Dziś wieczorem jedziemy na wycieczkę w miejsca nawiedzane
przez duchy przodków i uświęcone krwią poległych – Orbs of O`ahu Ghost Night
Tour. Start o 20.00.
Wyspy
hawajskie, a szczególnie ta, na której obecnie się znajdujemy znane są na całym
świecie z działania sił nadprzyrodzonych. Wzrost ludności i rozwój przemysłowy
spowodował, że przez lata wiele rejonów wyspy zamieniono w dzielnice metropolii
lub podmiejskie rezydencje. Taki ogromny postęp wymusił urbanizację. Zaczęto
stawiać budynki w miejscach, w których dawniej chowano zmarłych, tamtędy także
poprowadzono drogi. Wiodły one przez las tropikalny, nietknięty ręką człowieka
od początku dziejów. Pomimo, iż podjęto działania, by uratować dziedzictwo
kulturowe przodków, ich spokój został zakłócony. Tak przynajmniej twierdzi nasz
przewodnik.
Jedziemy
właśnie drogą, przy której nie ma latarni. Za chwilę wysiądziemy w miejscu,
które nazywa się Morgan`s Corner. „Cieszy” się ono złą sławą. To tu popełniono
dwa morderstwa, pierwsze w 1948 roku. Dwóch zbiegłych więźniów włamało się do
domu 68-letniej wdowy Theresy Wilder. Związali ją i zakneblowali, nieprzytomną
zostawili w łóżku. Złamana w czasie szamotaniny szczęka i ciasno zawiązany
knebel przyśpieszyły jej śmierć. Kilka dni później złapano morderców i osądzono.
Pod wpływem tej sprawy rozpoczęła się debata publiczna o karze śmierci w stanie
Hawaje.
Poza tym, że jest bardzo ciemno,
Morgan`s Corner wygląda jak każde inne miejsce na wyspie. Nawet nie mam pewności, że przywieźli nas we
właściwe. W lokalnych mediach zastanawiano się swego czasu, gdzie znajduje się
Morgan`s Corner. A może gdzie indziej?
W
tym miejscu podobno popełniono także drugie morderstwo. Pewnej nocy młoda para
zaparkowała samochód pod drzewem, a kiedy do niego wróciła okazało się, że silnik
nie daje się uruchomić. Mężczyzna zostawił swoją ukochaną, a sam poszedł w
kierunku autostrady, by zorganizować pomoc. Dziewczyna ze zmęczenia usnęła i
przez sen słyszała, jak gałęzie obijają się o dach samochodu. Dochodził do niej
dźwięk skrobania. Była to wyjątkowo wietrzna noc. Rano obudziła ją policja. Kazano
jej wysiąść z samochodu i poproszono, żeby nie oglądała się za siebie. Ona
jednak nie wytrzymała. Z ciekawości obróciła się i zobaczyła swojego
ukochanego, który z rozciętym torsem wisiał na drzewie do góry nogami, drapiąc
paznokciami o dach samochodu.
Makabra!
Stoimy przed tym drzewem, a przewodnik prosi, żebyśmy wytężyli wzrok, to może
zobaczymy ducha zamordowanego mężczyzny. Nic nie widzę. Wracamy do autokaru.
Jedziemy dalej. Na razie Michał ziewa. Jakoś nie wierzy w te opowieści. Nie
wierzy w nie również dziennikarka „Honolulu Magazine” Christine Hitt, która
bardzo dokładnie zbadała sprawę. Sprawdziła stanowy rejestr morderstw (The
Hawaii State Archives for murder references), bibliotekę stanową (The Hawaii
State Library), a także skontaktowała się z kuratorem muzeum, w którym poprzez
eksponaty i organizowane prelekcje opowiada się o egzekucji prawa w Stanach
Zjednoczonych (The Law Enforcement Museum). Nigdzie nie znalazła informacji o
rzekomym morderstwie młodego mężczyzny w Morgan`s Corner. Jedynie o zabójstwie
Theresy Wilder.
Na
razie oglądamy po ciemku same krzaki i drzewa. Przewodnik opowiada niestworzone
rzeczy, a my mamy mu wierzyć. Najstraszniejsze jest to, że nie mamy ze sobą
latarki i oświetlamy ścieżkę światłem z telefonów komórkowych. Nie chcemy
połamać nóg.
Kolejne
miejsce, w którym ktoś kogoś zabił. Przynajmniej stąd jest piękny widok na Honolulu by night (Honolulu nocą). Nie
pasuje on kompletnie do mrożącej krew w żyłach historii. Jesteśmy nad
autostradą, a w dole migoczą światełka metropolii.
Jedziemy
na cmentarz chiński w Mānoa. Może tam zobaczymy duchy J.
Mānoa
jest doliną, która znajduje się na przedmieściach Honolulu, zaledwie 3 mile od
jego centrum, a mniej niż 1 milę od Ala Moana i plaży Waikiki. Stanowi
podmiejskie osiedle mieszkaniowe. Pada tu prawie codziennie, dzięki czemu tęcze
nie są rzadkością. Od tego zjawiska swoje nazwy wzięły drużyny sportowe
Uniwersytetu Hawajskiego: Rainbow Warriors (tęczowi wojownicy) i Rainbow Wahine
(tęczowe kobiety). Tu też znajduje się sam uniwersytet.
Mānoa
jest miejscem, w którym powstały pierwsze na Hawajach plantacje trzciny
cukrowej i kawy. Hawaje to także jedyny stan, w którym uprawia się kawę na
skalę przemysłową. Mānoa w języku hawajskim znaczy „gruba,
solidna, rozległa, głęboka”.
Pośrodku
doliny usytuowany jest chiński cmentarz, na który właśnie wjeżdżamy. Nie jestem
staroświecka, ani bogobojna, ale uważam, że jeżdżenie autokarem pomiędzy nagrobkami
to lekka przesada. Co innego wieziona na cmentarzu trumna, trzeba ją jakoś
przewieźć, ale zakłócanie spokoju zmarłych tylko dla wygody turystów, to
naprawdę brak szacunku dla jakiejkolwiek świętości. A podobno tu straszy. Tak
twierdzi nasz przewodnik. Czyżby biuro, organizujące wycieczkę nie bało się
zemsty przodków?
Wielu
wierzy, że żadne inne miejsce na O`ahu nie jest tak nawiedzane przez duchy jak
dolina Mānoa. Całe pokolenia Hawajczyków od początku istnienia aż do przybycia
na wyspy pierwszych emigrantów chińskich osiedlały się tu – tu mieszkały za
życia i po śmierci. Niektórzy z nich pomimo, że odeszli, nie opuścili
ziemskiego padołu. Wielu też twierdzi, że na cmentarzu straszy. Ludzie
opowiadają sobie historie o ognikach i wirujących kulach światła, które fruwają
ponad grobami. Hawajczycy nazywają te ogniste kule akua lele (Flying Gods / latający bogowie). Z innej opowieści
dowiadujemy się o dzieciach, które zostały tu pochowane. Ich dusze odpoczywają
za dnia, by w nocy wychodzić z grobów i szukać zabawy. Ponoć niektórzy słyszeli
ich śmiech, a czasami płacz. Miejscowy gawędziarz Glen Grant twierdzi, że
któregoś razu był na cmentarzu późnym wieczorem i usłyszał płacz dziecka. Gdy
podszedł do miejsca, skąd dochodził dźwięk, ujrzał małą dziewczynkę, która
chowała się za tablicą nagrobną. Gdy zapytał ją, co tu robi, nic nie
odpowiedziała, lecz zniknęła, rozpłynęła się w powietrzu. Wtedy zdał sobie
sprawę, że widział ducha dziewczynki, pochowanej na tym cmentarzu.
Jednej dziewczynie z naszej grupy
udzieliła się psychoza, spowodowana tymi opowieściami. Stoimy przy bramie Mānoa
Chinese Cemetery – Welcome Gate. W dole widać dolinę. Tu przynajmniej jest
ciekawie. Dookoła piękne azjatyckie nagrobki, mnóstwo małych pagód, figury
władców Imperium Chińskiego. Nagle dobiega do moich uszu rozmowa dziewczyny z
przewodnikiem. Stoję, jak osłupiała. Mimowolnie opada mi szczęka. Oto, co
słyszę:
- I zobaczyłam białe światło, takie
blade. Czy myślisz, że był to duch?
Ciekawa jestem, co jej na to odpowie
przewodnik.
- Tak, to z całą pewnością duch. Gdzie
go dokładnie widziałaś?
Dziewczyna wskazuje ręką miejsce nad
pobliskimi grobami.
-
O tam, to światło tak zawirowało i odleciało.
Okazuje się, że Michał też się
przysłuchuje rozmowie. Podchodzi do mnie.
- Czy Ty słyszysz, co ona wygaduje?
Chyba się czegoś napaliła. Zapytajmy ją, co wzięła, żeby nie brać tego samego,
bo jest to niebezpieczne.
I odszedł. Przewodnik zagania nas w
pobliże drzewa, które rośnie tu od 150 lat i jest uznane za wrota pomiędzy
życiem doczesnym a życiem wiecznym. Kolejna interesująca opowieść.
Drzewo to jest ogromne, przypomina
trochę figowiec bengalski (drzewo banyan).
Jest rozłożyste i kiedyś stanęło w płomieniach, więc za długo nie można w nim
(wchodzi się do środka) przebywać, chyba że w kombinezonie ognioodpornym. Może
ponownie się zapalić. Genialnie „wiarygodna” opowieść!
Przewodnik prosi, żeby na ochotnika
zgłaszać się do wejścia do środka drzewa, które jest pęknięte w ten sposób, że
łatwo w nim stanąć bez potrzeby garbienia się. Podobno w jego środku działają
takie moce, że można bez słów porozumiewać się ze zmarłymi bliskimi.
Wchodzi pierwsza para. Moc nie działa,
nic nie czują, nikt lub nic im nic nie przekazuje. Najwyraźniej nie są podatni
na działania z zaświatów.
Na cmentarz wjechał wóz policyjny.
Ciekawa jestem, czy organizator ma pozwolenie na bezczeszczenie świętości i
zakłócanie spokoju zmarłych, czy też za chwilę rozpęta się afera, że nasze dwa
autokary stoją pomiędzy grobami. Ciekawe też, czy policja pilnuje żywych czy
zmarłych. Czy tutejsze duchy stwarzają problemy?
Chyba
jednak mamy pozwolenie na wjazd, skoro policjant pomachał ręką naszemu
przewodnikowi i pojechał dalej. Ja już mam dość tej szopki i chce mi się spać.
Jest już po północy. Na całe szczęście chiński cmentarz jest ostatnim miejscem
na trasie wycieczki. Stąd jedziemy prosto do hotelu.
Wraca
Michał.
-
Ale jaja! Ty wiesz, jak przed chwilą jedna z dziewczyn "załatwiła" przewodnika?
On ją zapytał, czy czuje obecność bliskich zmarłych, a ona mu na to, że czuje
ciężar na ramieniu. To on stwierdził, że to na pewno ręka ducha, a ona mu
powiedziała: „Nie, to ciąży mi mój sweter”. Facet się załamał, ogłosił powrót
do Honolulu. Za chwilę odjeżdżamy.
Uwielbiam
hawajskie bajanie, ale chcę do hotelu. Jutro w południe jedziemy na plany
zdjęciowe filmów i seriali hollywoodzkich. Mam nadzieję, że będzie fajnie.
Powyższy tekst jest częścią moich zapisków, które
robiłam w trakcie podróży przez Londyn na trzy hawajskiej wyspy: Oahu, Big
Island i Maui. O tej podróży na Hawaje napisałam książkę, zatytułowaną „W
drodze po szczęście. Zapiski z podróży”, dostępną na www.wydaje.pl. Tam jest
też dostępny jeszcze jeden tytuł "Stan Miłości. Poradnik dla
przygotowujących się do wyjazdu na Hawaje".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz