środa, 3 czerwca 2015

Zapiski z podróży na Hawaje - Gdy angielskie słowo "airport" niekoniecznie oznacza "lotnisko"

Hurra!!! Nasze walizki przyleciały z nami. Nie będę musiała wykłócać się o nie z liniami Island Air.

Lotnisko w Kapalua jest rzeczywiście malusieńkie, co więcej: znajduje się ono na dużym wzniesieniu, więc poza pasami do startu i lądowania, niewielkim budynkiem i kawałkiem parkingu dla taksówek, nie mieści się tu nic. Nie ma tu żadnej agencji wynajmu samochodu. To oznacza, że nawet gdybyśmy przylecieli przed 17.00, to i tak trzeba byłoby pojechać po auto.

Jest taksówka. Ze środka wysiada kobieta, to ona prowadzi. Usiłuję powtórzyć adres, ale jest on – oczywiście – nazwą hawajską i to dość skomplikowaną, więc podaję jej kartkę, żeby zrozumiała, dokąd nas wiezie.

- Ach, to Kaleialoha Resort – taksówkarka domyśla się na podstawie adresu – to bardzo dobre miejsce. Będziecie zadowoleni.

Usiłuję ją podpytać, gdzie też mieści się punkt wynajmu samochodów, który w Internecie był opisany jako „Airport Car Rental”. Słowo airport (lotnisko) w nazwie to chyba jakiś miejscowy żart.

- O, on jest kilka mil od lotniska i kilka mil od Waszego apartamentu. Czy chcielibyście, żebym jutro Was tam zawiozła?

Genialny pomysł! Uśmiecham się od ucha do ucha. Umawiamy się na godz. 11.00. Tymczasem podjeżdżamy pod apartamentowiec, przy którym widnieje napis „Kaleialoha Resort”.


- Jesteśmy na miejscu – oznajmia taksówkarka.


Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które robiłam w trakcie podróży przez Londyn na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big Island i Maui. O tej podróży na Hawaje napisałam książkę, zatytułowaną „W drodze po szczęście. Zapiski z podróży”, dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest też dostępny jeszcze jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla przygotowujących się do wyjazdu na Hawaje". 






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz