Stoję przed dwiema tabliczkami i czuję, jak dostaję gęsiej
skórki na całym ciele. Właśnie wyjechaliśmy na popołudniową wycieczkę wzdłuż
wybrzeża na północ od Lahainy, koło której mieszkamy. Miało być lekko, łatwo i
przyjemnie, czyli podziwianie krajobrazów z samochodu. Ja już pomijam fakt, że
Jeepa Liberty łatwo i przyjemnie się nie prowadzi, bo on jest ciężki jak wół i
oporny jak osioł. Muszę koniecznie go rozpracować, bo inaczej znienawidzę
prowadzenie samochodu. A nie mogę tego zrobić, bo jestem typem człowieka zawsze
zmotoryzowanego. Musiałam chwilę odpocząć od „wygód” motoryzacji, dlatego
zatrzymaliśmy się. W dole widać przepiękny gejzer.
Stoję
zatem przed tabliczkami i wyobraźnia zaczyna mi pracować. Jedna z nich
ostrzega, że gejzer nie jest placem zabaw i że nie wolno się do niego zanadto
zbliżać, bo może wciągnąć każdego, kto nie zachowa się ostrożnie. Druga z kolei
upamiętnia chłopca, który zginął, zassany przez wodę. „Jak Wam się podoba?”,
pozwolę sobie zacytować Szekspira.
Gejzer
jest fantastycznym zjawiskiem, które należy podziwiać z pewnej, bezpiecznej
odległości. Było kilka wypadków na Maui, w których zginęli ludzie, bo podeszli
za blisko. Rozpętała się wtedy burza w mediach, że brak w takich miejscach
ostrzeżeń o grożących niebezpieczeństwach oznacza lekceważenie ludzkiego życia.
Najwyraźniej tutejsze tabliczki pojawiły się po serii śmiertelnych wypadków.
Chyba
żadne ostrzeżenia, odwoływanie się do ludzkiej wyobraźni i zdrowego rozsądku nie
wpłyną na postawy turystów. Przy gejzerze jest grupka śmiałków, a wśród nich …
– o, Chryste! – mój rodzony syn.
-
Co on tam robi? – zaczynam panikować.
-
Michał, wracaj – krzyczę i zaczynam biec w jego stronę.
Znów
na nogach mam crocsy, a zejście do gejzeru jest kamieniste. Mój syn nie tylko
mnie wykończy. On przede wszystkim ściągnie na siebie jakieś nieszczęście.
Krzyczę, ale wszędzie słychać szum wody. Mogę sobie krzyczeć! Równie dobrze
mogłabym dzwonić na Berdyczów. Jeżeli Michał przeżyje, to ja go „zabiję” za ten
numer, który właśnie wykonał.
-
Michał, wracaj … – tym razem dodaję niecenzuralne słowa – Natychmiast wracaj.
Masz szlaban na …– i tu wyliczam wszystkie konsole, które posiada – „zero” gier
do końca świata i o jeden dzień dłużej – mój synek jest już przy mnie, dzięki
Bogu. Teraz czeka go bura.
-
Czy Ty oszalałeś? Nie widzisz ostrzeżeń? Nie umiesz czytać? Rozum Ci odebrało?
Tu jest napisane czarno na białym, że zbliżanie się do gejzeru jest
niebezpieczne.
Mam
ochotę spuścić mu lanie. Nie byłoby to takie proste. Jest już na to za duży.
-
Michał, czy Ty mógłbyś choć raz w życiu okazać trochę pokory, szczególnie
w obliczu żywiołów natury?
-
A dlaczego znów się ciskasz? Przecież nie byłem tam sam. Przecież ich gejzer
nie wciągnął, to dlaczego miałoby mnie coś takiego spotkać?
Głęboko
oddycham. Muszę się opanować. Już chyba wolę prowadzić samochód ciężki jak wół.
Przynajmniej będzie bezpiecznie.
Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które
robiłam w trakcie podróży przez Londyn na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big
Island i Maui. O tej podróży na Hawaje napisałam książkę, zatytułowaną „W
drodze po szczęście. Zapiski z podróży”, dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest
też dostępny jeszcze jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla
przygotowujących się do wyjazdu na Hawaje".



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz