Westminster, usiłowałam rozsmakować się w lodach, które
były tak naprawdę zamrożoną wodą z dodanym barwnikiem pomarańczowym. Moje
rozczarowanie było tak wielkie, że niewiele myśląc wzięłam zamach i wyrzuciłam
lody, które niczym pocisk dalekiego zasięgu poszybowały w dół do rzeki. Całe
szczęście, nie było w pobliżu policjantów, bo takie zachowanie mogłoby mnie
kosztować £200. I jeszcze jedno przyszło mi teraz do głowy: Czyżby moje dziecko
miało tę swoją „nieznośną lekkość bytu” po mnie? O, nie !!!
Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które
robiłam w trakcie podróży przez Londyn na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big
Island i Maui. O tej podróży na Hawaje napisałam książkę, zatytułowaną „W
drodze po szczęście. Zapiski z podróży”, dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest
też dostępny jeszcze jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla
przygotowujących się do wyjazdu na Hawaje".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz