Widoki po drodze zapierają dech w piersiach. Bardzo
żałuję, że nasz samochód nie jest samoobsługowy. Mogłabym zwiedzać, jadąc i
zwiedzając, jechać. Jeśli chciałabym kiedykolwiek opisać, jak wygląda raj, z
pewnością opisałabym „Drogę do Hany”. Jest ona kręta i niezbyt bezpieczna, ale
absolutnie zjawiskowa. Bardzo szybko zapomnieliśmy o robaku i ohydnym zapachu
środka odstraszającego owady. Rozkoszujemy się tym, co widać za oknem.
„Smakujemy” widoki.
Dojeżdżamy do słupka milowego z
numerem „10”, przy którym mieści się Garden of Eden Arboretum and Botanical
Garden, 25-akrowy (10-hektarowy) obszar znany wielu z nas z początkowej
sekwencji filmu „Park Jurajski”. Na wyspie O`ahu wybieramy się na inny plan zdjęciowy
tego filmu. Mam nadzieję, że będzie równie urokliwy.
Jedną
milę dalej widzimy wodospad Lower Puohokamoa, który spada z wysokości 130 stóp
(40 metrów). Jedziemy kolejne jedenaście mil i trafiamy do Pua'a Ka'a State
Park (Park Stanowy Pua'a Ka'a), w którym, to rzecz niemożliwa, ale jest jeszcze
więcej wodospadów. Zarówno w wodospadzie Puohokamoa, jak i Pua`a Ka`a można
pływać. Pomimo, że na terenie parku znajdują się ścieżki turystyczne, wygląda
on na bardzo odległy od cywilizacji.
Przy
słupku milowym z numerem „32” natrafiamy na Waianapanapa State Park, 122-akrowy
(49-hektarowy) park stanowy, w którym znajduje się malownicza plaża z czarnym
piaskiem. Wody w tym miejscu są bardzo zdradliwe, nie należy pod żadnym pozorem
wchodzić do oceanu. Z bezpiecznej odległości podziwiamy jaskinie morskie i
łukowate skały. Docieramy do nich brzegiem oceanu. Woda ma kolor krwisto
czerwony, a to dlatego, że są w niej miliony malutkich krewetek. Tu także
widzimy pozostałości po prastarej drodze Króla (King`s Highway), pierwszej
zbudowanej drodze dookoła Maui.
Dziesięć
mil dalej dojeżdżamy do ‘Ohe‘o Gulch, który wzbudza w nas zachwyt. Przepiękne
wodospady, ułożone kaskadowo. ‘Ohe‘o Gulch powstało w wyniku pęknięcia wyspy.
Liczne wodospady i jeziorka przyciągają turystów, a nawet przez tubylców
uważane są za atrakcję, którą trzeba zobaczyć.
Nasz
zachwyt potęguje się z każdą milą. Już nie mamy siły, brak nam tchu. Trzy mile
za ‘Ohe‘o Gulch znajduje się Wailua Falls (Wodospad Wailua), najbardziej
zjawiskowa kaskada na wyspach hawajskich. Już nie wiem, który wodospad podoba
mi się najbardziej. Wszystkie są przepiękne.
Wreszcie
widać cywilizację. Jesteśmy już blisko Hany, a po lewej stronie w skleconych z
deszczułek barakach znajdują się barki i stragany. Musimy zajrzeć, co też oni
tu mają.
Podchodzimy
do stoiska. Banany nie wzbudzają naszego zachwytu. Są całe zielone i nie
przypominają tych jadalnych, za to ich cena „poszybowała” w górę, właściwie
„wystrzeliła” w kosmos. Są one trzykrotnie droższe niż w supermarkecie w
Lahainie. Nie ma to jak zmonopolizować rynek w kompletnej głuszy. Natomiast
jest chleb bananowy z różnymi dodatkami. My wybieramy ten z orzechami
Macadamia, naszymi ulubionymi. Zdążyliśmy się już uzależnić od czekoladek
MacNut Crunch. W czekoladzie mlecznej lub gorzkiej – do wyboru – są zatopione
pokruszone orzechy, dzięki czemu czekoladki strzelają przyjemnie między zębami.
Po prostu poezja smaku. Nawet mama, zwolenniczka tatara i przeciwniczka
deserów, zajada się tymi mlecznymi, omijając gorzką czekoladę. A jednak pyszne
mogą być również słodycze, nie tylko tatar? :)
Wsiadamy
do samochodu, dzieląc się chlebem bananowym niczym gorliwi chrześcijanie.
Rozpływa się w ustach. W smaku przypomina wilgotne ciasto „Murzynek” – specialité de la maison, które moja mama
opanowała do perfekcji. Tradycja wypieku „Murzynka” w moim domu jest tak stara,
jak ja.
Dojeżdżamy
do Hany. Zgodnie z opisem w przewodniku, miasto to jest – jak mówi Michał –
zadupiem. Jedno skojarzenie przychodzi mi do głowy: Piaski na końcu Mierzei
Wiślanej. Podobnie mała wieś z dostępem do morza. Siadamy nad wodą, w zatoce,
patrzymy dookoła. To miejsce wygląda jak koniec świata. Czuję się nieswojo,
choć podobno ludzie tu mieszkający – w sumie siedmiuset stałych mieszkańców –
odczuwają spokój i euforię, a to za sprawą dużej ilości tlenu, uwalnianego
przez bujną roślinność. Ja nie czuję euforii, wręcz przeciwnie – przerażenie.
Właśnie sobie uświadomiłam, że po drodze nie było żadnej stacji benzynowej, a
mnie się kończy paliwo.
Wyjęłam
z samochodu nawigację. Sprawdzam, ile mil jest do najbliższej stacji
benzynowej. Nie jest dobrze: kilkanaście i w dodatku nie w tę stronę. Dodatkowo
dzień się chyli ku zachodowi, a droga, którą ponownie musimy pokonać jest
kręta, wąska i będziemy znów jechać „przytuleni” do skał. Popędzam moją
rodzinę. Fajnie byłoby obejrzeć zachód słońca nad zatoką, ale po ciemku
wolałabym nie wracać.
Mam
nadzieję, że uda mi się dojechać do stacji benzynowej … pewnie na oparach
benzyny. Nie przypuszczałam, że będzie taki problem z zatankowaniem. Trzy razy
w życiu pchałam samochód, a – jak wiadomo – do trzech razy sztuka.
Jedziemy
drogą z Hany, wzdłuż wybrzeża, po prawej stronie słońce zaczyna zachodzić, a
właściwie schodzić do Pacyfiku. Myślę o miasteczku, z którego właśnie wyjechaliśmy:
wydaje się być położone tam, gdzie wrony zawracają, telewizja dotarła tu
dopiero w 1977 roku, za to mieści się tam kilka ważnych placówek. Jest m.in.
bardzo małe – ale zawsze – Hana Cultural Center and Museum (Centrum Kultury i
Muzeum), w którym możemy zobaczyć kolekcję tradycyjnych hawajskich narzut i
innych wyrobów ludowych. Warto również odwiedzić Wananalua Congregational
Church, zabytkowy kościół z XIX wieku, zbudowany na miejscu starej hawajskiej
świątyni heiau. No i jest jeszcze
luksusowy – co w takim miejscu jest dość osobliwe – hotel Hana-Maui, w którym
ceny są równie kosmiczne, jak na straganie z bananami.
Słońce
„utopiło się” w oceanie, a na desce rozdzielczej w naszym samochodzie zaczyna
palić się rezerwa paliwa. Modlę się o to, by jak najszybciej zjechać z Hana
Highway i trafić na stację benzynową. Czuję się bardzo nieswojo, choć naprawdę
nie jest ciemno. Myśl o kończącym się paliwie nie daje mi spokoju. Chciałabym
już być w Lahainie, w miejskim gwarze. Jeśli skończy nam się paliwo zanim dojedziemy
na stację, to będę miała niepowtarzalną okazję ściągać do tej głuszy pomoc
drogową. Chyba muszę mieć kwaśną minę, bo moja rodzina zaczyna mnie pocieszać.
Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które robiłam w trakcie
podróży przez Londyn na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big Island i Maui. O
tej podróży na Hawaje napisałam książkę, zatytułowaną „W drodze po szczęście.
Zapiski z podróży”, dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest też dostępny jeszcze
jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla przygotowujących się do wyjazdu na
Hawaje
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz