Hurra!!! Nasze walizki przyleciały z nami. Nie będę
musiała wykłócać się o nie z liniami Island Air.
Lotnisko
w Kapalua jest rzeczywiście malusieńkie, co więcej: znajduje się ono na dużym
wzniesieniu, więc poza pasami do startu i lądowania, niewielkim budynkiem i
kawałkiem parkingu dla taksówek, nie mieści się tu nic. Nie ma tu żadnej
agencji wynajmu samochodu. To oznacza, że nawet gdybyśmy przylecieli przed
17.00, to i tak trzeba byłoby pojechać po auto.
Jest
taksówka. Ze środka wysiada kobieta, to ona prowadzi. Usiłuję powtórzyć adres,
ale jest on – oczywiście – nazwą hawajską i to dość skomplikowaną, więc podaję
jej kartkę, żeby zrozumiała, dokąd nas wiezie.
-
Ach, to Kaleialoha Resort – taksówkarka domyśla się na podstawie adresu – to
bardzo dobre miejsce. Będziecie zadowoleni.
Usiłuję
ją podpytać, gdzie też mieści się punkt wynajmu samochodów, który w Internecie
był opisany jako „Airport Car Rental”. Słowo airport (lotnisko) w nazwie to chyba jakiś miejscowy żart.
-
O, on jest kilka mil od lotniska i kilka mil od Waszego apartamentu. Czy
chcielibyście, żebym jutro Was tam zawiozła?
Genialny
pomysł! Uśmiecham się od ucha do ucha. Umawiamy się na godz. 11.00. Tymczasem
podjeżdżamy pod apartamentowiec, przy którym widnieje napis „Kaleialoha
Resort”.
-
Jesteśmy na miejscu – oznajmia taksówkarka.
Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które
robiłam w trakcie podróży przez Londyn na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big
Island i Maui. O tej podróży na Hawaje napisałam książkę, zatytułowaną „W
drodze po szczęście. Zapiski z podróży”, dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest
też dostępny jeszcze jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla
przygotowujących się do wyjazdu na Hawaje".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz