niedziela, 21 czerwca 2015

Zapiski z podróży na Hawaje - Makabra i "strachy na lachy"

Dziś wieczorem jedziemy na wycieczkę w miejsca nawiedzane przez duchy przodków i uświęcone krwią poległych – Orbs of O`ahu Ghost Night Tour. Start o 20.00.

Wyspy hawajskie, a szczególnie ta, na której obecnie się znajdujemy znane są na całym świecie z działania sił nadprzyrodzonych. Wzrost ludności i rozwój przemysłowy spowodował, że przez lata wiele rejonów wyspy zamieniono w dzielnice metropolii lub podmiejskie rezydencje. Taki ogromny postęp wymusił urbanizację. Zaczęto stawiać budynki w miejscach, w których dawniej chowano zmarłych, tamtędy także poprowadzono drogi. Wiodły one przez las tropikalny, nietknięty ręką człowieka od początku dziejów. Pomimo, iż podjęto działania, by uratować dziedzictwo kulturowe przodków, ich spokój został zakłócony. Tak przynajmniej twierdzi nasz przewodnik.

Jedziemy właśnie drogą, przy której nie ma latarni. Za chwilę wysiądziemy w miejscu, które nazywa się Morgan`s Corner. „Cieszy” się ono złą sławą. To tu popełniono dwa morderstwa, pierwsze w 1948 roku. Dwóch zbiegłych więźniów włamało się do domu 68-letniej wdowy Theresy Wilder. Związali ją i zakneblowali, nieprzytomną zostawili w łóżku. Złamana w czasie szamotaniny szczęka i ciasno zawiązany knebel przyśpieszyły jej śmierć. Kilka dni później złapano morderców i osądzono. Pod wpływem tej sprawy rozpoczęła się debata publiczna o karze śmierci w stanie Hawaje.

Poza tym, że jest bardzo ciemno, Morgan`s Corner wygląda jak każde inne miejsce na wyspie. Nawet nie mam pewności, że przywieźli nas we właściwe. W lokalnych mediach zastanawiano się swego czasu, gdzie znajduje się Morgan`s Corner. A może gdzie indziej?

W tym miejscu podobno popełniono także drugie morderstwo. Pewnej nocy młoda para zaparkowała samochód pod drzewem, a kiedy do niego wróciła okazało się, że silnik nie daje się uruchomić. Mężczyzna zostawił swoją ukochaną, a sam poszedł w kierunku autostrady, by zorganizować pomoc. Dziewczyna ze zmęczenia usnęła i przez sen słyszała, jak gałęzie obijają się o dach samochodu. Dochodził do niej dźwięk skrobania. Była to wyjątkowo wietrzna noc. Rano obudziła ją policja. Kazano jej wysiąść z samochodu i poproszono, żeby nie oglądała się za siebie. Ona jednak nie wytrzymała. Z ciekawości obróciła się i zobaczyła swojego ukochanego, który z rozciętym torsem wisiał na drzewie do góry nogami, drapiąc paznokciami o dach samochodu.

Makabra! Stoimy przed tym drzewem, a przewodnik prosi, żebyśmy wytężyli wzrok, to może zobaczymy ducha zamordowanego mężczyzny. Nic nie widzę. Wracamy do autokaru. Jedziemy dalej. Na razie Michał ziewa. Jakoś nie wierzy w te opowieści. Nie wierzy w nie również dziennikarka „Honolulu Magazine” Christine Hitt, która bardzo dokładnie zbadała sprawę. Sprawdziła stanowy rejestr morderstw (The Hawaii State Archives for murder references), bibliotekę stanową (The Hawaii State Library), a także skontaktowała się z kuratorem muzeum, w którym poprzez eksponaty i organizowane prelekcje opowiada się o egzekucji prawa w Stanach Zjednoczonych (The Law Enforcement Museum). Nigdzie nie znalazła informacji o rzekomym morderstwie młodego mężczyzny w Morgan`s Corner. Jedynie o zabójstwie Theresy Wilder.

Na razie oglądamy po ciemku same krzaki i drzewa. Przewodnik opowiada niestworzone rzeczy, a my mamy mu wierzyć. Najstraszniejsze jest to, że nie mamy ze sobą latarki i oświetlamy ścieżkę światłem z telefonów komórkowych. Nie chcemy połamać nóg.

Kolejne miejsce, w którym ktoś kogoś zabił. Przynajmniej stąd jest piękny widok na Honolulu by night (Honolulu nocą). Nie pasuje on kompletnie do mrożącej krew w żyłach historii. Jesteśmy nad autostradą, a w dole migoczą światełka metropolii.

Jedziemy na cmentarz chiński w Mānoa. Może tam zobaczymy duchy J.

Mānoa jest doliną, która znajduje się na przedmieściach Honolulu, zaledwie 3 mile od jego centrum, a mniej niż 1 milę od Ala Moana i plaży Waikiki. Stanowi podmiejskie osiedle mieszkaniowe. Pada tu prawie codziennie, dzięki czemu tęcze nie są rzadkością. Od tego zjawiska swoje nazwy wzięły drużyny sportowe Uniwersytetu Hawajskiego: Rainbow Warriors (tęczowi wojownicy) i Rainbow Wahine (tęczowe kobiety). Tu też znajduje się sam uniwersytet.

Mānoa jest miejscem, w którym powstały pierwsze na Hawajach plantacje trzciny cukrowej i kawy. Hawaje to także jedyny stan, w którym uprawia się kawę na skalę przemysłową. Mānoa w języku hawajskim znaczy „gruba, solidna, rozległa, głęboka”.

Pośrodku doliny usytuowany jest chiński cmentarz, na który właśnie wjeżdżamy. Nie jestem staroświecka, ani bogobojna, ale uważam, że jeżdżenie autokarem pomiędzy nagrobkami to lekka przesada. Co innego wieziona na cmentarzu trumna, trzeba ją jakoś przewieźć, ale zakłócanie spokoju zmarłych tylko dla wygody turystów, to naprawdę brak szacunku dla jakiejkolwiek świętości. A podobno tu straszy. Tak twierdzi nasz przewodnik. Czyżby biuro, organizujące wycieczkę nie bało się zemsty przodków?

Wielu wierzy, że żadne inne miejsce na O`ahu nie jest tak nawiedzane przez duchy jak dolina Mānoa. Całe pokolenia Hawajczyków od początku istnienia aż do przybycia na wyspy pierwszych emigrantów chińskich osiedlały się tu – tu mieszkały za życia i po śmierci. Niektórzy z nich pomimo, że odeszli, nie opuścili ziemskiego padołu. Wielu też twierdzi, że na cmentarzu straszy. Ludzie opowiadają sobie historie o ognikach i wirujących kulach światła, które fruwają ponad grobami. Hawajczycy nazywają te ogniste kule akua lele (Flying Gods / latający bogowie). Z innej opowieści dowiadujemy się o dzieciach, które zostały tu pochowane. Ich dusze odpoczywają za dnia, by w nocy wychodzić z grobów i szukać zabawy. Ponoć niektórzy słyszeli ich śmiech, a czasami płacz. Miejscowy gawędziarz Glen Grant twierdzi, że któregoś razu był na cmentarzu późnym wieczorem i usłyszał płacz dziecka. Gdy podszedł do miejsca, skąd dochodził dźwięk, ujrzał małą dziewczynkę, która chowała się za tablicą nagrobną. Gdy zapytał ją, co tu robi, nic nie odpowiedziała, lecz zniknęła, rozpłynęła się w powietrzu. Wtedy zdał sobie sprawę, że widział ducha dziewczynki, pochowanej na tym cmentarzu.

Jednej dziewczynie z naszej grupy udzieliła się psychoza, spowodowana tymi opowieściami. Stoimy przy bramie Mānoa Chinese Cemetery – Welcome Gate. W dole widać dolinę. Tu przynajmniej jest ciekawie. Dookoła piękne azjatyckie nagrobki, mnóstwo małych pagód, figury władców Imperium Chińskiego. Nagle dobiega do moich uszu rozmowa dziewczyny z przewodnikiem. Stoję, jak osłupiała. Mimowolnie opada mi szczęka. Oto, co słyszę:

- I zobaczyłam białe światło, takie blade. Czy myślisz, że był to duch?

Ciekawa jestem, co jej na to odpowie przewodnik.

- Tak, to z całą pewnością duch. Gdzie go dokładnie widziałaś?

Dziewczyna wskazuje ręką miejsce nad pobliskimi grobami.

-  O tam, to światło tak zawirowało i odleciało.

Okazuje się, że Michał też się przysłuchuje rozmowie. Podchodzi do mnie.

- Czy Ty słyszysz, co ona wygaduje? Chyba się czegoś napaliła. Zapytajmy ją, co wzięła, żeby nie brać tego samego, bo jest to niebezpieczne.

I odszedł. Przewodnik zagania nas w pobliże drzewa, które rośnie tu od 150 lat i jest uznane za wrota pomiędzy życiem doczesnym a życiem wiecznym. Kolejna interesująca opowieść.

Drzewo to jest ogromne, przypomina trochę figowiec bengalski (drzewo banyan). Jest rozłożyste i kiedyś stanęło w płomieniach, więc za długo nie można w nim (wchodzi się do środka) przebywać, chyba że w kombinezonie ognioodpornym. Może ponownie się zapalić. Genialnie „wiarygodna” opowieść!

Przewodnik prosi, żeby na ochotnika zgłaszać się do wejścia do środka drzewa, które jest pęknięte w ten sposób, że łatwo w nim stanąć bez potrzeby garbienia się. Podobno w jego środku działają takie moce, że można bez słów porozumiewać się ze zmarłymi bliskimi.

Wchodzi pierwsza para. Moc nie działa, nic nie czują, nikt lub nic im nic nie przekazuje. Najwyraźniej nie są podatni na działania z zaświatów.

Na cmentarz wjechał wóz policyjny. Ciekawa jestem, czy organizator ma pozwolenie na bezczeszczenie świętości i zakłócanie spokoju zmarłych, czy też za chwilę rozpęta się afera, że nasze dwa autokary stoją pomiędzy grobami. Ciekawe też, czy policja pilnuje żywych czy zmarłych. Czy tutejsze duchy stwarzają problemy?

Chyba jednak mamy pozwolenie na wjazd, skoro policjant pomachał ręką naszemu przewodnikowi i pojechał dalej. Ja już mam dość tej szopki i chce mi się spać. Jest już po północy. Na całe szczęście chiński cmentarz jest ostatnim miejscem na trasie wycieczki. Stąd jedziemy prosto do hotelu.

Wraca Michał.

- Ale jaja! Ty wiesz, jak przed chwilą jedna z dziewczyn "załatwiła" przewodnika? On ją zapytał, czy czuje obecność bliskich zmarłych, a ona mu na to, że czuje ciężar na ramieniu. To on stwierdził, że to na pewno ręka ducha, a ona mu powiedziała: „Nie, to ciąży mi mój sweter”. Facet się załamał, ogłosił powrót do Honolulu. Za chwilę odjeżdżamy.


Uwielbiam hawajskie bajanie, ale chcę do hotelu. Jutro w południe jedziemy na plany zdjęciowe filmów i seriali hollywoodzkich. Mam nadzieję, że będzie fajnie. 

Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które robiłam w trakcie podróży przez Londyn na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big Island i Maui. O tej podróży na Hawaje napisałam książkę, zatytułowaną „W drodze po szczęście. Zapiski z podróży”, dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest też dostępny jeszcze jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla przygotowujących się do wyjazdu na Hawaje". 







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz