wtorek, 9 czerwca 2015

Zapiski z podróży na Hawaje - Jeśli przeżyje, to chyba go za ten numer "zabiję"

Stoję przed dwiema tabliczkami i czuję, jak dostaję gęsiej skórki na całym ciele. Właśnie wyjechaliśmy na popołudniową wycieczkę wzdłuż wybrzeża na północ od Lahainy, koło której mieszkamy. Miało być lekko, łatwo i przyjemnie, czyli podziwianie krajobrazów z samochodu. Ja już pomijam fakt, że Jeepa Liberty łatwo i przyjemnie się nie prowadzi, bo on jest ciężki jak wół i oporny jak osioł. Muszę koniecznie go rozpracować, bo inaczej znienawidzę prowadzenie samochodu. A nie mogę tego zrobić, bo jestem typem człowieka zawsze zmotoryzowanego. Musiałam chwilę odpocząć od „wygód” motoryzacji, dlatego zatrzymaliśmy się. W dole widać przepiękny gejzer.

Stoję zatem przed tabliczkami i wyobraźnia zaczyna mi pracować. Jedna z nich ostrzega, że gejzer nie jest placem zabaw i że nie wolno się do niego zanadto zbliżać, bo może wciągnąć każdego, kto nie zachowa się ostrożnie. Druga z kolei upamiętnia chłopca, który zginął, zassany przez wodę. „Jak Wam się podoba?”, pozwolę sobie zacytować Szekspira.

Gejzer jest fantastycznym zjawiskiem, które należy podziwiać z pewnej, bezpiecznej odległości. Było kilka wypadków na Maui, w których zginęli ludzie, bo podeszli za blisko. Rozpętała się wtedy burza w mediach, że brak w takich miejscach ostrzeżeń o grożących niebezpieczeństwach oznacza lekceważenie ludzkiego życia. Najwyraźniej tutejsze tabliczki pojawiły się po serii śmiertelnych wypadków.

Chyba żadne ostrzeżenia, odwoływanie się do ludzkiej wyobraźni i zdrowego rozsądku nie wpłyną na postawy turystów. Przy gejzerze jest grupka śmiałków, a wśród nich … – o, Chryste! – mój rodzony syn.

- Co on tam robi? – zaczynam panikować.

- Michał, wracaj – krzyczę i zaczynam biec w jego stronę.

Znów na nogach mam crocsy, a zejście do gejzeru jest kamieniste. Mój syn nie tylko mnie wykończy. On przede wszystkim ściągnie na siebie jakieś nieszczęście. Krzyczę, ale wszędzie słychać szum wody. Mogę sobie krzyczeć! Równie dobrze mogłabym dzwonić na Berdyczów. Jeżeli Michał przeżyje, to ja go „zabiję” za ten numer, który właśnie wykonał.

- Michał, wracaj … – tym razem dodaję niecenzuralne słowa – Natychmiast wracaj. Masz szlaban na …– i tu wyliczam wszystkie konsole, które posiada – „zero” gier do końca świata i o jeden dzień dłużej – mój synek jest już przy mnie, dzięki Bogu. Teraz czeka go bura.

- Czy Ty oszalałeś? Nie widzisz ostrzeżeń? Nie umiesz czytać? Rozum Ci odebrało? Tu jest napisane czarno na białym, że zbliżanie się do gejzeru jest niebezpieczne.

Mam ochotę spuścić mu lanie. Nie byłoby to takie proste. Jest już na to za duży.

- Michał, czy Ty mógłbyś choć raz w życiu okazać trochę pokory, szczególnie w  obliczu żywiołów natury?

- A dlaczego znów się ciskasz? Przecież nie byłem tam sam. Przecież ich gejzer nie wciągnął, to dlaczego miałoby mnie coś takiego spotkać?


Głęboko oddycham. Muszę się opanować. Już chyba wolę prowadzić samochód ciężki jak wół. Przynajmniej będzie bezpiecznie. 

Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które robiłam w trakcie podróży przez Londyn na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big Island i Maui. O tej podróży na Hawaje napisałam książkę, zatytułowaną „W drodze po szczęście. Zapiski z podróży”, dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest też dostępny jeszcze jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla przygotowujących się do wyjazdu na Hawaje". 









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz